Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


O rany...

wtorek, 31 sierpnia 2010 22:42

... od ostatniego wpisu minęło kilka dni, w sumie interesujących, chociaż czy ja wiem? Te ostatnie pogody-niepogody wpływają na mnie usypiająco, otępiająco, ogłupiająco. Za oknem leje, a gdy nie leje to... pada, by za chwilę znów świat tonął w strugach wody. Powiem szczerze, z moją kocia naturą mokre, co kapie z nieba niespecjalnie mi się podoba. W sobotę byłam w ZOO, tak się wybierałam, planowałam, nastawiałam psychicznie, że w końcu wybrałam się mimo, że padało. Na szczęście nie pojechałam sama, więc nie było tak całkiem smętnie. Fakt, że część zwierzaków pochowała się w zagrodach, a te, które pozostały na zewnątrz przypominały zmokłe... kury, ale i tak było świetnie. Najważniejsze jest nastawienie psychiczne, a to raczej miałam optymistyczne i słoneczne. Niezależnie jednak od mizernej pogody, udało mi się zrobić kilka niezłych zdjęć. W tym jedno, które bardzo mi się podoba. Na takie warunki, to i tak dobrze. W niedzielę natomiast... hmmmm niedziela była wielce interesująca, najpierw biegaliśmyze znajomym po Katowicach, ja fotografowałam jakieś bramy, jakieś klateczki schodowe, jakieś kamienice (mocno zaniedbana ulica Mariacka, mająca zresztą dość złą i jednoznaczną sławę) teraz jest odnowiona, kamieniczki podświetlone, gazony, ławeczki itp... panienek okreslonej konduity nie zauważyłam, pewnie sie przeniosły w mniej eleganckie rejony). Na szczęście, po porannym zachmurzeniu, później rozpogodziło się i nawet zaświecił Słonecznik. Było w sumie interesująco. Dodając do tego... interesujące towarzystwo, weekend mogę zaliczyć do udanych. Z małym wyjątkiem... ponieważ w sobotę miało być ZOO, ubrałam się więc na sportowo, dżinsy, sportowe buty, kurtka... niedziela miała być "miejska", więc i strój zmieniłam na bardziej elegancki i... założyłam nowe szpilki. Moje nóżełki wytrzymały w nich kilka godzin bez żadnych problemów, wszystko było w porządku, dopiero w drodze na przystanek autobusowy poczułam pieczenie w okolicy pięty. Taaaak, to było to... ogromny bąbel na mojej nodze. Jakoś dojechałam do Dąbrowy, ale już z przystanku (100 metrów) szłam kuśtykając. Tak to jest, jakby powiedziała moja Babunia, gdy buty są z miasta, a nogi... ze wsi! Ale co tam, czego sie nie robi dla urody i dla... dziesięciu centymetrów wzrostu więcej, prawda? Teraz niestety jestem skazana przez kilka dni na... klapki, bo żadnego innego buta nie jestem w stanie założyć. Zimno, mokro, a ja w klapeczkach, co zresztą ma swoją dobrą stronę, gdy woda wlewa się z przodu, a wylewa z tyłu, albo odwrotnie. Zartuję, rzecz jasna. Na tym teraz kończę, ponieważ jestem w trakcie malowania boków kuchennych szafek na biało... najwięcej czasu pochlaniają drobiazgi. Montowanie uchwytów do szafek,  malowanie kaloryferów, rurek, naprawianie szuflad... echhhh, że ja nie poszłam do szkoły dla stolarzy.... a tak to muszę do wielu rzeczy dochodzić metodą prób i błędów... dobrze, że nie wypaczeń.  Na granicy obłędu chwilami zresztą. I tym rozpaczliwie  zmęczonym akcentem, pa, pa.

PS. Zdjęcia będą... jutro.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tak jak obiecałam...

środa, 25 sierpnia 2010 0:37

 

... wracam do soboty. Z domu wyruszyłam przed świtem. Było ciemno, chłodno i wilgotno. Założyłam kurtkę, na nią plecak ze sprzętem, a na to wszystko kamizelkę odblaskową w pięknym, twarzowym, pomarańczowym kolorze. Włączyłam dynamo i pojechałam. Ulice były prawie całkiem puste, minęłam cichą Hutę Katowice i dotarłam do Łośnia w momencie, gdy Słońce  wynurzało się z mgieł. Zatrzymałam się na wzniesieniu.  Poniżej, w kotlinie kłębiły się mgły. Co za widok. Wszystkie odcienie czerwieni, pomarańczu i żółci, a całość skąpana w jaskrawym świetle poranka. Zrobiłam trochę zdjęć i pojechałam dalej. Góra-dół, góra-dół. Teren w tamtej okolicy jest pofałdowany, zaczęło robić się gorąco,  zdjęłam kurtkę,  chciałam jak najszybciej dotrzeć w okolice Łaz Błędowskich i Rud, bo właśnie tam widziano w piątek bociany. No i były... dwa! A właściwie jeden na jednej łące, a kawałek dalej drugi, na drugiej łące. Człapały sobie dostojnie, zakosami w wysokiej mokrej trawie, co chwilę zanurzając dzioby między rośliny i za każdym razem trafiając bez pudła. Widziałam, jak połykają zdobycz. Na wszelki wypadek, jak radziła Małgorzata Kalicińska w :"Domu nad rozlewiskiem", złapałam się za  pewną część ciała. Hmmm bocian ma tradycyjnie określoną jasno rolę, po co ryzykować! Zrobiłam sporo zdjęć, w końcu pomyślałam, że nie doczekam się na przylot większej ilości ptaszydeł i pojechałam dalej, w kierunku Błędowa. Wjechałam do lasu, chciałam dotrzeć nad rozlewisko Białej Przemszy. Niestety, ponieważ tam są podmokłe tereny, więc i komarów całe mnóstwo... wycofałam się czym prędzej. Zrobiłam tylko trochę zdjęć w lesie, opanowanym przez grzybiarzy, którzy nawoływali się, pohukiwali i w ogóle robili mnóstwo hałasu. Ludzkość, jak stwierdziłam to już wielokrotnie, jest dość hałaśliwym gatunkiem. Później pojechałam do Okradzionowa nad Przemszę, Słońce wędrowało coraz wyżej, grzało w plecki, spod plecaka spływały mi strużki potu, a tu do domu daleko. Na szczęście, w Łośniu jest takie miejsce, taki opuszczony sad z ławeczką pod antonówką. Dotarłam tam, rozsiadłam się dając wypocząć nogom i... nie miałam w ogóle ochoty na dalszą jazdę. Cóż było robić, po krótkim przystanku ruszyłam dalej. W końcu dotarłam do domu. Byłam wykończona. Jak sobie policzyłam, w nogach miałam około trzydziestu kilometrów. Było południe, zjadam tylko ryż z jabłkami  zebranymi w sadzie i padłam. Wstałam koło osiemnastej, szybki prysznic, makijaż i na imprezę. Jak dawniej mawiano, na prywatkę, teraz mawia się „domówka", co mi jakoś nie pasuje, ale ja chyba niedzisiejsza jestem. W niedzielę zamierzałam znów przed świtem pojechać, tym razem nad jeziora, ale... stwierdziłam, że nie jestem w stanie. Nogi w porządku, ale pewna część ciała, niewymowna (hi hi hi) była dość obolała i za nic bym nie wsiadła na siodełko. Zresztą, pomyślałam, za jakie grzechy? I zostałam w pościeli do... dziesiątej. Po czym wzięłam sprzęt i powędrowałam pieszo do lasu... nie dało się jednak zdjęciować, komary były bezlitosne... wróciłam i resztę niedzieli spędziłam leniwie na balkonie na leżaczku, podsmażając się powolutku acz równomiernie. I tak minął weekend. Wczoraj natomiast (mówię o poniedziałku) znów trzeba było zacząć nowy tydzień, pracowity i żmudny. A, pamiętacie, że przesłałam zdjęcia z koncertu zespołu Stonehenge w czasie Pikniku Country na adres ich agencji? Otóż, zadzwonił do mnie jeden z członków zespołu z gorącymi podziękowaniami za fotografie i z obietnicą, że w zamian, jako rewanż dostanę specjalne wydawnictwo z ich utworami. Pogadaliśmy sobie serdecznie, jak artysta z artystką :) Teraz przeglądam zdjęcia z weekendu, trochę wyrzucam, niektóre z lekka poprawiam... zwykłe czynności. W sumie... nuda, prawda? A teraz jeszcze zamieszczę kilka zdjęć z soboty i znikam... sen krąży cichutko wokół mnie... i tym sennym akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Jeszcze przed...

poniedziałek, 23 sierpnia 2010 6:46

... chwilą cały świat skąpany był w płynnym złocie poranka, teraz nadciągają jakieś chmurencje... czyżby zmiana pogody? Zobaczymy. Ja za moment wychodzę do Firmy... kolejny tydzień w raju...  A co do bocianów... nie zdążyłam na bociani sejmik, niemniej udało mi się spotkać dwa osobniki posilające się na łąkach... brodziły w wysokiej trawie, pomiędzy łąkowymi kwiatkami i co chwila zanurzały dzioby w głąb zieleni, by za każdym razem coś upolować... ilez te ptaszydła potrafią zjeść!!! Więcej napiszę z wieczora.... teraz świat na mnie wrzeszczy, że już czas się z nim zmierzyć... czas na ring... I tym, w sumie dość zniechęconym akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

No, Drodzy Tubywalcy...

sobota, 21 sierpnia 2010 3:32

... za pół godziny wyjeżdżam na rowerze na "zielone tereny" mojego miasta, czyli, mówiąc po ludzku, na wsie, które, dołączone do Dąbrowy, stały sie jej dzielnicami... czy wspominałam już tutaj, że DG ma 188 km kwadratowych powierzchni? Jest więc gdzie jeździć. A wyjeżdżam dlatego, że wczoraj dziewczyny z ekologii i rolnictwa powiedziały mi, gdzie zbierają się bociany na sejmiki ptasie. Wczoraj zaobserwowały ogromną gromadę tych ptaków na łąkach. Chcę zdążyć na świt, może będą mgły nad łąkami... zobaczę, co mi się uda zarejestrować. Ponieważ te tereny leżą między centrum miasta, a Błędowem, mam ochotę zajrzeć później na Pustynię Błędowską i na rozlewiska Białej Przemszy. Tam można, przy odrobinie szczęścia, rzecz jasna, natrafić na bobry. W sumie przede mną kilkadziesiąt kilometrów. Trzymajcie kciuki i życzcie mi powodzenia. Przydadzą się dobre myśli. I tym, pełnym nadziei akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pięknie jest...

czwartek, 19 sierpnia 2010 6:09

 

... ależ jest pięknie, właśnie byłam na balkonie. Noc, mimo, ze dość chłodna, ale czemu się dziwić, przecież już dawno po Ance, co to przynosi chłodne wieczory i poranki, to jednak niewyobrażalnie piękna. Gwiazdy na wyciągnięcie ręki, tuż nad głowa nieruchomo zawieszony, jaśniejszy od gwiazd satelita, cisza uśpionego miasta koi i uspokaja. Znów odczuwam swego rodzaju dwoistość emocjonalną, z jednej strony czuję się częścią ludzkości, z drugiej zaś mam wrażenie, że jestem jedyną czuwającą istotą na świecie. Dziwne uczucie, że nie powiem dziwaczne, ale takie myśli łażą istocie ludzkiej po łepetynie między trzecią a czwartą nad ranem. Już czwartek, nie, nie powiem, jak ten czas leci, bo jak leci, każdy widzi. W każdym razie, tydzień przemija, podobnie jak ostatnie, czyli bez historii, bez niczego, co chciałabym opisać. Żadnych wzlotów, upadków też nie zarejestrowałam. Nuda, nuda, nuda. Powie ktoś, ciesz się z takiej nudy i uważaj, żeby nagle się „ciekawie" nie zrobiło... cóż, może i prawdą jest, że najważniejszy jest... święty spokój. Tyle, że w takiej atmosferze mój mózg zaczyna wariować szukając  jakiegoś punktu zaczepienia w obronie przed całkowitym uśpieniem. No i tworzy sobie jakieś szalone obrazy, psychodeliczne sny  i głupie myśli. Ale ja nie o tym dzisiaj... na czym zakończyłam poprzedni wpis? Aha, na przygotowaniach do wycieczki rowerowej. Wycieczka owszem, była, tyle że nie rowerowa. Ponieważ duszno było koszmarnie i jakoś nie miałam ochoty na dalsze wyprawy, postanowiłam wybrać się na Gołonoskie Wzgórze, skądinąd znane już PT Czytelnikom. Było duszno, powietrze drżało od upału, łąka pełna była ruchu motyli, pszczół, koników polnych i... komarów. Mimo, ze byłam spryskana jakimś komaroodpornym płynem, to mimo wszystko nie ustrzegłam się od pokąsania. Ale cóż znaczy kilka bąbli w porównaniu z niezrównaną przyjemnością tropienia odpowiednich ujęć. To jest niesamowite uczucie. Najpierw zauważasz interesujący cię obiekt, dajmy na to motylka fruwającego sobie beztrosko. Wówczas musisz się skupić, by nie stracić go z oczu i zauważyć moment, gdy przysiądzie na jakimś źdźble trawy. Dopiero teraz możesz wycelować w niego obiektyw, ustawić ostrość i... modlić się, by przez chwilę siedział spokojnie. A wszystko to należy robić w zwolnionym tempie, nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie oddychać wręcz, bo każdy gest może spłoszyć interesujący cię obiekt. Ileż razy zdarzało się, że już, już miałam zwolnić spust migawki, gdy... skubaniec odfruwał sobie beztrosko, zostawiając mnie w niedosycie, w poczuciu straty i niespełnienia. Ile razy biegałam za jakimś barwnym skrzydlatym stworkiem, który to przysiadał na ułamek sekundy, to znów podrywał się w górę, i tak bez końca. Dodatkowo trzeba przecież patrzeć pod nogi, bo łąki pełne są dołków, kopców usypanych przez krety, poza tym często można wleźć w krzak jeżyn lub dzikiej róży, a wówczas nogi ma się zdrapane do krwi... moich nóg lepiej nie oglądać, pełne są takich śladów. Kto powiedział, że robienie fotografii jest prostym zajęciem? A przecież to robię, przecież łażę w upale, w mróz i wichurę, narażając się na różne nieprzewidziane przypadki. Jedynym wytłumaczeniem jest chyba to, że... ja to kocham, po prostu. Kocham te momenty, gdy światło uwypukla kontury, gdy z półmroku wynurzają się coraz jaskrawsze barwy, gdy zrobiwszy zdjęcie rośnie mi serce i radość wypełnia mnie po brzegi. Bo wiem, czuję, że udało mi się zatrzymać chwilę, ten jeden, ulotny i unikalny moment, moment, który nie miał sobie podobnych wcześniej i nie będzie już takich samych nigdy więcej. Ta jedna, jedyna chwila w życiu, niepowtarzalna i piękna. Czasem ta moja pasja przynosi mi satysfakcję, czasem rozczarowanie, gdy efekt nie jest zgodny z oczekiwaniami. A najważniejsza w tym wszystkim jest właśnie ta niepewność, co zobaczę na ekranie, czy to, co zarejestrowałam oddaje nastrój i magię chwili. I radość, radość niewypowiedziana, którą trudno jest nazwać słowami, jak pierwsze zakochanie, jak radość z wymarzonego prezentu, och, słowa są zbyt ubogie, by mogły nazwać te uczucia. Teraz jest już po piątej. Za oknem wstaje powoli nowy dzień, niestety po niebie przewalają się szare chmury, gwiazdy zniknęły zakryte obłokami. A spodziewałam się pięknego dnia. Nic nie szkodzi, jest mimo to... pięknie. We wtorek wyszłam z pracy, cały dzień zanosiło się na deszcz. Po raz pierwszy widziałam ciekawe zjawisko. Nisko nad dachami domów kłębiły się chmury, odrywały się od nich kłaczaste strzępki unoszone silnym wiatrem, tworzyły się wiry i korkociągi. W pewnym momencie ujrzałam, jak między chmurami przeskakują błyskawice... poziome i jaskrawe, dosłownie jak łuki elektryczne. Niesamowite wrażenie. Szłam prosto w burzę, patrzyłam w jej zmarszczone groźnie czoło. Oczywiście wyciągnęłam mojego kieszonkowca i zrobiłam kilkanaście zdjęć. Błyskawic nie udało mi się, niestety, zarejestrować, ale same chmury, ich potęga tez robi wrażenie. Teraz na dobry dzień umieszczę kilka zdjęć z sobotnich wędrówek po łąkach i z wtorkowej burzy. Powoli czas się szykować do pracy, chociaż nie za bardzo chce mi się dzisiaj pracować. Teraz najchętniej bym... pospała po zarwanej nocy, bo ziewam rozdzierająco i rozpaczliwie. I tym sennym akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Za oknem... różowy, pasiasty i piękny świt... na jak długo? Któż to wie...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 676  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554676

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl