Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Poczułam się wczoraj jak...

czwartek, 30 sierpnia 2007 10:52



... kompocik. Bardzo fajne uczucie. Spyta pewnie ktoś, co ma piernik, a właściwie kompocik do Gosi? Pamiętacie stary dowcip o młodym lordzie numer XIV czy XVI, który od dzieciństwa nie mówił. Pewnego razu majordomus podał obiad i młody lord w pewnym momencie spytał: „A gdzie kompocik?" Cud - zakrzyknęli wszyscy - dlaczego do tej pory nic nie mówiłeś? Bo do tej pory ZAWSZE był kompocik!!! Sąsiedzie zza... miło Cię znów widzieć, moja nieobecność nie była zaplanowana, po prostu mam urlop i rzadziej tu bywam. Bardzo cieszę się, że tu zaglądasz. Zresztą, szczerze powiedziawszy, cieszy mnie każda osoba, która tutaj zapuka. Achario-Imienniczko, Dominique, Kasieńko, Joasiu, Asiu, Alicjo Symulująca, Misiaku rowerkowo-aparatkowy, Handtko - Uważna Czytelniczko (dziękuję za korekty!) Aniu, Małgosie wszystkie razem i każda z osobna  dziękuję Wam, nie zapominam o Panu od Barnaby (za tak pozytywne oceny głęboki dyg!) i tylu sympatycznych osobach, które poświęcają swój czas, by powędrować po moich ogrodach. Margolciu, dziękuję za wpis i podaj mi, proszę prawidłowy adres Twojego bloga, nie udało mi się wejść. To tyle tytułem podziękowań. Przepraszam również wszystkich, do których nie mam czasu zajrzeć, lub zaglądam nie pozostawiając wpisu... Lemurio, Poczwarko Miła, Indi, Kozmo, Maszynisto z Podwarszawskiej Trasy...  i innych, których nie wymieniłam  pozdrawiam tym sposobem, obiecując poprawę


Obiecałam również, że opowiem, jak mi minął wczorajszy dzień. Pojechałam rano na targ w Będzinie. Uwielbiam to. W jednej części targowiska, wzdłuż Przemszy rozkładają swoje skarby sprzedawcy... marzeń. Stare książki, portrety przodków (zawsze to są przecież kogoś przodkowie, znam ludzi, którzy na jarmarku kupili jakieś konterfekty i opowiadają naiwnym gościom „O, a to prababka Gertruda, a to prapradziadek Ignacy w carskim wojsku") , dalej  lichtarze, kulawe krzesła, klatki, z których dawno wyfrunęli ich mieszkańcy, maści „na wszystkie bóle" (a na serce coś pan ma?), ciuchy w przykurzonym blasku dawnej świetności,  wyczytane książki o postrzępionych brzegach, w zetlałych „prawie skóra, proszę pani" oprawach, śrubki, mutry, kolanka, złączki czyli raj dla domowych hydraulików, żyrandole wiszące krzywo bez jednego ramienia, manekiny z jedną nogą, makatki haftowane „Kto rano wstaje..." i „Gdy żonka obiad gotuje...". Przyjacielu z Dalekich Stron, w dalszym ciągu rozglądam się za haftami „z blendem". Wokół rozmaitość dzieł, arcydzieł kiczu, w stosach nut zaklęte przedwojenne melodie, stare winylowe płyty i pirackie CD. I wszechobecna „niemczyzna", towar z „wystawek" sprowadzany zza zachodniej granicy. Meble, dywany i sprzęt sportowy, tam wymieniony na nowy, dla wielu tutaj jedyna okazja aby posiadać  „zachodni luksus".  Starzy ludzie wysprzedający  (czy może wyprzedający? Nigdy nie wiem)  swoje życie, tanie błyskotki z drewnianej szkatułki „To po żonie zostało, te koraliki tak lubiła, da pani pięć złotych?" Wyblakły błękit otoczony różowością obwisłych powiek lśni podejrzanie. Odwracam zawstydzona wzrok i... kupuję, chociaż do niczego mi nie pasują. Kupuję, bo to kilka bułek i mleko, które staruszek przyniesie do pustego domu z osiedlowego sklepiku. Szperam w rzeźbionej zakopiańskiej skrzyneczce, jeszcze „prawie srebrny" łańcuszek, jakieś ładne kolczyki, prawie przepraszam, że nie mam przekłutych uszu. Odchodzę pospiesznie żegnana sympatycznymi okrzykami starego mężczyzny. Jak łatwo jest odróżnić „rasowych" handlarzy, którzy skupują starocie po wsiach i spieniężają je później z zyskiem od drobnych pijaczków oferujących wygrzebane ze strychów klamoty i od ludzi, którzy pozbywają się z bólem rodzinnych pamiątek. „Dla chleba, panie, dla chleba...". Tu i ówdzie moją uwagę przyciąga jakiś landszaft w stylu „Święta Rodzina" albo „Jelenie na rykowisku we mgle" lub „Kąpiel odaliski". Brudne dzieciaki sprzedają podniszczone komiksy, odrapane deskorolki i zbyt małe rowerki. Między nimi kręcą się cwaniaczkowie patrzący tylko co by tu „skubnąć", kogo można okraść. Zasada numer jeden. Przed wyprawą na targowisko należy rozmienić pieniądze na drobne, nie brać ze sobą torebki, najlepsza jest kurtka z wieloma kieszeniami, w których można rozmieścić drobne pieniądze. Wiele razy byłam świadkiem, jak „obstawiano" kupującą osobę, za którą później szło kilku wyrostków. Finał mógł być do przewidzenia. Co najdziwniejsze, nie ma tu osób żebrzących, każdy, nawet najbiedniejszy „swój honor ma" i jest poważnym kupcem a nie żebrakiem. Choćby sprzedawał połamane ramki do obrazków czy fantazyjnie powyginane butelki po „Nalewce Babuni" albo pożółkłe, rozpadające się ze starości firanki ściągnięte z okien rodzonej matki. Czasem w powodzi starzyzny można wypatrzeć coś wyjątkowego, jakąś przedwojenną srebrzoną paterę, kieliszki „karczmiaki" z grubego szkła, czy szkolny dzwonek. Trwa wymiana towaru i pieniądza. Kupić nie kupić, potargować można, a nawet trzeba. Tutaj „nie honor" zapłacić żądaną kwotę. Tutaj trzeba „urwać" choćby złotówkę. Uwielbiam to. Kolory, zapachy zbutwiałego papieru, ludzi, dźwięki wdzierające się w uszy. Pokrzykiwania, nawoływania, hałas i zamieszanie. Gruba „kupcowa" siedzi jak carowa na składanym krzesełku (jak ono to wytrzymuje!!!) nad folią rozłożoną prosto na ziemi, na której pysznią się kryształowe wazony, bombonierki, talerze, co to najładniej wyglądają na szydełkowej serwetce w meblościance na wysoki połysk. Tak, dla wielu jeszcze jest to szczyt dobrego gustu. Ale o gustach wszak się nie dyskutuje, prawda? Skończyłam obchód targowiska, odchodzę stamtąd bogatsza o szklane korale „po żonie", co to do niczego nie pasują i prawie srebrny łańcuszek. Ale nie tylko o to, czuje się bogatsza o... wrażenia, o obrazy, które obserwowałam, o ludzi, z których każdy mógłby być bohaterem opowiadania. Choćby ten staruszek z błękitnymi oczami, trzęsącą się ręką otwierający zakopiańską szkatułkę, albo nigdy nie trzeźwiejący pijaczek, który kiedyś, może nie tak dawno, był bardziej interesujący od Brada Pitta. Teraz przeżarty alkoholem, beznadziejnością kolejnych dni, marzy tylko, żeby zarobić na kolejną flaszkę taniego wina. Odchodzę wzdłuż wału Przemszy nie oglądając się za siebie, wiem, że znowu tu przyjadę, pochodzić między plastikowymi płachtami pełnymi dobra wszelakiego, popatrzeć na górujący nade mną, nad nami będziński zamek. Zanurzyć się w życie, jakie już odchodzi, a może trwa ciągle, bo czymże różni się ten dzisiejszy będziński targ od tamtego, przedwojennego, na którym sprzedawcy w chałatach oferowali bajgiele i maść na „rwania" albo „pastę Kiwi, co but ożywi", mydło i powidło.  Świat, który odszedł, a przecież jest tu nadal, niezmienny jak letni deszcz i powtarzalność pór roku.

 

A dzisiaj... dzisiaj jest czwartek, jeszcze dwa dni urlopu, weekend i od poniedziałku kolejne dni w raju. No cóż, wszystko ma swój kres, dziewczyno (to ze starej piosenki, ale jak to dalej szło?). Za oknem przedjesienny chłodek, co to prześwituje z chmurek, jak w piosence kolejnej. Oj, coś mi się dzisiaj myśli cytatami, czasem tak mam, otwiera się jakaś zapomniana szufladka i pstryk, już jest cytacik (Cy tata cyta Tacyta? Nie, tata Tacyta cytuje!). Wczoraj usłyszałam od pewnego młodego człowieka z rodziny (cytuję... o jasny gwint, znowu!): Ciocia jest lepsza od Wojewódzkiego, cioci ironia  jest nie do przebicia  podczas gdy Wojewódzki jest po prostu złośliwy (koniec cytatu). Nie powiem, zrobiło mi się miło, tym bardziej, że usłyszałam to po wygłoszeniu dość złośliwej opinii na temat tegoż właśnie młodego człowieka (wygłoszonej zresztą do niego a nie do osób trzecich). Ale ponieważ on wie, że to z życzliwości, więc przyjął moje słowa z pokorą (ha ha ha!). Piotrze, pozdrawiam jak zawsze serdecznie! Zaraz wychodzę do weterynarza, Dieselek ma kolejny zastrzyk robaczkowy, to znaczy „co by nic go w dupkę nie gryzło", przy okazji „wrzucę ten tekścik na bloga. Znów się rozgadałam, ale to już nieuleczalne. Miłego dnia, u mnie zza chmurek od czasu do czasu słoneczko pokazuje buzię. Jest świetnie! O rany, powiedziałam w złą godzinę, właśnie zaczęli kosić trawniki, ale wyje! Znikam! Pa, pa!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Znowu płakałam...

środa, 29 sierpnia 2007 10:16

 
 

... tak otwarcie, tak bezbronnie, jak płakać potrafią tylko dzieci. Potrafią też się tak śmiać. Ja akurat płakałam. Leżałam na Łóżku, Panu Łóżku... hmmm przynajmniej tyle (hi hi hi!), oglądałam ekranizację „Romea i Julii" Franco Zefirellego i płakałam jak bóbr, a przynajmniej bobrzyca. Tak samo płakałam kiedyś, dawno temu w kinie, gdzie po raz pierwszy obejrzałam ten film. Chodziłam wówczas do liceum. Obejrzałam ten film po śmierci Huberta, mojego chłopaka, a On odszedł w sierpniu, dwa tygodnie przed rozpoczęciem trzeciej klasy. Więc „Romea i Julię" obejrzałam wczesną, ciepłą, piękną jesienią. I tak mi było żal. I nie wiedziałam wówczas kogo opłakuję. Czy parę kochanków na ekranie, czy Nas, których już nie było. Bo przecież nie ma Nas, gdy jestem tylko ja, prawda? Wówczas nie umarłam, jedynie na jakiś czas odrętwiałam, zziębłam i uschłam. Pierwsza Miłość, taka jedyna, taka czysta i taka wyjątkowa. Nigdy później, nigdy więcej nie kochałam już nikogo tak, jak tamtego chłopaka. Jeszcze miałam w swoim pokoju Jego zeszyty, jeszcze natykałam się na jakieś bzdurne, zwariowane karteczki, które wkładał mi do szkolnej torby, jeszcze długo nie mogłam słuchać włoskich piosenek, bo On je tak lubił, jeszcze doznawałam wstrząsu widząc Jego sylwetkę w perspektywie długiego szkolnego korytarza, tak charakterystyczną, prześwietloną słońcem. I serce mi zamierało, podczas gdy rozum mówił, że to nie Hubert, a tylko Jego brat bliźniak. I umierałam po raz tysięczny tam, na tym korytarzu. A później, jak to w życiu, byli kolejni chłopcy, były jakieś zauroczenia, jakieś fascynacje, ale już nigdy nie poczułam się tak, jak przy Nim. Powie ktoś, że to proste, On ma wciąż osiemnaście lat i czarne, niesforne, zbyt długie jak na wymagania surowego szkolnego regulaminu włosy. Włosy, które podcinałam tak, aby sprawiały wrażenie krótszych niż były w rzeczywistości. Do tej pory mam wrażenie, że w koniuszkach palców przechowuję pamięć ich miękkości. I teraz ten film przywrócił mi dawne  poczucie straty. Ja wiem, że to niemądre myśleć jak by to było, gdyby nie Biała Pani o Chłodnych Ustach. Być może to uczucie nie przetrwało by kolejnych miesięcy, kolejnych lat, może tak a może nie. Nigdy tego nie będę wiedziała, więc tylko płakałam nad losem pary kochanków. I beznadziejnością „czarów", które kiedyś odprawiałam pisząc na ostatnich stronach zeszytów M + H = WM. Film się skończył, łzy obeschły, życie dopisało ciąg dalszy do mojej historii.

 

W niedzielę byłam z Rodziną (Ciotka, Kuzynka i jej mąż) na wycieczce w Inwałdzie. Dziwna nazwa, sądzę, że pierwotnie wieś nazywała się „In Wald" czyli w lesie, spolszczone powstało słowa Inwałd. Ale może się mylę. Zresztą, nieważne. Inwałd leży między Andrychowem a Wadowicami i znajduje się tam park miniatur. Najsławniejsze budowle z całego świata w skali 1 : 25. Wrażenie kapitalne, przemyślane rozplanowanie terenu, dbałość o szczegóły, a ponieważ wszystkie budowle są w tej samej skali, więc można je porównać, obejrzeć proporcje. Jest tam Wieża Eiffel'a, Chiński Mur, Koloseum, Krzywa Wieża w Pizie, paryski Łuk Triumfalny i Big Ben, Sukiennice i posągi z Wyspy Wielkanocnej, Bazylika Świętego Piotra i Akropol, Wielka Skała z twarzami prezydentów USA  i Statua Wolności, długo by wymieniać.. Prócz tego dużo atrakcji dla dzieciaków w dalszej części parku. Karuzele i ciuchcie, i koniki, i zjeżdżalnie, i elektryczne samochodziki. A na dodatek cały system strumieni, wodospadów i sadzawek z karpiami, karasiami. Jednym słowem, ładnie! Pogoda też była w sam raz na wycieczkę, słonecznie ale niezbyt upalnie, z lekkim wietrzykiem. Z Inwałdu podjechaliśmy do Wadowic. Zwiedziliśmy muzeum, kościół, z tym że ja muszę podsumować tę całą atmosferę w Wadowicach jednym zdaniem. NIE KUPIŁAM DZWONKA Z NAMALOWANYM PAPIEŻEM. Za to zjadłam kremówkę „najlepszą w mieście i jedyną oryginalną" w jednej z kilkunastu kawiarni, gdzie kremówki rozwożone są z tej samej ciastkarni.  I jeszcze spodobał mi się bardzo transparent na budynku urzędu miejskiego: „Samorząd Wadowic z Janem Pawłem II".  Ale ja się na tym nie znam,  ja się czepiam. Taka rogata natura ze mnie. Nigdzie nie widziałam księgi pamiątkowej, a szkoda bo pewnie bym się wpisała. Oj, jeszcze pewnie istnieje mój wpis w Licheniu, o ile jakaś moherowa babcia go nie zamazała. Napisałam wówczas, że znalazłam tam przepych, bogactwo i pychę, tylko Boga nie zastałam. I stragany z badziewiem w Bazylice. Ale, jak już wcześniej napisałam, ja się na tym nie znam i pewnie pójdę do piekła. O ile coś takiego istnieje, zaznaczam.

 

Żeby zmienić temat na bardziej bezpieczny (chociaż, czy akurat ten temat jest bezpieczny?), Diesel dostał ode mnie żółtego kaczorka i... zagryza go powoli i systematycznie, gdy zagryzie go już do końca, dostanie drugiego. Będzie komplet!


Oj Gośka, Gośka, a może by tak o d...e, a nie o polityce? Dobrze, o d...e będzie następnym razem, obiecuję, a teraz pa, pa!

 
PS. Kto chce zobaczyć wspomniany wyżej parki miniatur, podaję adres: www.parkminiatur.com.


Środa rano...

 
Kołysanka dla Diesla skomponowana przez zrozpaczoną, pogryzioną Gosię


Nie gryź niegrzeczniuszku
bo ci dam po uszku
i nie będziesz spał w łóżku

Jak nie będziesz grzeczny
czeka cię nurt rzeczny
a potem sen wieczny

Niegrzecznego koteczka
Wrzuca się do woreczka
i chlup z mosteczka

Nie będzie już miseczki
ani poduszeczki
tak kończą niegrzeczne koteczki

 
Odbija mi, co? No, odbija i to jak! Powyższa kołysanka powstała z desperacji, o godzinie 3:13, gdy obudziły mnie dieslowe ząbki na moim nadgarstku. Potwór wykołysany na mej piersi a nie kot. A poza tym... urlop mija... a ja niczyja! Ha ha ha! Wczoraj wyruszyłam znowu wcześnie rano, pojeździłam na rowerku, w Parku Zielona na stawie zakwitły... właśnie nie wiem, co zakwitło, ale ma wysokie strzałkowe liście i drobne białe kwiatki na wysokich łodygach. Jak go zwał tak go zwał, ale ładne. Trochę się zmęczyłam, pogoda była idealna, zapowiadano ochłodzenie, może faktycznie wiatr był zimny i porywisty, ale można było jeździć w koszulce na ramiączkach. Po południu zadzwonił Były Osobisty Wieloletni Narzeczony i pojechaliśmy, tym razem wspólnie na kolejną wycieczkę rowerkową. A dzisiaj, no cóż, nóżki bolą, pupka też (obiecałam wcześniej, że będzie o d...e i jest!).  Dlaczego nikt nie wymyślił puchowych damskich siodełek rowerowych?

Kto jeszcze pamięta taki dowcip.

„...Słuchaczka pisze do Pana Rumiana:
- Panie Rumian, co mam robić, bo wytarła mi się pelisa?
- Droga słuchaczko, wprawdzie nie wiem co to jest pelisa, ale radzę nie jeździć zbyt często na rowerze".

 
Zapowiada się kolejny piękny dzień. Dla uspokojenia zdezorientowanych obrońców praw zwierzątek wszelakich, koteczek udaje aniołka i śpi smacznie na parapecie w promieniach wczesnego słońca, na razie ma darowane. Stary Zegar wybił siedem uderzeń. Zbyt wcześnie by wstawać, zbyt późno by spać... a może dzisiaj pojechać sobie gdzieś na wieś? A może na Pustynię Błędowską, poszukać grzybów? Nie mam pomysłu na ten dzień, dopiję herbatkę, może coś wymyślę. Opowiem później, miłego dnia, pa, pa!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Obudziłam się wczesnym...

piątek, 24 sierpnia 2007 20:23


 
 

... bardzo wczesnym porankiem. Właściwie była jeszcze noc, tylko leciutki, srebrzysty blask, co ja mówię, cień blasku zwiastował nowy dzień. Spojrzałam na zegarek, 4:15. Dobry czas, żeby wyruszyć na Wielką Rowerową Wyprawę. Na spotkanie Wielkiej Przygody. Choćby ta podróż miała trwać chwilkę i była całkiem niedaleka, jak kiedyś moje Wielkie Wyprawy do Ogrodu Mojego Dzieciństwa. Diesel przebudził się na moment, spojrzał na mnie z niechęcią, w malutkiej czaszce malutki mózg zarejestrował zdziwienie i oburzenie: zgaś to światło, bo mnie razi i kładź się, gdzie się wybierasz, czyś ty zwariowała? Masz rację Wielki Koci Filozofie i pewnie niejedna osoba się z tobą zgodzi. No to co? Po cichutku zniosłam rower po schodach, robiło się z każdą minutą jaśniej. Żeby tylko zdążyć przed świtem nad jeziora. I żeby była mgła, i żeby było dobre światło, i... Zdążyłam, świt był piękny, pastelowy, perłowy, bajkowy. Pewnie nie  tylko mnie „przytyka" z zachwytu na taki widok. Pewnie nie tylko mnie brakuje słów. Pewnie nie tylko ja żałuję, że nie mam komu powiedzieć „popatrz". Siedziałam nad wodą, słońce wstawało oślepiająco, barwiło wodę we wszystkie odcienie żółci i czerwieni. Tym razem nie było mgły, szkoda, bo efekt jest niezapomniany. Ptaki powoli budziły się ze snu. Nieopodal mnie przysiadły dwie sroki. Ładna z nich para. Lubię sroki, chociaż to rozbójnicy i drapieżcy zjadający pisklęta i wybierający jaja z gniazd innych ptaków. No a czym mają się żywić? Korzonkami? No właśnie, więc nie osądzajmy ich własną wymyśloną miarą. Mówię to dlatego, że miałam kiedyś starcie z moim sąsiadem, który chciał strzelać do pary srok, bo mu płoszyły szpaki, dla których zbudował domki. Zapytałam go wtedy, jakie prawo uznaje wyższość szpaków (które notabene niszczą owoce w ogrodach) nad inteligentnymi i pięknymi srokami. Nie umiał sensownie odpowiedzieć. Teraz przyglądałam się srokom, a one popatrywały na mnie. Czułam, jakbym była częścią tego obrazka, nawet nie śmiałam oddychać, żeby nie spłoszyć ptaków i tej chwili. Sroki, ponieważ głupie nie są, są bardzo płochliwymi ptakami. Cóż, sztuka przetrwania. Zza trzcin wypłynęły łyski. Dostojne, czarne z białą naroślą nad dziobem, gdzieś w szuwarach odezwały się żaby. Rybitwy zaczęły krążyć nad pomostem i nad przycumowanymi łodziami. Wiatr marszczył wodę tworząc fale roziskrzone słońcem, „grał" na wantach, szeleścił w wysokich pióropuszach trzcin. Powoli brzeg jeziora zaczął się zaludniać,  kolejni rowerzyści, wędkarze z osprzętem, samochody wjeżdżające na parking. Robiło się tłoczno,  wsiadłam na rower i pojechałam na „dwójkę". Tam jest pusto, nie ma plażowiczów, nikt nie wrzeszczy, nie smaży kiełbasek. Cisza i spokój. Nawet wiatr tutaj cichnie zaplątany w wysokie szuwary. Nieruchoma tafla jeziora „zakwitła" grążelami. Żółte kwiaty wystają ponad powierzchnię wody i ciemnozielone talerze liści. Tuż nade mną przelatywały bezszelestnie ważki, jak ciche helikoptery. Te małe, jaskrawo błękitne i te ogromne, brązowo-szafirowe. W osłoniętych zatoczkach rozłożyli się wędkarze, perkozy co chwilę zanurzały czubate głowy nurkując, przez moment migały białe kuperki. Zabawny widok. Siedziałam tak długo, nie wiem ile, nie wzięłam zegarka, nie wzięłam komórki. Szczęśliwi wszak czasu nie liczą, a ja byłam po prostu szczęśliwa.

Wracałam trasą wokół „trójki", robiło się upalnie, wstąpiłam po drodze do Jacht Klubu Pogoria III. Ponieważ kilka znajomych osób z reguły w sezonie jest na Mazurach, więc...

na szczęście okazało się, że Janusz zdążył się schronić w Mikołajkach tuż przed szkwałem, który zatopił tyle łodzi i zabił tylu żeglarzy. „Na szczęście", ponieważ nikt ze znajomych nie zginął? Przecież tamci też mieli rodziny, przyjaciół, więc jakie to szczęście. Jestem zmęczona, więc... pa, pa!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Jak kiedyś...

czwartek, 23 sierpnia 2007 15:11


... obiecałam, dzisiaj usiłowałam umieścić kilkanaście fotografii z Warszawy. Niestety, wkleiłam zajedwie osiem i... komputer zastrajkował. To pewnie przez ten upał. Niemniej zapraszam na www.margolandia.bloog.pl. A teraz pędzę nad jezioro. Acha, z nalewki jeżynowej na razie nic nie będzie. Wczoraj wieczorem, na smuteczki pożarłam wszystkie jeżynki. Posypane cukrem ojejku, jejku! Trzeba nazbierać kolejne i... znów zasypać cukrem... Pa, pa
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mam dziwne uczucie...

środa, 22 sierpnia 2007 13:13

 

 

... rozdwojenia, roztrojenia (nie napisałam rozstrojenia!), zwielokrotnienia. Czasem mam wrażenie, że wszystko dzieje się jakby obok mnie. Jakbym była tylko widzem, biernym widzem, nie mającym żadnego wpływu na to co się rozgrywa przed moimi oczami.  Jakbym stała za dźwiękoszczelną, pancerną szybą. I choćbym wrzeszczała, choćbym rozbijała sobie kostki dłoni o zimne szkło to nic nie mogę zmienić. Jakbym była niewidzialna, co ja mówię, jakby mnie wcale nie było. Coś robię, z kimś rozmawiam, czegoś słucham.  A cały czas, uporczywie, po głowie tłucze mi się tylko jedna myśl, jedno pytanie. Gdzie w tym wszystkim tkwi sens? Bo przecież jakiś musi być. Żyjemy, kochamy, nienawidzimy, cierpimy. Rodzimy się i... umieramy. To co dzieje się z nami w międzyczasie to tylko chwila, moment, zlepek przypadków. Każdy z nas ma tak wiele twarzy, wiele masek. Zakładamy je, inną do pracy, inną dla przyjaciół, jeszcze inną dla rodziny. Najważniejsze by się nie pomylić. By nie pokazać tej prawdziwej twarzy. Bo jeśli wówczas nikt nas nie zauważy? Jeśli ta twarz jest tak szara, zwykła, że aż niewidzialna? Co wówczas? Czy moglibyśmy dalej żyć? Przesadzam? Być może, ale co byłoby, gdybyśmy pokazali światu swą prawdziwą twarz. Gdybyśmy zawsze, podkreślam, zawsze mówili prawdę. Nawet dla samych siebie bylibyśmy nie do zniesienia. Codziennie, w każdej chwili kłamiemy, chociaż na pewno nie nazwiemy tego kłamstwem. Czyż przemilczenie nie jest oszustwem? Czy uśmiechnięta maska podczas gdy w środku gotujemy się z negatywnych emocji nie jest kłamstwem? Mówi się, że ktoś jest „szczery do bólu". Właśnie „do bólu". Jeśli mamy wybór, albo przemilczeć i sprawić komuś radość, albo powiedzieć prawdę i niepotrzebnie zranić, co wówczas zrobimy? Czyż wybór nie jest prosty? Przeczytałam ten tekst i zawahałam się przed skasowaniem go. Jednak nie, niech sobie istnieje. To są moje myśli przed północą. To też jestem ja. Ktoś powie, że to ekshibicjonizm psychiczny. Być może. Może takie myśli są nierozerwalnie związane z jedną z moich twarzy. Tą smutną. Riedel śpiewał kiedyś, że w życiu piękne są tylko chwile. Może właśnie dla nich jednak warto żyć? Gdzieś, kiedyś przeczytałam, że życie to nie próba generalna. To jeden jedyny, pierwszy i ostatni spektakl. Nic nie zostanie powtórzone, każda pomyłka będzie miała swój skutek, każdy gest znajdzie odbicie w przyszłości. I, co najgorsze, sufler przyspał i nie podrzuca nam kwestii. I już nie będziemy wiedzieli czy, gdy opadnie kurtyna, zostaniemy wygwizdani, czy może dadzą nam kosz pąsowych róż. A teraz? A teraz dobranoc. Niech Anieli Niebiescy ześlą wszystkim piękne sny. Może i dla mnie znajdzie się jakiś słodki sen, choćby krótki. I może w tym śnie będę w samym środku życia, a nie za szklaną pancerną szybą. Pa, pa.


Nowy dzień...

... wstał leniwie i niechętnie. Było mu duszno, wilgotno i jakoś... smutno. Jak mnie. Chcąc nie chcąc, a właściwie nie chcąc ale musząc wyszłam do sklepiku. No i... ja wiem, że nie powinnam, ja wiem, że powinnam... mieć silną wolę powinnam. Ale nie mam. I już. A brak mojej silnej woli zmaterializował się w postaci jednej jagodzianki. Wręcz genialnej. Podobnie jak ta druga. Też genialna. No i teraz przymierzam się (spódnicy nie przymierzam, po co wpędzać się w depresję), ja się przymierzam do gimnastyki. Ale ponieważ zaraz po jedzeniu nie powinno się podejmować żadnego wysiłku fizycznego, toteż czekam cierpliwie kiedy już nie będzie to zaraz. Czytam Grocholę, wolę Szwaję, ale ją już wyczytałam. I nagle co to? Przez zgrzyt świdra po betonie (remontowcy od jasnej Anielki, czy ta ekipa nigdy nie śpi? Jakaś dziwna rasa budowlańców, może zza Buga, bo nasi w Irlandii!) przebija się znajomy rytm i równie znajoma melodia „Sokoły", ale jakie! Grane na wielkiej trąbie, z towarzyszeniem trąbki, klarnetu i puzonu. Jeśli ktoś pamięta sekcję dętą Bregovića to pamięta również orientalne, egzotyczne rozedrganie dźwięków. Sąsiedzi na balkonach rzucali pieniążki, zawinęłam grosiki w woreczek, zawiązałam supełek i rzuciłam w dół, z różnych poziomów posypały się zawiniątka. W zamian dostaliśmy „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma" i szerokie, oślepiające uśmiechy. Przypomniało mi się dzieciństwo, troszkę starsze, gdy mieszkałam w Będzinie w starej kamienicy z wysokim podwórkiem-studnią. Tam też grali Cyganie. Tylko dźwięk był inny, wzmocniony przez zamkniętą przestrzeń, odbijający się od odrapanych ścian. Chciałam wtedy iść z Cyganami w świat. Rozmarzyłam się stojąc na balkonie w siąpiącym letnim i ciepłym deszczyku. Nisko, w dole widzę oddalające się sylwetki muzyków, ich czarne włosy lśnią od wilgoci, po złotych instrumentach spływają krople wody, muzyka oddala się i cichnie powoli. Co to jest?  Ore ore kiedy śpiewam cichnie cały świat, jakoś chyba tak było? Uśmiecham się do sąsiadki, ona uśmiecha się do mnie, jak miło. Wczorajsze pseudofilozoficzne rozważania poszły precz. I pomyśleć, że wygnał je dźwięk wielkiej trąby z towarzyszeniem klarnetu, puzonu i trąbki.  Więc może jeszcze są prawdziwi Cyganie? Dość siedzenia w domu, zakładam kurteczkę z kapturkiem i idę w deszcz.

Z uśmiechem. W stronę cichnącej cygańskiej melodii. Pa, pa.

 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 656  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554656

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl