Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Oooooooooooo...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009 6:44

... jaki ładny poranek. A  ja zaraz wychodzę. do pracy, na dodatek dzisiaj mam dyżur, czyli... do siedemnastej. I powinnam być z tego powodu niezadowolona (co najmniej). Nic z tego... stosownie do zasad, którymi mam zamiar kierować się od tej pory, ciesze się, bo:
a) mam pracę
b) czeka mnie poranny spacerek
c) skoro  jest dyżur, to sa godziny "do odbioru"
d) a w perspektywie... niedługo weekend!!!
Czyli same pozytywy, prawda?  Też tak sądzę.  Hłe hłe hłe... Babunia by powiedziała, że "kurzy się za mną, aż strach".  Kogo ja chcę oszukać? Ano nikogo, jedynie mój biedny umysł chcę zmusić do pozytywnego myślenia.  Ale to trudne, szczególnie w poniedziałkowy poranek. Poniedziałki powinno zaczynać się co najmniej od dziesiątej, co by człek szoku nie doznał.  Za mną bardzo pracowity weekend. Tak, tak dobrze czytacie, pracowity, ale to praca, która jest prawdziwą radością.Nie potrzebuje ktoś szurniętej, niedouczonej fotografki?  Za wikt i opierunek? Tak mi sie tylko pisze,  mam wrazenie, że jak zakotwiczyłam w tym moim bajorze, tak już do końca świata będę tu tkwiła, przy tym zapomnianym przez ludzi i Boga nabrzeżu... dopóki rdza mnie nie zeżre, albo nie przerobią mnie na żyletki... taki los samotnych statków... jejkuuu ależ ja jestem poetycka, to porównanie warte jest nagrody Gouncourt'ów... tak się to pisze? Nie mam czasu, żeby sprawdzić. I tym portowym akcentem, pa, pa... po południu opowiem o wczoraj i przedwczoraj... chyba, jeśli nic ciekawszego sie nie zdarzy... dzisiaj. Pa!!!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kolejna noc...

sobota, 29 sierpnia 2009 2:17

... otula mnie ciszą... ciszą pozorną, bo wystarczy wyjść na mroczny balkon, by usłyszeć chóralne cykanie świerszczy i odległy, stłumiony szum autostrady. Ogarnia mnie spokój, zmartwienia i problemy zrzucam z ramion jak niemodną sukienkę, stopą odrzucając je w kąt. Niech tam spią, bo wiem, że jeszcze nie pora, by zniknęły całkiem z mojego życia. Taka karma chyba? W radio Rynkowski namawia do picia za błędy... pić nie będę, a moje błędy, cóż, nie są warte toastu. Całe nasze życie składa się z ciągu wyborów, zdarzeń, które splatają się ze sobą, czasami  na pozór bezładnie i nielogicznie. A jednak, gdy spojrzymy na to z dystansu, okazuje się, że ... tak miało, tak musiało być. Nie warto więc rozpamiętywać przeszłości, rostrząsać "co by było, gdyby", bo któż to wie? Może byłoby lepiej, a może wręcz przeciwnie. Staram się, naprawdę sie staram, cieczyć każdą chwilą, każdym momentem życia, bo następny taki może się nie trafić, co ja mówię, następnego takiego po prostu nie będzie. Będzie inny, jak każda chwila jest tą jedną jedyną i niepowtarzalną. Za mną ciężki tydzień,  jak zresztą pisałam wcześniej. Przede mną całe dwa dni wolności od obowiązków. Całe dwa długie dni, które zresztą miną, nawet się nie spostrzegę kiedy. Tak to jest, że mając w perspektywie czas, który mozna dowolnie wykorzystać, przy zbyt dużej ilości planów, w końcu większości z nich nie zdołam zrealizować. Ale postanowiłam, że nie będę się tym stresować. Skoro czegoś tam nie zrobię, to przecież świat się nie zawali, Ziemia  nie zatrzyma się w półobrocie, żaden meteoryt też mi na łeb nie spadnie...  odpukuję, tak na wszelki wypadek, licho nie śpi!!! Za oknem noc rozciąga się jak granatowy aksamit, tuż nad ziemią unosi sie delikatna mgiełka, będzie piękny świt. Czyli... muszę wyruszyć wcześniej, żeby "złapać" trochę ujęć. I po co mi to??? A po nic, a właściwie... po wszystko. Ostatnio koleżanka stwierdziła, że zazdrości mi tego, że coś mam... swojego, osobistego, coś, co sprawia mi radość, co jest odskocznią od codzienności. I trudno mi się z nią nie zgodzić. Co z tego, że niektórzy patrzą na mnie z politowaniem, za plecami pokazują "kuku na muniu". Cóż, historia zna wiele takich przypadków, że "zapoznani" artyści nie byli doceniani przez własne otoczenie. Czy ja użyłam słowa "artyści"?  Tak mi sie tylko wypsnęło, moja Babunia by zaraz powiedziała, że ze mnie jest taka "artystka ze spalonego teatru"...  Zawsze potrafiła, Kochana Moja, ustawić mnie we właściwych proporcjach.  Obdarowując przy tym całym oceanem miłości. Nikt nigdy, i mówię to z całą odpowiedzialnością, nie kochał mnie tak bezgranicznie, jak Ona. Nie zdziwi więc pewnie PT Czytelników fakt, że pomimo tak wielu lat bez Niej, wciąż i wciąż od nowa, przywołuję Jej słowa, w pamięci wciąż mając obraz Jej dobrych dłoni i uśmiechniętych oczu. Smutno mi, czasami jest mi tak bezgranicznie, tak pierwotnie smutno. Czuję się tak, jakby smutek był na stałe  przypisany do mojej osoby, jakby dominował nad całym moim życiem. To co, że uśmiecham się, że cieszy mnie widok polnego kwiatka czy kolorowego motyla, skoro to wszystko i tak podszyte jest... smutkiem. Uffffffff, ta noc wpływa na  mnie melancholijnie. Nie ma wyjścia, czas zakończyć tę notkę, żeby nie utonąć w oceanie łez... skoro nie można w oceanie miłości...  A na zakończenie, kilka błękitnych ujęć sprzed kilku dni... i w perspektywie... Górka Gołonoska dla SU.... i tym błękitnym akcentem, pa, pa.























PS. Wiadomość dla Ilonki. Tak, mieszkam na Redenie, oczywiście, że możemy się spotkać, będzie mi miło. Mój adres mailowy jest obok, na marginesie tej strony "O mnie".  Napisz, to się umówimy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Cicho i sennie...

czwartek, 27 sierpnia 2009 1:24

...spadła kolejna kartka z kalendarza. No, nie do końca tak cicho, bo właśnie z wielkim hukiem spadła... doniczka z parapetu. Ciekawe, jaka też była przyczyna tego spektakularnego upadku. Ci, którzy stawiali na koci udział w tym zdarzeniu, mają oczywiście rację. Tak to jest, gdy kotecek, choćby i chudziutki, usiłuje przecisnąć swoje długie ciałko między doniczką a oknem. No i... bum! w konfrontacji z futrzaczkiem doniczka przegrała i za karę została wyrzucona do śmieci.  Na szczęście miałam w zapasie kolejną, równie ładną i równie tłukącą się doniczkę, mam nadzieję, że ta przetrwa dłużej, chociaz znając talenta wszelakie, szczególnie destrukcyjne, mojego kota, to... ale nie bądźmy pesymistami, prawda?  Od kilku dni nic nie pisałam, jakoś nie miałam nastroju, jakoś nie miałam potrzeby. Wiem, to brzmi bardzo... egoistycznie, ale przecież nie będę tu oszukiwać i udawać dobrego nastroju, skoro takim nie był. Ten nastrój, znaczy się.  Jak zwykle, koniec miesiąca to szaleństwo w pracy, ciągły stres i nerwowa atmosfera. Interesanci często naładowani agresją i złymi emocjami, które momentalnie przenoszą się na nas.  Na szczęście, jakoś udało mi się do tej pory zachować zimną krew i, mimo wszystko, uśmiech. Niestety, nikt nie zastanawia się, jakim kosztem to się odbywa. U mnie objawia się to, szczególnie ostatnio,  niesamowitą skłonnością do płaczu, nadmierną wrażliwością na każde słowo, ciągłym podenerwowaniem, wewnętrznym rozedrganiem. Potrzebuję urlopu. Planowałam wolne juz w poprzedni czwartek i piątek, niestety nie udało się. Może w przyszłym tygodniu. Chociaż kilka dni, chociaż jeden dzień! Obudzić się rano i nie myśleć z niechęcią, że oto przede mną kolejny dzień w raju. Nie oczekiwać z obawą, czy nie przyjdzie interesant, który uważa, że jestem klonem, że  ja nie jestem sobą, tylko "obcym" z elektroniczną maską... zgadnijcie, czy się bałam tego człowieka... albo inny, który wyzwie mnie od najgorszych, czy też kobieta, która oskarży mnie, że z mojej przyczyny ona nie będzie miała "co do garnka włożyć".  Nie zawsze przychodzą tacy uśmiechnięci i mili ludzie, jak pewna pani, która pogłaskała mnie po twarzy pomarszczoną dłonią i powiedziała, żebym sie nie martwiła, bo jestem "takim dobrym aniołkiem".  Jestem może dla niej aniołkiem, ale nie mam anielskiej cierpliwości ani niebiańskiego spokoju... nie mówiąc już o zdrowiu, które na razie jeszcze jest niezłe, ale jak długo jeszcze? Na szczęście,  te wszystkie złe chwile rekompensuje mi poranny spacer do pracy, spacer urokliwą wiejską (w środku miasta może ostatnia taka enklawa spokoju) uliczką, w zapachu floksów i róż, w słonecznych promieniach rozszczepiających się w kroplach rosy, w szczekaniu przebudzonych psów, w nagłym ruchu umykających kotów.  Bez tego... cóż wart byłby dzień. Powie ktoś, że przecież praca w służbie społeczeństwa, dla dobra ludzi... wybaczcie, że nie mam poczucia misji i spełnienia.  A teraz dochodzi 1:30. Zaraz pójdę "złapać" jeszcze tę parę godin sbu, nim świt wygoni mnie z domu i rozpocznie się kolejny  dzien w raju. I tym zmęczonym akcentem, pa, pa.


A tak było wczoraj...




































Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zmęczona ciuchcia...

niedziela, 23 sierpnia 2009 1:24


... ciągnie wagoniki. Mozolnie, z trudem, pod kolejną stromą górę. Jeszcze troszkę, jeszcze kawałek. Maleńkie kółka sypią skry z szyn. Słychać tylko ciężkie posapywanie kotła i zgrzyt metalu o metal. Osiągnąć szczyt, bo za nim będzie wesoły i jakże łatwy zjazd w dół. Nic bardziej  mylnego, za kolejnym szczytem znów pojawia się następny i jeszcze jeden, i jeszcze, i ....  tak do ostatniej stacji, gdy już czas będzie wysiadać.  Podróż przez życie, podróż zwana życiem.  Kolejne twarze, kolejni ludzie wsiadający i wysiadający gdzieś po drodze,  przyjaźnie, które często rozwiewają się gdzieś na zapomnianej przez Boga stacyjce,  bagaże,  które gubimy i odnajdujemy na nowo, czasami nawet  nie własne... i krajobraz przesuwający się za oknami... słońce i deszcz, mgła i śnieżyce, zgodnie z porami roku, jak w kalejdoskopie. Czasem jesteśmy zmęczeni, znużeni tą podrożą, kuszą szmaragdowe łąki i chłodne strumienie widziane w oddali, a przecież nikt z własnej woli nie wysiada przez tą właściwą stacją, której nazwy nawet nie znamy, nie znamy dnia ani godziny dotarcia do kresu podróży. Z czym wysiądziemy na pusty peron, co zobaczymy i kto wyjdzie nam na spotkanie? Co zostawimy za sobą, jakie wspomnienia zabierzemy, jakie obrazy pod powiekami? To już zależy od każdego z nas. Jedno jest pewne, nie zabierzemy ze sobą tego o co tak zaciekle walczymy co dnia,  co jest dla wielu miarą sukcesu, na tak zwane dobra doczesne nie przewidziano miejsca w bagażu.... Ależ mi się zebrało na mędrkowanie. Nocna pora wpływa na mnie refleksyjnie i dość smętnie.  Za oknem pada deszcz, cała sobota była naznaczona oczekiwaniem, kiedy zacznie padać.  Rano wyszłam na cmentarz, po nocnym deszczu świat był wymyty i błyszczący,  mimo to było ciepło i właściwie parno. W słonecznych promieniach trawy wysychały szybko,  posiedziałam trochę z Mamą, trochę Jej poopowiadałam, trochę ponarzekałam... jak zwykle.  Ułożyłam w wazonie kolorowe astry... jesień idzie, idzie jesień... a przecież lata właściwie nie było. A tam, z takimi myślami. Idę spać, może rano będzie mi radośniej, nie będę tu teraz rozsiewać moich minorowych nut.  I tym muzycznym akcentem, pa,, pa.


A na dobranoc i na nowy piękny dzień, żeby nie było tak smutecznie, kilka zdjęć z sobotniego poranka...



































Prawda, że lepiej???  Też tak sądzę, więc teraz z czystym sumieniem, uśmiechniętym akcentem pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nowy dzień...

sobota, 22 sierpnia 2009 5:14

... człapie leniwie
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 697  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557697

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości