Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


I nastał nam...

piątek, 29 sierpnia 2008 7:15
 

... upragniony, wytęskniony piątek.  Dla mnie bardzo, bo kończy on wyjątkowo ciężki tydzień. Koniec miesiąca, interesanci, którzy przychodzą w ostatniej chwili, sądzę, że zgrzyt moich zębów ukrytych za wargami rozciągniętymi w „służbowym" uśmiechu niósł się hen daleko.  Jestem wykończona.  Psychicznie wypalona i z pustką w biednej łepetynie. Na dodatek mój „współspacz" wcale nie sypia nocami, stąd pewnie dodatkowe moje rozdrażnienie. W końcu sen to zdrowie. Ale na szczęście przede mną tylko osiem godzin i... czas wolny, czas  tylko mój, czas którym mogę żonglować jak kolorowymi piłeczkami. Tak sobie tylko wyobrażam to żonglowanie, bo nigdy nie byłam zbyt dobra w takich popisach.  Ale czasem udaje mi się to z czasem. Oooooo jak ładnie!  Ale wracając do weekendu.  W niedzielę jadę do Warszawy i zostanę tam do środy. Kasieńko, zajrzę do Twojej Firmy na sto dwa procenty, obiecuję. Zajrzę pewnie też na mojego bloga. Jeśli będę miała coś interesującego do opowiedzenia, rzecz jasna. A teraz wyjdę jeszcze na chwile na balkon, posłuchać świerszczy. Niestety zagłuszanych co jakiś czas przez ryk silników dwukołowych potworów, których dosiadają szaleńcy jeżdżący na tylnym kole po pustych ulicach. Cholerni dawcy organów. No i nastało nowe szaleństwo. Drogi zaroiły się od quadów, których użytkownicy są chyba jeszcze bardziej nieobliczalni niż motocykliści.  Co najdziwniejsze, quady nie mają numerów rejestracyjnych. Szaleńcy czują się więc bezkarni. W moim mieście jest ich mnóstwo, bo terenów do rozjeżdżania jest tu pod dostatkiem. O'k! Niech sobie jeżdżą po bezdrożach, po Pustyni Błędowskiej, przynajmniej niszczą zarastającą ją roślinność, ale niech spadają z ulic.  I z tras rowerowych wokół jezior.  Rower czy rolki mają podstawowa zaletę. Są ciche! Czy ja się znów czepiam? Pa, pa.

 

PS. Michał, wygrałeś dużą pizzę z pepsi!

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Uśmiałam się okrutnie...

czwartek, 28 sierpnia 2008 7:16
 

... wyobraziwszy sobie moje „M", przez które przemaszerowują nieprzebrane rzesze gości.  Hmmmm wejść to może by i weszli, gorzej z drogą ewakuacyjną, no bo jakże. Przez balkon?  Jakąś sygnalizację też trzeba by było zainstalować. O rany, o czym ja gadam? Najwięcej, jednorazowo rzecz jasna,  gościłam trzydzieści pięć osób, chociaż mogę się mylić... może to było czterdzieści pięć? Ale to było tak dawno. „Gdzie się podziały tamte prywatki..."  Wspominkowo mi ostatnio i sentymentalnie.  Wspominając babcine chodniczki przypomniałam sobie również kolorowe kwiaty robione na szydełku z różnych resztek wełny. Kwiatki, kwadraty, kółka. Bajecznie kolorowe. Najfajniejszym momentem było układanie ich tak, aby kolory się nie „gryzły" i zszywanie dużej całości... to mogły być różne rzeczy. Miękka „otulajka" zastępująca koc, poncho, poszewka na poduchę, odlotowa torba na bardzo długim uchu (majtała się gdzieś w okolicy kolan), wystarczyło tylko doczepić frędzle. Taka torba „hipisowska" świetnie się komponowała z długimi spódnicami z szerokich falban, z drewniakami i bluzkami szytymi z tetrowych pieluch farbowanych w kolorowe rozmazane koła. A robiło się te wzory niezwykle prosto. Materiał albo zawiązywało się w supły albo związywało gumką „recepturką" i... do farby. I już był ciuch niepowtarzalny, niepodobny do innych.  A haftowane bluzki (ileż wieczorów spędziłam nad tamborkiem (kto jeszcze wie, co to takiego, palec pod budkę, bo za minutkę zamykam budkę!) ale wielkie „ooooch" i zawistne spojrzenia „najlepszych" koleżanek były największą zapłatą. Do tej pory mi tak zostało. Nie lubię ciuchów „z metra".   No i oczywiście swetry robione na drutach z pracowicie wrabianymi wzorami, które wymyślało się samemu (to proste, bierze się papier „prośbowy" i rozrysowuje wzór w krateczkach) ewentualnie nieoceniona była tutaj Burda, zdobywana spod lady i jakże rzadko. Pamiętam, miałam siedemnaście  lat gdy wyjechałam w wakacje do „enerdowa" na wakacyjny Hufiec Pracy. Pracowałam na Zentrallflugshaffen Schonefeld, szykowałyśmy kontenery z jedzeniem do samolotów linii z całego świata (w życiu nie jadłam takich fantastycznych włoskich ciastek czy holenderskich czekoladek). Był to czas Mistrzostw Świata w piłce nożnej, rok 1974. O roku ów... Niemcy gratulowali nam na ulicach, w pracy oglądałyśmy mecze na małych przenośnych telewizorkach, kto wówczas myślał o kolorze... W hotelu recepcjonista informował wszystkich, że to idą Polki. Obcokrajowcy łamali sobie języki na nazwisku Szarmacha, Lato czy Deyna zdecydowanie lepiej im wychodziły.  Nazwiska oczywiście. Czułyśmy wówczas niesamowitą dumę, że jesteśmy Polkami. Pamiętam również mecz Polska-RFN. W wielkim deszczu, było to o tyle dziwne, że w Berlinie wówczas nie padało. I zadowolenie tych wszystkich Helg i Annemarie,  gdy któryś z naszych zawodników upadał w błoto, w jakie zmieniła się murawa.  Ale i tak było świetnie. Byłyśmy rozpoznawalne jak kolorowe ptaki na tle przaśnych, męskich Niemek. Grubokościstych i zdecydowanie surowych w zachowaniu.  Ależ mi się zebrało na wspominanie. A dodać należy, że opiekun naszej grupy, znienawidzony zresztą przez nas, zdecydowanie w typie pruskiego junkra, nazywał się Schuttenberg... przetłumaczyłam to dziewczynom jako „góra gruzu" i przestał być groźny, stał się śmieszny. Świetny sposób na oswajanie lęków, prawda? To co nas śmieszy nie może być przecież straszne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Cicho i podstępnie...

poniedziałek, 25 sierpnia 2008 7:17
 

... nadciąga zmrok. W pokoju zalegają coraz gęściejsze cienie.  Moja brzoza, tancerka wygina ramiona w tańcu do pary z wiatrem. Po grafitowym niebie przepływają chmury. Dziwny był ten weekend. Nastawiłam się (pesymistka!) na opady, burze i wichury a tu tylko straszyło. W ciągu godziny zmieniała się pogoda wiele razy.  No i tak właściwie nigdzie nie byłam, nic nie zrobiłam, niczego nie zobaczyłam. No przepraszam, dzisiaj byłam w Katowicach. Smętnie, pusto, szaro. Jeszcze nie tak dawno przepełnione ogródki kawiarniane na Stawowej teraz albo świecą pustkami, albo całkiem zniknęły.  Pod ścianą budynku młody człowiek siedzi na składanym stołeczku i gra. Pięknie gra. Na akordeonie.  Ma jakieś CD do sprzedania, jakieś kasety z nagraniami. Nikt nie kupuje, każdy przechodzi obojętnie. Tylko czasami jedna osoba przystanie na moment, zasłucha się, uśmiechnie i... pójdzie dalej. Zrobiłam kilka zdjęć i... poczułam się okrutnie zmęczona. Po powrocie więc do domu... położyłam się i przespałam popołudnie.  Teraz w TVN „produkują się" „gwiazdy" z lat osiemdziesiątych. Dawnych wspomnień czar?  Żałosne. Wolałam jednak stare teledyski... i tak część z nich śpiewa z playbacku. Bo czas, czas wszystko zmienia... dawnych idoli, nas samych. A nie zawsze chcę aby mi o tym przypominano.  Wystarczy, że czasami przeglądam stare albumy z fotografiami.   Ech, łza się w oku kręci. Oooooooooooooooooooooo!!! To „ooooooooooooooooo" z wykrzyknikami było po mini recitalu Thomasa Andersa „piękniejszej połowy" duetu Modern Talking. Ma facet charyzmę, śpiewa całkiem czysto a i show potrafi zrobić niezły. Zresztą, jeśli chodzi o występy „na żywo" to zawsze relacja telewizyjna jest o wiele mniej ciekawa niż odbiór tam, na miejscu. Pamiętam, byłam kiedyś na sopockim festiwalu w Operze Leśnej, lało zresztą jak z cebra, bawiliśmy się rewelacyjnie, wróciłam do domu i wysłuchałam krytyk osób, które oglądały występy na małym ekranie. Tak więc nie powinnam chyba być aż tak krytyczna, prawda?

Zadzwonił BOWN. Namawia mnie na wycieczkę rowerową jutro po pracy. Jeśli nie będzie padało to czemu nie?  Nic mnie już nie boli, a przyda się mały trening, bo ostatnio coś jakbym zardzewiała, albo cóś?  Pa, pa.

 

PS. Niesamowite, w ciągu weekendu odwiedziło mnie ponad tysiąc osób, a dokładnie 1570!.  Jestem zaskoczona i, nie będę ukrywać,  zadowolona. Lubię gości!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Alleluja...

sobota, 23 sierpnia 2008 19:06


 

... ból minął równie niespodziewanie jak się pojawił. No, może nie tak całkiem i nie tak do końca. W dalszym ciągu nie mogę podrapać się prawą ręką po plecach.  Na szczęście pozostaje mi ręka lewa i fakt, że jak na razie plecy mnie nie swędzą.       No i oddychać mogę pełną (prawie|) piersią a nie tylko lewą i to ostrożnie. Uspokojona więc jestem i czym prędzej postanowiłam uspokoić zaniepokojonych. Jest rano, sobota rozwija się przede mną leniwie i bez pomysłu niczym szaro-bury dywanik zrobiony na szydełku z pociętych starych pończoch. Moja Babunia robiła takie dywaniki w długie zimowe wieczory. Do moich zadań należało cięcie na paseczki różnych materiałów, wiązanie ich i zwijanie w wielkie kule. W tamtych czasach,   w tamtym życiu nic się nie mogło zmarnować. Teraz jesteśmy rozrzutni, wyrzucamy na śmietnik przedmioty, tylko dlatego, że a) znudziły nam się lub b) stały się niemodne (kto nam mówi, co jest modne a co modnym nie jest?). Marnotrawimy świat, napędzamy produkcję rzeczy bez duszy i bez charakteru. O ileż ciekawszy był taki dywanik mojej Babuni od wykładziny „z metra", o ileż piękniejsze były dębowe podłogi, chociaż w niektórych miejscach skrzypiały radośnie od bezdusznych paneli „prawie" bukowych i nie całkiem sosnowych. O ileż trwalsze były dębowe meble od meblościanek z płyty MDF albo innego badziewia. Tylko jak zdołałabym upchnąć taka szafę w moim „M"? O ileż cenniejsza była sukienka „z zakładką"  szyta przez Babunię wieczorami na maszynie Singer, taka „na wyrost",  od taśmowej kiecki, jednej z kilku tysięcy. Otaczamy się przedmiotami, zagospodarowujemy swoją przestrzeń, ciułamy rzeczy, jakbyśmy bez nich nie istnieli.  Jakby to one stanowiły      o naszej wartości. Najnowsze modele, blichtr i snobizm, coraz bardziej skomplikowany świat, elektroniczny  i bezduszny.  Iskrzymy w ciemnościach, „kopią" nas klamki i futryny, włosy stają dęba gdy zdejmujemy ubranie ze sztucznego tworzywa  po kolacji złożonej ze sztucznego pożywienia. I  dziwimy się, gdy nasze ciała buntują się i protestują.  Rano zadzwonił do mnie B. Zaniepokojony moją nieobecnością na grillowym spotkaniu i wieściami o moim szwankującym zdrowiu. Porozmawialiśmy sympatycznie. Poradził, abym spokojnie przeczekała obecną złą passę. W porządku, mogę przeczekać, ale może lepiej by było gdybym się zahibernowała? I wybudzili by mnie za dwa lata? Opowiedziałam mu o moim pomyśle na stworzenie muzeum kolei warszawsko-wiedeńskiej. Nie mówiłam tu        o tym? Chyba nie, ale  muszę jeszcze pewne szczegóły dopracować, no i pomyśleć, kogo ewentualnie zainteresować takim tematem.  I jak na złość osobą, z którą powinnam porozmawiać jest mój antagonista.  Czarno więc to widzę. Za  oknem przewalają się po niebie szaro-białe chmury, wiatr tańczy w gałązkach brzozy,           o szybę stukają dźwięcznie butelkowozielone krążki szkła zawieszone na żyłkach. Kot wystawia czarny nosek przez szczelinę w uchylonym oknie (musiałam zabezpieczyć okno, bo wyskakiwał na balkon w ciągłym pędzie ku wolności). Biedny więzień nie rozumiejący, że to dla jego dobra, że świat jest wrogi i niebezpieczny dla małych kocurków. A i tak wciąż i wciąż od nowa próbuje. Jakie to... ludzkie, prawda?

 

Jest już popołudnie, mam słabe wyrzuty (słabiutkie!) sumienia, bo a) nie umyłam okien, b) ciuchy, których miejsce jest na półkach w dalszym ciągu wylegują się na fotelach. Kot  też się wyleguje w słonecznej plamie, która akurat objęła poduszkę. Niebo w dalszym ciągu straszy deszczem, dziarskie Słoneczko co jakiś czas energicznie przedziera się przez bure zasłony i dogrzewa świat, kota i mnie. Jest pysznie! I wcale nie w kejefsi.  Jest podwójnie pięknie, jeśli wiecie o czym ja piszę. Po prostu pięknie k.... pięknie! Pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Z góry i na początku...

piątek, 22 sierpnia 2008 7:15
 

... przepraszam wszystkich zawiedzionych tym, że jednak nic nie napisałam. Nie udało mi się. Od kilku dni coś mi wlazło między żebra i siedzi... cholerstwo tak boli, że nawet oddychać nie mogę, a momentami i myślenie przychodzi mi z trudem. Ból promieniuje gdzieś z okolicy mostka w kierunku prawego ramienia. Zawianie?  Cóż, już wolałabym stan zawiania alkoholowego.  Uśmiałam się wczoraj, bo mówię pewnemu znajomemu co mi jest, na co on stwierdza, że to pewnie schorzenie, i tu uwaga, neurotyczne!  Znam kilku, a właściwie kilkoro neurotyków, między innymi Woody Allena, w tym wypadku nie osobiście, niestety, ale ja neurotyczką?  Owszem przyznaję się do stanów depresyjnych,  do lekkiej paranoi też się przyznaję, ale to wszystko co mam do powiedzenia, Wysoki Sądzie. Więcej nie powiem, albowiem mogło by to być użyte przeciwko mnie! Oczywiście później uśmialiśmy się oboje, bo było to zwykłe przejęzyczenie. Miał na myśli, co zapewne jest oczywiste dla P.T. Czytelników, schorzenie neurologiczne. Czy to ważne, jak by to nazwać to boli jak jasna cholera! Ups... jak jasny gwint!  Oddycham płytko, śmiać się nie mogę,  za ladą siedziałam dzisiaj jak jakaś matrona, nawet prawej ręki nie mogłam wyciągnąć przed siebie, a gdy się zapomniałam i wyciągnęłam, to momentalnie miałam wrażenie, jakby jakieś ostrze przeszywało mi żebra. Co do innych rzeczy, to mogę... byle ostrożnie! Wiem, bo sprawdziłam. A co! Zresztą gdzieś wyczytałam, że seks działa przeciwbólowo.  Potwierdzam, szkoda tylko, że ma krótkotrwałe działanie. Ale ja tak sobie tylko teoretyzuję (hmmmmmmmmmmmm). Kocur szmaragdowo patrzy na mnie z oparcia fotela, gdzie siedzi jak czarno-biała porcelanowa figurynka. Wiem Kocie, że jestem kłamczuchą, ale sza, niech to będzie naszą tajemnicą.  Schodząc    z niebezpiecznego tematu, chcę dodać, że ze spaniem (spaniem!) też mam niejakie problemy.  Ostatnią noc miałam krótką, już o trzeciej trzydzieści obudził mnie... nie, nie facet, nawet nie kot tylko... BÓL!!!   Przekręciłam się na drugi bok i myślałam, że się przekręcę!  Wiem, wiem,  powinnam iść do lekarza, powinnam się zbadać... och, tak wiele powinnam. Kacie pełń swą powinność. Z tym właśnie mi się kojarzy to słowo. Co ja na to poradzę?  Ale dość narzekania. Dzięki Bogu już piątek. A piątkowy wieczór spędzę w fajnym gronie, ze „starą" ekipą.  Miejskie zawieruchy rozrzuciły nas na cztery strony świata (urzędniczego) a mimo to co jakiś czas udaje nam się spotkać. Mam nadzieję, że do wieczora ból trochę, choć troszkę odpuści. A sobota i niedziela? Nie mam pojęcia, żadnych planów, jedynie jakieś mgliste pomysły. Pożyjemy, zobaczymy... mam nadzieję, że pożyję i zobaczę.  Ależ zabawne, a ja się śmiać nie mogę... zaraz opowiem. Ponieważ mój kot ma dziwne smaki i preferencje żywieniowe, trudno mu dogodzić.  A że zrobiłam sobie bułeczkę z topionym serkiem,  stwierdził, że to mu może odpowiadać. Spróbował kawałeczek serka, zjadł z apetytem więc dałam mu cały trójkątny serek, szynkowy zresztą. No i... zaklajstrował sobie mordkę! Teraz leży na dywanie, z łapkami do góry i pazurkami czyści sobie ząbki. A minę ma tak niemożliwą, że trzymam się za żebra i śmieję do  rozpuku. Oooooo chyba się na mnie obraził. No, Kocie a gdzie twoje poczucie humoru? Że nikt nie lubi, gdy się z niego nabijają? Masz rację, ja też nie lubię. A przynajmniej nie zawsze i w ograniczonym zakresie. W końcu nikt nie jest doskonały,  na szczęście. Właśnie zaczęła działać tabletka przeciwbólowa, mam nadzieję, że tym razem pośpię dłużej. Pa, pa.

 

PS. Kapitanie, pozdrowienia dla Kapitanowej, koniecznie! Michał, znasz moje hmmmmm sportowe preferencje! Wibo, Acharjo, Laimo, Krystyno, Mada-leno i wszyscy, którzy tu zaglądacie, dziękuję za Waszą obecność. I z góry przepraszam, że nie zawsze mogę złożyć Wam rewizytę.

 

PS2. Sąsiedzie zza... działeczka? Owszem, ale mnie się marzy ogródeczek, choćby tak maleńki jak chusteczka, podwóreczko, na które mogłabym wyjść prosto z maleńkiego ganeczku chatki, choćby takiej na kurzej stopce. Takie mam marzenia...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 722  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557722

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości