Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jestem...

poniedziałek, 29 sierpnia 2011 23:24

 

… już w domu. Wylądowałam szczęśliwie w Pyrzowicach i wysiadłam z chłodnego wnętrza samolotu wprost w afrykańską spiekotę. Jakaż różnica po Londynie. Przepraszam, że zbierałam się dość długo do napisania kolejnego tekstu, ale, jak to po urlopie, miałam urwanie kapelusza. Spotkania rodzinne, towarzyskie i… opowiadanie, opowiadanie, opowiadanie. Zastanawiałam się momentami, czy nie lepiej byłoby zebrać całe to towarzystwo do kupy i opowiedzieć za jednym zamachem, jakby hurtem. Ale w sumie było sympatycznie, rozrywkowo i bardzo, bardzo miło, chociaż troszkę męcząco. Niemniej, to takie miłe zmęczenie. Tyle, że….. już tęsknię za Londynem. Jeszcze dzisiaj miałam ostatni dzień urlopu, a jutro o poranku… tup, tup, tup… do pracy. Powiem szczerze, z lekka się rozleniwiłam, wypadłam z rytmu, zapomniałam o codziennej rutynie. No cóż, trzeba się będzie przystosować. Z tym, że jutro do pracy, w środę jadę do Warszawy na pogrzeb, a w czwartek i piątek znów praca i… weekend. 

           A teraz sprawy…. organizacyjne. Wszystkich oczekujących na londyńskie fotografie proszę o cierpliwość. Nie miałam siły ani czasu, żeby…. Podłączyć dysk zewnętrzny do komputera!!! Niemniej, zdjęcia są bezpiecznie zmagazynowane i na 100% pojawia się na mojej stronie. Tyle, że w tej chwili nie mam do tego głowy. A propos głowy… w głowie z kolei mam zmagazynowane wspomnienia i wrażenia, które także domagają się publikacji. Będzie, wszystko będzie, tylko teraz nie za bardzo jestem w nastroju.

         Wspomnę jeszcze na koniec dzisiejszego wpisu o ostatnim dniu w Londynie, to znaczy o piątku. Soboty nie liczę, bo już o siódmej rano jechałam na lotnisko. Natomiast w piątek postanowiłam połazić nad Tamizą. No i przeszłam się nabrzeżem, po drodze wchodząc na każdy most, który napotkałam, a Londyn ma ich całkiem sporo. Zaczęłam od Tower Bridge, później był London Bridge, Millenium Bridge, na którym zakochani zapinają maleńkie kłódki z wypisaną data i inicjałami, a kluczyk wrzucają do Tamizy, na wieczną miłości pamiątkę, Blackfriars Bridge,  Waterloo Bridge, by zakończyć wędrówkę na Westminster Bridge.  Nie powiem, dystans całkiem, całkiem, ale tuptałam sobie powolutku, raz moknąc w ulewnym deszczu, to znów wysychając w prażącym słońcu. Pogoda zmieniała się dosłownie z minuty na minutę, ale taki jest urok tego miasta. Po drodze wstąpiłam do Clink Prison Museum, gdzie w autentycznym wnętrzach więziennych odtworzone są panujące tam warunki. Brrrrrrrrrrrrr……….. a teraz więźniowie, przepraszam, osadzeni narzekają, że nie mają dobrych warunków. Kiedyś to były warunki! Koszmar. A wiecie, że nieopodal tegoz więzienia znajdował się dawniej teren, gdzie była zlokalizowana kolonia karna, albo obóz pracy. Zamykano tam ludzie za oszustwa, malwersacje i tym podobne przestępstwa. Warunki tam też były ponoć niezmiernie ciężkie. Ojciec Karola Dickensa został tam zamknięty na dwa lata wraz z rodziną(!)za jakieś przestępstwo podatkowe. Mały Karol miał wówczas około czterech lat i później to, co zapamiętał z dzieciństwa opisał w powieści „Oliver Twist”. Zajrzałam również po drodze do teatru szekspirowskiego „Globe Theater”…. Niezwykła budowla z epoki. Zresztą, Londyn ma ogromną ilość zabytków sprzed wielu wieków. Choćby tawerna The Old Anchor, która działa nieprzerwanie od siedemnastego wieku, albo okręt Sir Francisa Drake’a. Jest w tym wszystkim jakaś magia. Szłam tak, dość zawiła i krętą trasą, ale za punkt odniesienia cały czas miałam Tamizę. Zresztą, ponieważ poziom rzeki był akurat dość niski, więc znalazłam otwartą bramkę z nabrzeża i po kamiennych schodkach zeszłam na… plażę. A tam…. muszelki, kolorowe kamyki i zapach morza. Niesamowite. Też są zdjęcia. I tak, wzdłuż rzeki szłam przez kilka godzin, by jeszcze na moście westminsterskim spotkać kolejnego Szkota grającego na dudach. Ależ są malowniczymi postaciami. Ten był zupełnie inny od wcześniej fotografowanych. Tam każdy klan ma inne kolory tartanów, jedni mają czapki, inni zawadiackie berety… obowiązkowe są natomiast wełniane skarpety i zatknięte w nich noże. Podobają mi się bardzo, tylko znów żałowałam, że nie było silniejszego wiatru na moście…. Ach, te kilty!!!

         Wróciłam do domu zmęczona, ale usatysfakcjonowana! Niestety, o odpoczynku mogłam zapomnieć, bo moje dziecko wymyśliło sobie wyprawę z mamunią do TK Maxxa i „obkupienie” mamuni, czego efektem są… kolejne okulary przeciwsłoneczne (jestem szurnięta na ich punkcie), tym razem od Ralfa Laurena. Znów wróciłam do domu, by po pół godzinie zostać wyciągniętą prawie na siłę do szipłoka  czyli irlandzkiego pubu o dźwięcznej nazwie „Sheep Walk”, a tam… o rany, ależ klimat, irlandzka muzyka i karaoke, i guiness (rzecz jasna), i tequila (po raz pierwszy w życiu, ale nie było możliwości zrobienia uniku!)…. Powiem szczerze,  że dawno się tak dobrze nie bawiłam. I dawno nie zostałam tak wyściskana i wycałowana, jako mama Marcina, któremu zresztą nie mogli wydarować, że przyprowadził mnie dopiero ostatniego wieczoru, Musiałam obiecać, ze wkrótce znów się tam zjawię i wówczas…. zaśpiewam polską piosenkę, bo DJ będzie na to przygotowany. O rany!!!

        No tak, miało być krótko, a tu się rozgadałam. Znikam, czas na sen, jutro… hej ho, hej ho!!! No to pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Ostatni...

piątek, 26 sierpnia 2011 17:39

 

... dzien w Londynie. I jak to w Londynie, deszcz na zmiane ze sloncem. No, dzisiaj zaszalalami @zaliczylam@ prawie wszystkie londynskie mosty. Czyli... przeszlam Tamize wzdluz i wszerz. Zdjecia sa i gdy tylko wroce do domu, natychmiast jakies tutaj umieszcze. A jak narazie, to dokleilam zdjecia do pierwszego wpisu, tego sprzed tygodnia. Uprzejmie wiec prosze Szanownych Tubywalcow o powrot do przeszlosci i serdecznie przepraszam za zamieszanie. Jutro frune o 10 z groszami, wiec wlasciwie to dzisiaj jest ten ostatni dzien. A szkoda, a zaluje, bo tyle jeszcze do zobaczenia. W tylu jeszcze miejscach nie bylam, tyle jeszcze nie sfotografowalam.  No i smutno mi, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuja, ze wroc e tu dopiero w przyszlym roku. Wykorzystalam urlop do przedostatniego dnia. Smutno mi, bo dlugo nie zobzcze Marcinka. Na dodatek wlasnie dzisiaj zawiadomiono mnie, ze zmarla moja Macoszka. Czyli, w przyszlym tygodniu Warszawa, ale w jakze smutnych okolicznosciach. Plakac mi sie chce. To byla wyjatkowa Osoba, bardzo mi bliska i zajmujaca w moim sercu szczegolna pozycje.  I tyle na dzisiaj, bo pisze z kafejki, bo musialam wydrukowac sobie druk odprawy jutrzejszego lotu. Do nastemnego @wejscia@, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wczoraj...

środa, 24 sierpnia 2011 8:54

 

... mialam przymusowa przerwe w zwiedzaniu Londynu, poniewaz caly dzien padal deszcz. Na szczescie dla moich znuzonych stop. Natomiast przedwczoraj znowu wybralam sie do Camden, mialam zamiar w koncu odwiedzic londynskie ZOO. Wczesniej jednak wchodzilam sobie do malych sklepikow, rozmawialam z tubylcami (z kazdym dniem idzie mi lepiej i lepiej!), najwazniejsze, ze ja rozumiem, co do mnie mowia, a i oni wiedza, o co mi chodzi. W sklepie ze sprzetem fotograficznym starenki wlasciciel porozmawial ze mna o obiektywach, o aparatach, o wszelkich "za i przeciw", i dogadalismy sie swietnie. W koncu zapytal mnie, czy jestem z... Hiszpanii. W kolejnym sklepiku zapytalam rockowo wygladajacego wlasciciela, jak dotrzec do domu Amy Winehause, bo przemierzalam po raz kolejny Camden High Street i nie moglam go odnalezc. Wytlumaczyl, nawet narysowal prowizoryczna mapke. Okazalo sie, ze znow musze sie wrocic, zaczelo sie robic upalnie, szlam wzdluz ogrodzen zadbanych rezydencji, to juz nie przedmiescia, to tzw. "dobry adres". Weszlam we wskazana przecznice, po drodze zapytalam jakas pania, gdzie mam sie dalej kierowac... "Dom Any? Alez to nie tutaj, Musisz sie wrocic dwie przecznice i skrecic w lewo, a nie w prawo, jak ci powiedziano. Ja cie zaprowadze...". Pani okazala sie bardzo zyczliwa, niestety... niezbyt zorientowana. Poniewaz poszla w swoim kierunku, do konca instruujac mnie, jak mam znalezc dom Amy, zapytalam jakiegos mlodego czlowieka o bardzo artystycznym wygladzie (na zasadzie, ze on powinien wiedziec), no i okazalo sie, ze tamta przecznica byla wlasciwym miejscem, tyle ze nalezalo skrecic w Camden Square. Poszlam z powrotem, Slonecznik dogrzewal, bylo mi coraz cieplej, w koncu zaczepilam jakas kobiete, ktora schodzila ze schodow jednego z domow... Excuse me... 30 number... odpowiedziala, zanim zdazylam zadac pytanie. Usmiechnelysmy sie obie. Ruszylam dalej i rzeczywiscie, na wprost numeru 30., po drugiej stronie ulicy na ogrodzeniu skweru zobaczylam kwiaty, karteczki, maskotki, znicze i... puszki i butelki piwa. Zrobilam kilka zdjec, jakis dwie dziewczyny siedzialy na murku, pisaly karteczki i plakaly. Tym razem nie zrobilam im zdjec, jakos nie wypadalo. Jakos nie mialam ochoty podgladac je az tak intymnie.  Pobylam tam kilka minut, napisalam karteczke (po polsku), po  czym usiadlam w Sloncu na laweczce i odpoczywalam przygladajac sie leniwie wiewiorkom.

 

          Za oknem w tej chwili znow pada, podobno popoludnie ma byc pogodne. Na te chwile jednak pogoda typowo angielska. wiec nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zostac w domu. Teraz wyskocze tylko na moment do sklepiku Ariego i zaraz wracam, i dokoncze ten wpis...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Ach...

niedziela, 21 sierpnia 2011 2:48

 

… ach, jak bardzo bola mnie nogi. I znow sie ciesze, ze nie jestem... stonoga, po przynajmniej bola mnie dwie, a nie sto... prawda, jak pozytywnie? No wlasnie, jestem pelna energii (mimo bolacych nog), zreszta sa osoby, ktore mowia, ze ja dzialam na... duracelkach (czy znacie te reklame z rozowymi kroliczkami?). Ten, ktory dzialal na bateriach duracell byl nie do zdarcia. Ja takoz! Na dodatek, nozki bola mnie, bo, jak to kobieta, kupilam sobie wczoraj buty do biegania. Nie powiem, sliczne, cale z paseczkow w kolorze morskim, tyle ze niewiele maja wspolnego z wygodnymi kapciami. Na wysokim koturnie niezbyt lekko sie chodzi, szczegolnie po londynskim bruku. Ale za to, jakie sa sliczne. Wiem, ze wszystkie kobiety mnie zrozumieja, prawda? Panowie rowniez, jesli sie tylko postaraja!

 

           Dzisiaj „zaliczylam” Portobello. Tym razem nie rozczarowalam sie. To totalnie zwariowane, nieobliczlne, magiczne miejsce! Koszmarnie zagracone sklepiki pelne mydla i powidla. Mozna tu kupic porcelane z Westwood za grube tysiace i meble art deco za grosze, chinszczyzne w kazdej postaci i artystyczne rekodzielo, ciuchy najlepszych swiatowych marek i hinduskie sari, owoce z calego swiata i hot dogi, srebrna bizuterie z turkusami w stylu Indian Navajo - spodobala mi sie bransoletka, spytalam o cene, facet w kowbojskim kapeluszu (szkoda ze nie w piuropuszu, jak szalec to szalec), musial mi napisac na kartce, bo za diabla nie moglam zrozumiec, sadzilam, ze 80£, a to bylo 800!!! Funtow, rzecz jasna! Po prostu, tutaj mozna kupic WSZYSTKO! Sprzedawcy to zreszta osobny rozdzial. Takiej galerii typow w zyciu sie nie spodziewalam. Zobaczylam na jednym ze straganow trzy porcelanowe naparstki (moja Przyjaciolka Kasia jest kolekcjonerka naparstkow), spytalam po ile? Z lekka przymulony facet odpowiedzial, ze 50 pensow. Za jeden, spytalam, nieeee, za trzy odpowiedzial. A ja sie zapytalam grzecznie, czy mi... zapakuje! Chcesz za piecdziesiat wszystkie trzy, czy po piecdziesiat, ale zapakowane? Kurcze, wsadzilam do kieszeni bez opakowania, usmiechnelam sie milo i odeszlam, zeby sie facet nie rozmyslil!  Udalo mi sie sfotografowac niesamowitych ludzi! Czarnych, brazowych, zoltych, bialych... wszystkie kolory skory, wlosy w kolorach teczy, zupelnie odlotowe ciuchy, kapelusze i kwiaty we wlosach. Zrobilam cala serie zdjec starszemu panu, ktoremu na ramieniu siedzial piesek, calkiem spory kundelek. Pan karmil go z reki, a piesek w niewyobrazalny sposob utrzymywal sie na swym wlascicielu. Spytalam o imie, odpowiedzial, ze „Gary”, rozesmialam sie i stwierdzilam, ze pytalam o imie pieska... „Maisie”, rozesmialismy sie oboje. Wyciagnelam funta i dalam panu „na jedzenie dla pieska”, a wlasciwie, jako zaplate za piekne ujecia. Sympatyczny pan, smieszny piesek, cudo!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

          Na jednym z rogow gral sobie kapitalny Szkot. Oczywiscie na dudach, bo na czym innym moglby grac? Mial tradycyjny stroj, inny niz ten na moscie, ktorego sfotografowalam w styczniu, ale spodniczka byla (zalowalam tylko, ze nie bylo wiatru, bo byloby bardziej... malowniczo!). Wrzucilam pieniazka do skorzanej torby i moglam robic zdjec, ile dusza zapragnie. Och, oczywicie robilam przede wszystkim tzw. strity, czyli zdjecia z ukrycia, osobom, ktore nie wiedzialy, ze sa fotografowane. Takie zdjecia sa najbardziej naturalne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         Dodatkowym bonusem jest... wszechobecny, totalnie zwariowany angielski... humor. I tu MUSZA byc zdjecia, bo bez nich dlugo by opowiadac... nie da sie!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         Z Portobello wypedzil mnie nagly deszcz, wrocilam metrem do domu w niesamowitej ulewie. Pomyslalam sobie, ze koniec ze zdjeciami. Nic bardziej mylnego. Okazalo sie, ze po jakiejs godzinie czy poltorej deszcz ustal i wyszlo piekne Slonce. Stwierdzilam, ze zapowiada sie piekny zachod i.... pojechalam nad Tamize, sfotografowac Tower Bridge w zachodzacym Sloncu. Upal byl niesamowity, na nabrzezu tlumy. Siedzialam sobie w popoludniowym ciepelku i czulam sie fantastycznie. Wyciagnelam przed siebie nogi, zeby chociaz troche odpoczely i czekalam na zachod. Och, w miedzyczasie oczywiscie obfotografowywalam most i jego otoczenie. Zachod byl nie do konca taki, jakiego sie spodziewalam, bo gdzies na horyzodcie pojawily sie chmury, ale efekt i tak wart byl czasu, jaki poswiecilam. Zaczynalo sie juz zmierzchac, gdy ruszylam w kierunku stacji metra... i co sie okazalo? Stacja Tower Hill zamknieta, sympatyczny pan w mundurze poinformowal niewielki tlumek, ze najlepiej isc  na stacje Bank. No to poszlam, po drodze fotografujac nieprawdopodobne wiezowce dzielnicy bankowej. Cos pieknego, szczegolnie w nocy! Musze sie tam wybrac jeszcze raz (w wygodnych butach, ktore sobie jutro kupie na wielkim jarmarku, ktory odbywa sie nieopodal Leytonstone). Nieistotne, w kazdym razie tak szlam i szlam, az doszlam do... Lancaster Str., gdzie wsiadlam do centralki i dojechalam do domu. Na ostatnich nogach!!!

 

          Teraz jest 1:30 czasu angielskiego, czyli w kraju wpol do trzeciej. Dzisiaj zapowiada sie znow ciekawie i meczaco. Ale przeciez ja to tak kocham! Nie bede wiec narzekac, tylko poloze sie spac, zeby zlapac chociaz kilka godzin snu. Kolorowych snow Najmilsi Tubywalcy, pa, pa

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Za oknem...

piątek, 19 sierpnia 2011 13:10

 

… piekny Slonecznik, a ja sobie czytam, ze w Kraju mym, Kraju ojczystym jakies ulewy, gradobicia, nawalnice... coz, bo mnie tam nie ma, tak sobie tylko mysle! Tak sobie tylko pisze! Za oknem, oprocz Slonecznika i widoku na przedziwne londynskie podworka, rowniez rzezenie i warczenie jakiejs kopary, ktora przyjechala i robi wykopki. Spiesza sie Anglicy przed przyszloroczna Olimpiada. Caly, no moze dwie trzecie Londynu to wielki plac budowy. Obiekty olimpijskie sa doprawdy imponujace. Widze je dokladnie, gdy jade do City. W tej okolicy metro wychodzi spod ziemi i udaje zwykle... PKP. Z jedna, zasadnicza roznica. Jest punktualne i co minute nadjezdza kolejny pociag... kurcze, i im sie do jakos kalkuluje!

 

          Dzisiaj postaram sie wrzucic kilka zdjec. Zaczynajac od mojego lotu w chmurach, poprzez Ogrody Krolowej Marii w Regent’s Park, gdzie bylam w niedziele, a skonczywszy na wczorajszej wyprawie na Abbey Road. Wyprawie, ktora mnie koszmarnie rozczarowala. Ale moze po kolei.

 

          Lot, jak wspominalam wczesniej przebiegl  spokojnie, bez turbulencji i niespodziewanych problemow. Tradycyjnie robilam zdjecia, dopoki mi szybka nie zaszla lodem, zreszta nie bylo co fotografowac, bo pode mna klebily sie jedynie biale chmury, przybierajace zreszta zupelnie fantastyczne ksztalty. Rozstapily sie dopiero nad morzem czyli jakies dwadziescia minut przed Londynem. Udalo sie wiec zrobic kilkanascie zdjec, z czego polowa trafila do kosza,  z tego, co zostalo wybralam zaledwie dwa, zeby je Wam pokazac.

 

 

 

 

 

         Sobotni wieczor poswiecilam na pogaduchy z Marcinem, musielismy sie nagadac za cale trzy miesiace. Za to w niedziele wczesnie rano pojechalismy do Camden... totalne szalenstwo! Jesli bedziecie w Londynie, to weekend na Camden jest jedyny w swoim rodzaju. Tlumy, tlumy i jeszcze raz tlumy. Powiem szczerze, ze jakos nie mialam zbytniego zapalu do robienia zdjec. Najczesciej fotografowalam Marcina, w koncu, to On jest najwazniejszy w tym miescie. Przeszlismy sobie pozniej powolutku do Regent’s Park, po drodze zatrzymalismy sie w samym jego srodku, gdzie na rozleglej plaszczyznie soczyscie zielonej trawy, na poiskach wytyczonych bialym proszkiem druzyny panow w kolorowych strajach i ciekawych ochraniaczach graly w krykieta. Rozgrywki rozgrywkami, ale przy okazji atmosfera pikniku... zony, dzieciaki, znajomi, kibice. Lezelismy sobie na trawce, saczylismy leniwie jakies napoje (bezalkoholowe) i gapilismy sie na kolorowe sylwetki graczy. Marcin usilowal zapoznac mnie z zasadami tej gry, ale ja jestem odporna na wiedze w tym zakresie. Coz, nikt nie jest doskonaly.

 

 

 

 

 

 

 

Pozniej wolniutko (bo Marcin wymiekl!) ruszylismy do Queen Mary’s Gardens. Oczywiscie, tlumy, bo nie moglo byc inaczej. Cale wloskie wycieczki, Japonczycy wszechobecni i mnostwo innych nacji, dla ktorych te ogrody sa czescia wycieczkowego programu. Niemniej, mozna sie bylo wyciszyc wsrod zapachu roz. Nawet nie usilowalam sie doliczyc ilosci gatunkow, odmian, ksztaltow i kolorow. Totalna magia. A wszedzie laweczki pod pergolami, urokliwe zakatki nad jeziorkiem, japonski ogrod i ogromne wrzeciona zlotych rym, co chwile wynurzajacych sie z wody i prezentujacych oble grzbiety. Nie moglo tez zabraknac ptactwa wszelakiego. Moje dziecko zlozylo swe cialo na laweczce, a ja jeszcze pobieglam do mojej ulubionej fontanny z Neptunem i Nereidami.... lubie to miejsce bardzo. Zreszta, zobaczcie sami...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         Poniedzialek minal bez historii. Swieto koscielne, tutaj nie jest zadnym wydarzeniem. Jedynie dzwony koscielne oznajmialy, ze to dzien swiateczny. Napisalam „bez historii”? Nie do konca, otoz wieczorem znajomi przywiezli... koteczke! Czyli mamy wspollokatorke. Jest przesliczna, ma siedem tygodni, przeostre zabki i pazurki, i nieposkromiona nature odkrywcy, nie mowiac nawet o tym, ze drapieznika. Wszedzie jej pelno, trzeba bardzo uwazac, zeby jej nie rozdeptac. Zreszta, co ja bede duzo pisac, zobaczcie sami! Aaaaaaaaaa i na imie ma... Matylda, jak podopieczna Leona Zawodowca. Grana zreszta genialnie przez Nathalie Portman. Czemu takie imie? Chyba ze wzgledu na charakterek! No i jest rownie sliczna!

 

 

 

 

 

         We wtorek postanowilam sobie nie odpuszczac i pojechalam raniutko do centrum. Polecam wczesne poranne lazenie po Londynie. Jeszcze pozamykane sklepy, jeszcze na ulicach nie ma tlumow. Jeszcze widac elementy architektury. Nawet slawna fontanne z czterema konmi na Piccadilly udalo mi sie sfotografowac bez „elementow ludzkich”.Cociaz,wiszace na fontannie adidasy mozna uznac za czesc ludzkiego wizerunku. Zastanawialam sie, kto zapomniel butow, moze jakis zmeczony turysta, ktory moczyl obolale stopy w fontannie, a moze bezdomny, ktory potraktowal fontanne jak wlasna lazienke? Niestety, adidasy przemowic nie chcialy, konie rowniez zachowaly tajemnicze milczenie.

 

 

 

 

 

Powolutku, coraz bardziej zatloczonymi ulicami dotarlam do St.James’s Park. Koniecznie chcialam sfotografowac zyjace tam czarne labedzie. Udalo mi sie nadspodziewanie dobrze. Akurat dwa z nich spaly sobie na trawniczku. Parki londynskie to zupelnie osobny rozdzial. Sa niesamowite, zreszta to wlasnosc Krolowej. Kazdy z nich ma inny charakter, kazdy jest inny, ale kazdy jest wyjatkowy. I pelen ludzi. Nie mowie tu tylko o turystach, ale rowniez o mieszkancach miasta, ktorzy urzadzaja sobie pikniki na trawie (bez wszechobecnych u nas grilli), przynosza kraciaste koce, kosze piknikowe i calymi rodzinami spedzaja czas na zielonej trawce. Akurat St. James’s Park jest zamkniety dla rowerzystow, nie ma wiec niebezpieczenstwa, ze jakis dzieciak ulegnie wypadkowi. Siadlam w koncu na laweczce nad woda, zdjelam buty (!) i popijajac goraca czekolade gapilam sie na kaczki, labedzie i zurawie, od czasu do czasu podnoszac aparat do oczu i fotografujac ciekawe momenty. Fajnie jest! Pozniej podeszlam pod Buckingham Palace, ale ogrodzenie bylo szczelnie oblepione ludzmi, wiec zrezygnowalam z jakiegokolwiek fotografowania. Flaga byla wciagnieta na maszt, wiec Krolowa byla w domu. Niestety, nie pomachala mi z okna, a szkoda!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

       Po poludniu wybralam sie nad Hollow Pond. Wspominalam o tym jeziorze podczas mojego poprzedniego pobytu w Londynie. Znow troche zdjec. Tym razem zachodzacego Slonca. I do domu. Nie macie pojecia, jak mi sie tu dobrze spi! Jedynym problemem jest jakies cholerstwo, ktore mnie gryzie noca. Nie mamy pojecia, co to jest! Gryzie tylko mnie. Nie jest to raczej komar, bo bym go slyszala, moze jakis maly pajak? Efektem jest opuchlizna, podbiegniete osoczem bable i niemilosierny bol polaczony ze swedzeniem. To juz kolejny raz, gdy mam takie same objawy. To samo dzialo sie podczas moich poprzednich pobytow w Londynie. Zastanawialam sie, co to moze byc, ale nie doszlam do zadnego wniosku. Mam pogryzione nogi, ramiona, dlonie. A dzisiaj w nocy to cos uchlastalo mnie w prawa powieke. Wygladam jak bokser po nokaucie! Pije wapno, mam wrazenie, ze to lagodzi skutki, niemniej chcialabym wiedziec, co to za paskudztwo! Na dodatek jest wyjatkowo zywotne. Posciel swieza, wytrzepana, wywietrzona, obejrzana, pokoj czysty, wypsikany aerozolem na insekty, no i nic nie pomaga! Byc moze ktos inny nie mialby takich objawow, ja mam silny odczyn alergiczny na wszelkiego rodzaju ukaszenia, moze wiec stad taki efekt? No coz, podobno jesli nie mozna czegos pokonac, to nalezy to... polubic!!! No nie, az taka masochistka nie jestem!

 

         Sroda zaczela sie nieciekawie. Na niebie przewalaly sie czarne chmury. Stwierdzilam, ze sobie odpuszczam i wrocilam do poscieli. Matylda zakopala sie ze mna w koldre i spalysmy do wczesnego popoludnia. Pozniej jakies drobne zakupy i do domu. Ani jednego zdjecia, nie liczac tych zrobionych Matyldzie. Marcin wrocil z pracy, troszke pogadalismy, wlaczylismy jakis film, jak sie okazalo dosc glupawy, o UFO (a moze mnie wlasnie UFO jakies nawiedza i podgryza?). Caly czas padalo, dopiero tuz przed zachodem Slonca deszcz ustal i na niebie pojawil sie kawalek (ale za to jaki piekny!) teczy. Wybieglam na schody z aparatem i udalo mi sie zrobic kilka zdjec. Wprawdzie jakis dach zaslanial caly widok, ale i tak bylam zadowolona.

 

 

 

         Wczoraj wreszcie postanowilam zaliczyc jeden z zaplanowanych punktow mojego londynskiego urlopu, to znaczy Abbey Road. To miejsce, gdzie czlonkowie zespolu The Beatles zrobili sobie zdjecie na pasach. Wlasnie to zdjecie zostalo umieszczone na okladce plyty „Abbey Road”. Podobno pasy zostaly przesuniete i nikt juz nie pamieta, gdzie pierwotnie byly, niemniej to przejscie jest umieszczone na... liscie zabytkow! Pojechalam wiec „centralka” do Marble Arch, poxniej, zgodnie z mapa potuptalam Edgware Road. Kurcze, nie mialam pojecie, ze to taka dluuuuuga ulica! Szlam i szlam i myslalam, ze nigdy nie dojde na miejsce. Poxniej skrecilam w St. John’s Wood Road i... minelam wlasciwy skret w Grove End Rd. I poszlam dalej. Minelam wielki stadion do krykieta (Lord’s Cricket Ground) az doszlam do St John’s Wood Church. Juz wiedzialam, ze popelnilam blad, ale nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Okazalo sie, ze przy kosciele znajduje sie stary, osiemnastowieczny cmentarz. Pochylone kamienne nagrobki, otwarte kamienne sarkofagi, obeliski. Na wiekszosci z nich napisy juz dawno zatarl czas, na niektorych mozna jeszcze przeczytac inskrypcje. Tak jak na tym, upamietniajacym Samuela Godley’a zolnierza drugiego regimentu Life Guards, ktory bral udzial w bohaterskim odparciu ataku francuskich kirasjerow (czy kirasjerzy nie byli polska formacja pod sztandarami Napoleona?) podczas bitwy pod Waterloo. Jego bohaterstwo bedzie zapisane w annalach wojennych. Zmarl w 1832 roku w wieku 51 lat. Ciekawe jest rozplanowanie cmentarza. Nagrobki sa usytuowane na jego obrzezach, podczas gdy srodek jest zamieniony w skwer z laweczkami. Czesc obszaru jest odgrodzona plotkami jako miejsce dzikiej fauny. Na tym samym terenie, kawalek dalej znajduje sie miejsce zabaw dla dzieci. Ten cmentarz jest juz tylko miejscem zabytkowym, niemniej przy zachowaniu pelnego szacunku dla zmarlych, pelni rowniez role uzytkowa. Posiedzialam sobie troche w ciszy, pod ogromnymi drzewami, z ktorych zwieszaja sie pedy wszechobecnego bluszczu, popatrzylam na wiewiorki przemykajace po trawie, zagladajace do koszy na smieci, zajrzalam do otwartego kosciola...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

... i w koncu ruszylam z powrotem. Teraz juz skrecilam we wlasciwa ulice i wreszcie doszlam do Abbey Road. Nie mam pojecia, czego sie spodziewalam, na pewno nie zwyczajnych pasow, tlumow turystow fotografujacych sie podczas przechodzenia z jednej strony ulicy na druga i jakiejs takiej... zwyczajnej banalnosci. Nie odczulam tam zadnej wiezi z legenda. Podziwialam tylko cierpliwosc angielskich kierowcow, ktorzy zmuszeni byli do ciaglego wyhamowywania przed zatloczonym przejsciem. Szczerze? Rozczarowalam sie i tyle na ten temat! Jednak dla porzadku i udokumentowania miejsca, jaies zdjecie jednak tu umieszcze.

 

 

 

 

 

 

 

         Szanowni Tubywalcy, pogoda jest jak marzenie, chociaz z lekka babioletnia jakby. Zaraz wychodze „na miasto”. Szkoda tej pogody! Do nastepnego wpisu wiec i pa, pa.

 

PS. Dodawanie zdjec moze troche potrwac, wiec prosze o cierpliwosc..... no wlasnie, zdjecia dodalam, a w trakcie zapisywania ich w pamieci  serwer mi zastrajkowal, czy raczej to takie male, co sie wklada do komputera, zeby miec internet (w domu mam internet sieciowy, wiec nie znam sie na innych ustrojstwach), w kazdym razie, na zdjecia trzeba bedzie poczekac... bardzo mi przykro... do wieczora zatem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 657  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557657

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości