Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Weekend...

niedziela, 26 sierpnia 2012 23:28

 

... czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Szczególnie, gdy mają ambitne plany... jakieś wyprawy przed świtem, jakieś imprezy na jeziorach, jakieś fotografowanie. Cóż, znają wszyscy z lekka pesymistyczne powiedzonko, że jeśli chcesz rozśmieszyć bogów, powiedz im o swoich planach. Tak też było i teraz. Planowałam sobotni poranny wypad, ale porywisty wiatr i nisko pędzące chmury odwiodły mnie od tego zamiaru. Wprawdzie nie padało, ale poważnie się zanosiło na deszcz. A jakoś tym razem nie miałam ochoty moknąć. Przeznaczyłam więc sobotnie dopołudnie na porządki domowe. Wczesnym popołudniem natomiast wybrałam się do Parku im. Hallera w centrum miasta. Odbywała się tam świetna impreza dla dzieciaków,  czyli wielkie malowanie na czym się da. Ponieważ dzieciaki uwielbiają farby, więc miały ogromną frajdę. Malowały na wszystkim, na przygotowanych planszach,  na folii rozciągniętej między drzewami, na dodatek na ich buziach dziewczyny też malowały różne wzorki, Dodając do tego DJ-a, który zabawiał zebranych było cudnie i nawet mi disco polo nie przeszkadzało, no powiedzmy!. Babcie emerytki, dzieciaczki w wieku różnym, mamusie, tatusiowie, malarze zagłębiowscy, którzy pomagali maluchom przy kompozycji obrazów. Było jednym słowem super. Zrobiłam trochę zdjęć. Kilka z nich zamieszczam, tak tylko, żeby oddać atmosferę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wieczorkiem byłam zaproszona na podwójne imieniny mojej Przyjaciółki i jej męża. O rany... a ja zamierzałam zacząć sie odchudzać (jakieś boczki mi obrosły, a może to ciuchy się w praniu kurczą? Ostatnio w sieci napotkałam kapitalne wyjaśnienie tego problemu (dzięki Hedwiżko!)  Otóż, czym jest kaloria? Kaloria to mała, wredna istota, która siedzi w twojej szafie i co noc zszywa ci coraz ciaśniej ubrania. To małe bydlę musi chyba całą noc igłą machać. Przynajmniej jeśli chodzi o moje ciuchy. Ale dość o smutnych sprawach. Najadłam się,nagadałam, naśmiałam. Wróciłam do domu (a daleko nie miałam) już dzisiaj. Z optymizmem patrzyłam w rozgwieżdżone niebo mając nadzieję na piękny świt. Położyłam się po pierwszej, wcześniej nastawiając budzik na 4:30. Już, już usypiałam z Dieslem wtulonym w moje nogi, gdy... zaczęły grać werble na moim blaszanym parapecie. Kurczę, leje!!! Sięgnęłam w półśnie po komórkę i... wyłączyłam ten cholerny budzik! I tym sposobem obudziłam się naturalnie i samoistnie koło dziewiątej. Leje w dalszym ciągu. Diesel siedzi na progu balkonu i gapi sie na mokre ptaki na brzozie. Wyszedł wprawdzie do swojej grządki z trawką (w doniczce), ale kapnęło mu dwa razy na wąsy i czmychnął z powrotem do mieszkania. Przynajmniej nie musze go pilnować, gdy wychodzi na balkon. Mam zatem czas, zeby wrócić do londyńskich opowieści. Wcześniej jednak, tak dla rozjaśnienia szarości za oknem, piątkowa popołudniowa tęcza, którą udało mi się sfotografować z okna sypialni. Zabawne. Z jednej strony bloku padał deszcz, a po drugiej świeciło Słońce.  Miałam przeczucie i złapałam za aparat. Dobrze zrobiłam, bo tęcza się pojawiła na niecałą minutkę. Ale udało się!

 

 

 

Teraz czas na Londyn. Ponieważ pogoda jest jakby „angielska”, tym łatwiej bęzie mi pzywołać wspomnienia. Od czego tu zacząć? Może od wschodniego Londynu, gdzie właśnie mieszkałam. Wschodni Londyn to taka jakby warszawska Praga. Biedniejsza, mniej zadbana siostra zachodniego Londynu z jego zabytkami, pałacami, kamienicami. Za to bardziej swojska, kolorowa, wielokulturowa i zaskakująca. Lubię Stratford, Leytonstone,  West Ham, Hackney. Te sklepiki, gdzie mydło i powidło, te barki z egzotycznym jedzeniem i egzotycznymi zapachami, te zakłady fryzjersko-kosmetyczne, gdzie możesz siąść i bujna ciemnoskóra dziewczyna zaplecie ci na głowie milion warkoczyków, te puby mroczne i z lekka zakurzone, z wyświeconymi od tysięcy łokci blatami barów. A wszędzie wszechobecny uśmiech!!! I tradycyjne „hello”! Pewnego dnia o poranku wybrałam się zatem na zwiedzanie okolicy Stratford. Pogoda tradycyjnie była... niepewna. Jak to w Londynie. Maszerowałam prawie pustymi ulicami, przeszłam pod kładką prowadząca do jednej z bram wioski olimpijskiej, gdy natknęłam sie na szeroki kanał, obok którego zobaczyłam dziwną konstrukcję przypominającą... olimpijski znicz. Przeznaczenie tej budowli nie jest mi do końca znane, myślę, że to jakaś wieża przekaźnikowa.

 

 

 

 

 

 

 

 

W każdym razie, skręciłam w lewo i pomaszerowałam wzdłuz kanału. Pięknie, wybetonowane nabrzeże, trawniczki, ławeczki, jakieś poprzemysłowe zabudowania, a na wodzie barki mieszkalne. M ieszkanie na takiej barce musi być niesamowitym przeżyciem. W środku barki są bardzo przestronne (wbrew pozorom), a na dodatek, gdy nam się znudzi widok za oknem, możemy... zmienić lokalizację. Widać, że lokatorzy starają się nadać swym pływającym mieszkaniom jak najbardziej domowy charakter:  kwiatki, stoliczki, a w oknach (ups, przepraszam, w bulajach) maleńkie, słodkie firaneczki.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wędrując dalej dodarłam do niezwykłego zespołu budowli... Three Mills czyli Trzy Młyny na rzece Lea to pozostałość po chyba największym na świecie młynie pływowym. Od dwunastego wieku młyny zaopatrywały Londyn w mąkę, ziarno i chleb. Od siedemnastego wieku młyny mieliły ziarno do destylacji alkoholu, między innymi ginu (bez toniku niestety). Piękne miejsce. Na dodatek, w starych zabudowaniach mieści się studio filmowe Three Mills. Teraz żałuję, że nie weszłam i nie zwiedziłam tego studia. Niestety, co mnie odstraszyło, na bramie wisiała tablica z zakazem fotografowania. Jakoś sobie odpuściłam, ale to kolejne miejsce, które muszę sobie zapisać w notesiku i odwiedzić przy następnej wizycie w Londynie. Jest to największe studio filmowe w Anglii, powstaja tu filmy (między innym Tima Burtona) oraz programy telewizyjne. Administracyjnie mimo, że wydawało mi się, że nadal jestem w Stratford, cały teren leży w dzielnicy Newham. Zresztą, granice między dzielnicami są umowne i nawet na szczegółowych mapach trudno się rozeznać, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga. Nawiasem biorąc, bardzo blisko jest z Three Mills do Abbey Road... tak, tak... tej słynnej ulicy od The Beatles, gdzie byłam chyba rok temu. To też East End. Porobiłam sporo zdjęć, dodatkowym smaczkiem, jak wisienka na torcie był kormoran siedzący na wieżyczce Domu Młynarza. Nie wiem czemu, ale bardzo się cieszę, gdy uda mi się sfotografowac te ptaszyska. Ja wiem, że rybacy się ze mną nie zgodzą, ale jakoś darzę je sympatią. Zresztą, nie był to ostatni kormoran, jakiego spotkałam podczas tej wycieczki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I jeszcze jedno, wcześniej, przy Three Mills Green natknęłam się na niezwykły wzruszający pomnik ludzi morza, którzy zginęli podczas pełnienia służby.  Nazwiska, nazwy okrętów i daty... a wszyscy ci marynarze byli mieszkańcami tej dzielnicy.

 

 

 

Jeszcze odpowiedziałam na kilka pytań przemiłego ankietera stojącego na przystanku (bo chyba tak należy nazwać to miejsce?) wodnych tramwajów na temat pomysłów na poprawę komunikacji pieszej i rowerowej nad kanałami i ruszyłam dalej. Podczas rozmów z mieszkańcami Londynu podstawowym i najbardziej przydatnym dla mnie zwrotem było „(I'm sorry, slowly, please”. Bo wprawdzie z każdym pobytem umiem więcej i rozumiem więcej, ale jeśli ktoś zaczynał mówic szybko i niewyraźnie, to sie gubiłam. Wówczas wystarczył uśmiech i prośba o mówienie wolniej. Skutkowało bez pudła!

 

 

 

 

Wracając do wędrówki.  Tak właściwie, gdyby nie mapa to nie miałabym pojęcia, nad jaką wodą akurat jestem. Limehouse Cut, River Lea, Three Mills River, Bow Creek i wreszcie Regent’s Canal... niezwykła plątanina rzeczek, strumyków i kanałów. A nad nimi ogromna ilość kładek, mostków, mosteczków... ciekawa jestem, czy ktoś kiedyś spróbował policzyć, ile w Londynie jest mostów.Sądzę, że to zupełnie karkołomne zadanie! A wzdłuz wszystkich kanałów i rzek poprowadzone ścieżki rowerowe. Pozazdrościć! Jazy, przepusty i mroczny, obudowany cegłą i kamieniami kanał, nad którym przebiegają ulice. Co jakiś czas schodki w górę... warto wyjść nimi wyżej i sprawdzić, gdzie tak właściwie człowiek się znajduje.  To, co mnie przeszkadzało, to fakt, iż nabrzeże nie jest miejcami w żaden sposób zabezpieczone. Żadnych barierek, wystarczy zwykłe potrącenie przez rowerzystę, żeby wylądować w wodzie metr niżej. Przezornie trzymałam się więc prawidłowej lewej strony i szłam tuz przy murze. Mijały mnie barki turystyczne, motorówki policyjne i barki prywatne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kanały londyńskie są bardzo ruchliwymi arteriami. Szłam wzdłuz Limehouse  Cut gdy na drodze natrafiłam na kilkoro rowerzystów. Średnia wieku... jakieś siedemdziesiąt kilka lat. Pomarańczowe wdzianka, pomarańczowe ukwiecone kapelusze pań... nic, tylko Holendrzy. Uśmiech za uśmiech, tradycyjne „skąd jesteś?” Poland... o, a my Holland. I know, of course. A skąd wiesz?  Jak to, orange! Faktycznie,  turyści z Niderlandów  rzucali się w oczy!

 

 

 

 

W końcu dotarłam do niezwykłej przystani jachtowej, o której wspomniałam w poprzednim wpisie. Limehouse Basin. Przepiękne miejsce. Z całym systemem śluz i przepustów. Akurat miałam okazję obserwować wyjście jednego z jachtów na Tamizę.  Jezdnia została odgrodzona barierami, ruch wstrzymany i... odjechała na bok otwierając drogę na wielką rzekę. Niesamowite wrażenie. Z brzegu Tamizy otworzył sie widok na Canary Wharf... na wyciągnięcie ręki. Wróciłam z nabrzeża do przystani, obeszłam ją wokół, niesamowity widok na strzeliste budynki Canary Wharf... nie mówiąc już o jachtach, łodziach motorowych i barkach. Są rzeczy, które niezmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój. Jedną z nich jest widok łodzi... może dlatego, że urodziłam sie pod znakiem Wodnika? Chociaz to podobno symbol powietrza...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powiem szczerze, byłam już mocno zmęczona, więc  nie wracałam pieszo, tylko wsiadłam do DLR-ki.  I tak minął kolejny dzień. Można tutaj złazić nogi po samą... a i tak nie zobaczy sie nawet ułamka tego, co warto zwiedzić. Przeczytałam kiedyś takie zdanie (cytuje z pamięci)... „Czlowiek, który twierdzi, że znudził go Londyn jest znudzony życiem”. I coś w tym jest.

 

PS. Ten tekst zaczęłam pisać dzisiaj rano, niestety, zajęło mi sporo czasu przeglądanie i załączanie zdjęć, dlatego publikuję go dopiero teraz. Mam nadzieję, że będzie mi to odpuszczone? Teraz już dobrej nocy, Najmilsi Tubywalcy, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Opuszczam...

środa, 22 sierpnia 2012 3:11

 

... na chwilkę zatłoczone Stratford ponieważ postanowiłam wreszcie wybrać się na rejs po Tamizie.  Przymierzałam sie do tego pomysłu już od... dwóch lat. Ponad! Wreszcie nadszedł czas realizacji planów. Jak widzicie z powyższego, Mili Tubywalcy, jestem może i powolna, za to konsekwentna (hi hi hi!). Nad Tamizą przewalają się kłębiaste chmury i mkną z lewa na prawo i z powrotem, przynajmniej takie mam wrażenie (mam nadzieję, że nie czytają tego meteorolodzy). Wiatr chce urwać mi głowę, za to jest ciepło, a w momentach pojawienia się Słońca wręcz upalnie. Tamiza jest szara, wzburzona i nieprzyjazna. Nie znam się na stanach wód chociaz kiedyś jako dziecko uwielbiałam słuchać komunikatów w radio o stanie Wisły we Włocławku na przykład. Górna granica stanów średnich... te słowa miały w sobie jakąś magiczną tajemnicę. Teraz mam wrażenie, ze Tamiza jest w stanie... podgorączkowym. Kurczę, nie wzięłam Aviomarinu ani innego „lokomotiwu”, oby Neptun (czy nad Tamizą tez ma władzę?) był mi łaskawy. Zajmuję miejsce na dziobie łodzi, obok mnie babcia z wnuczkiem, a po drugiej stronie przejścia trzy Polki, sądząc po wyglądzie babcia, mama i córka. Wreszcie odbijamy od nabrzeża koło mostu Westminster.  Nasz stateczek buczy przyjaźnie i ruszamy w rejs. Niezwykłe mosty londyńskie widziane z „oddolnej” perspektywy nabierają zupełnie innego wyrazu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Płyniemy w kierunku bariery na Tamizie (Thames Barrier). To niezwykłe osiągnięcie inzynierii, ponoć drugi co do wielkości obiekt hydrologiczny tego typu na świecie. Mijamy „Golden Hind” zacumowany na prawym nabrzeżu... przez moment mi żal, że juz nigdy nie popłynie w rejs. Chyba dwa lata bryg temu został celowo podpalony (nie tylko u nas są bezmyślni wandale). Teraz, po remoncie Złota Łania znów lśni dawnym blaskiem.

 

 

 

Pokazuję gestem dłoni żaglowiec dzieciakowi, który z zapałem równym mojemu cały czas robi zdjęcia. Mówię mu, co to za statek i kto na nim dowodził (oczywiście Sir Francis Drake, mój ulubiony bohater powieści historycznych z nastoletnich czasów). Mały odpowiada mi po hiszpańsku.... wysilam umysł i...rece. Rozumiemy się doskonale, obojgu nam jednakowo błyszczą oczy. Babcia komplementuje mój angielski i mówi, że ona jest dopiero od pięciu miesięcy w Londynie, a w ogóle to jest z Rosji... kurczę... płynnie (no, powiedzmy) przechodzimy na rosyjski. Okazuje się, że wnuczek mieszka w Hiszpanii, bo jego mama, a córka mojej sąsiadki z ławki wyszła za mąż za Hiszpana... kompletny przekładaniec. Śmiejemy się, ot tak, po prostu. Nawzajem robimy sobie zdjęcia przekazując aparaty z rąk do rąk. Przewodnik opowiada o mijanych własnie obiektach. Pokazuje na budynki wyrastające wprost z wody... znam je, chodziłam tym nabrzeżem wielokrotnie. To stare budynki magazynowo-portowe teraz przerobione na super nowoczesne mieszkania. Przewodnik mówi, że „one bedroom flat” czyli mieszkanie z jedną sypialnią kosztuje tutaj od miliona do dwóch milionów funtów. Cóż,  placi się za lokalizację i za... snobizm! Chociaż, tak właściwie budzenie się z widokem Tower Bridge za oknem warte jest wszystkich pieniędzy (których, nawiasem biorąc, nie mam). Właśnie przepływamy pod tymże mostem i pod ogromnymi kołami olimpujskimi, które pod nim podwieszono. Ponieważ Tower Bridge jest mostem zwodzonym, więc przed podniesieniem przęseł w górę symbol Olimpiady jest podciągany jakimś tajemniczym mechanizmem. Patrzę z dołu na most, macham do pozdrawiających nas ludzi. 

 

 

 

Mijamy kolejne miejsca dotychczas znane mi z zupełnie innej perspektywy, kiedy docierałam do nich w swych pieszych wędrówkach. Między innymi Limehouse Basin, urokliwą przystań jachtową z niesamowitym obrotowym mostem, gdzie zawędrowałam kilka dni wcześniej idąc ze Stratford wzdłuż kanału Limehouse Cut. Ale o tym opowiem następnym razem. Mijamy Canary Wharf...  tym razem oglądane z różnych stron zgodnie z biegiem rzeki, która otacza je łukiem.

 

 

 

 

 

 

 

Po prawej  bielą sie zabytkowe budynki Greenwich.

 

 

 

 

 

Tuz przed nimi stoi zacumowany ogromny okręt wojenny. Jedna z jego łodzi desantowych własnie jest opuszczona i tańczy na falach wokół nas... alez rozwija prędkość.  Przewodnik mowi nam, że to lotniskowiec dla helikopterów bojowych...  zacumował tutaj ze względu na... Olimpiadę. Mijamy HMS OCEAN, z mostku machają do nas oficerowie Royal Navy. Gospodarze zabezpieczają sie na wszystkich frontach.

 

 

 

 

 

 

 

Wreszcie przybijamy do przystani w Greenwich. Moi przemili sąsiedzi wysiadają, ja płynę dalej w kierunku bariery...

 

 

 

Pogoda mi sprzyja, trochę chmur na niebie podnosi urok zdjęć... jakoś nie przepadam za czystym (i płaskim) błękitem nieba.  Po prawej majaczy biała kopuła North Greenwich Arena czyli potocznie nazywana Arena O2 (otu)... miejsce, gdzie, między innymi jest nakręcany brytyjski X Factor. Na kopu;e masa ludzi w niebieskich kombinezonach, pewnie trwa jakaś kosmetyka obiektu. Wygląda to niesamowicie.

 

 

 

 

 

 

 

Ale co to? W powietrzu nad rzeką przesuwają sie kolorowe wagoniki... to kolejka linowa nad Tamizą... kolejny punkt do „zaliczenia przy okazji”. 

 

 

 

 

 

Wreszcie... jest wielka bariera. Z daleka jest imponująca, natomiast z bliska.... niesamowita wręcz. To zabezpieczenie Londynu przed tzw. „cofką” czyli wdarciem sie morza do koryta rzeki.  Po ogromnej powodzi w latach pięćdziesiątych postanowiono w ten sposób zabezpieczyć Londyn. Konstrukcja ma szerokość 520 metrów i jest największą na świecie ruchomą zaporą. Akurat jedna z jej śluz jest zamknięta, mam więc okazję przyjrzeć  się, na jakiej zasadzie to działa. Jestem pod wrażeniem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Płyniemy jeszcze kawałek w kierunku morze i wracamy do Greenwich. Tu kończy się moja zegluga. Wysiadam, wrzucając kilka pensów do puszki na „tipy”... tak zwyczajowo.

 

 

 

Wychodze z przystani i... wpadam wprost w kolorowy tłum ludzi. Festyn trwa w najlepsze. Ogromny telebim, muzyka, kioski z jedzeniem, piciem i wszechobecni wolontariusze.  Uliczni grajkowie, tancerze i szczudlarze. Piękny jarmark cudów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na dodatek, jak wisienka na torcie ogromny żaglowiec  „The Cutty Sark” (w wolnym tłumaczeniu krótka bluzka). Nazwa wzięła sie od wiersza Roberta Burnsa o spotkaniu trzech czarownic. Jedna z nich, Nannie ubrana jest własnie w „cutty sark”. Na dziobie zaglowca znajduje się galion (albo aflaston) przedstawiający właśnie piękną Nannie.  Żaglowiec zbudowany w 1869 roku w Szkocji był w swoim czasie najszybszyn statkiem handlowym na oceanach. Przewoził herbatę z Chin i do momentu otwarcia Kanału Sueskiego kursował regularnie wokół Przylądka Horn. Później przewoził wełne z Australii ustanawiając kolejne rekordy predkości. Aktualnie, zrekonstruowany po przypadkowym pożarze stoi zacumowany w specjalnie dla niego skonstruowanym przeszklonym suchym doku. Niezwykły statek, niezwykła jego historia, niezwykłe wrażenia.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze trochę zdjęć, jeszcze fotografuję występy ulicznego teatru... aktorzy sa zabawni, genialni... publicznośc bawi sie świetnie. Ja też.

 

 

 

 

 

 

 

Niestety, czas wracać. Ale myli się ten, kto sądzi, że idę na stację overground (czyli kolejki naziemnej). Nie, ja udaję sie do tunelu dla pieszych... pod Tamizą! Oddany do uzytku w 1902 roku jest cudem wczesnej inżynierii... łączy Greenwoch i Island Gardens. Ma ponad 370 metrów długości, trzy metry srednicy i jest położony 15 metrów pod wodą. Ponoć wnętrze jest wyłożone dwustoma tysiącami kafelków.  Ponieważ tunel kwalifikowany jest jako droga publiczna obowiązuje w nim ruch lewostronny. Rowerzyści muszą zsiąść z rowerów i przemierzać go na piechotę.

 

 

 

Wsiadam w DLR i po kilkunastu minutach znów jestem na Stratford. Na tym kończe dzisiejszą opowieść o Londynie. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was, Najmilsi Tubywalcy. To jeszcze nie koniec londyńskich wspominków (nie mylić z wypominkami)... pa, pa.

 

PS. Zostało jeszcze kilka zdjęć, które zamierzałam tu umieścić, ale nagle zaczął mi wyskakiwać "błąd przetwarzania". Ponieważ minęła trzecia więc na dziś dosyć. Nie wiem, czy docenicie moje poświęcenie, Najmilsi Tubywalcy, ale moje paluszki, szczególnie kciuki i palce wskazujące sa mi bardzo drogie. Jestem z nimi niezwykle zżyta, powiedzmy od urodzenia. Pa, pa!

 

PS2. Kto rano wstaje... szczególnie po dwóch godzinach snu, temu udaje się dołączyć zdjęcia, z których wczytaniem wcześniej były jakieś problemy.... Macie więc komplet, Najmilsi Tubywalcy. Teraz już miłego dnia, niech burze i nawałnice omijają Wasze domy... czego i sobie życzę... chociaż, takie zdjęcia burzy hmmmmmmmmmmmmm...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

No tak...

niedziela, 19 sierpnia 2012 23:31

 

... słowo się rzekło, kobyłka u płota! Wiem, że zawaliłam, wiem, że powinnam była, wiem, że... cóż, nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli.  Dobrze zatem, powróćmy na moment do olimpijskiego Londynu. Uprzedzam jedynie, że pewnie rozczarują się wszyscy ci, którzy czekają na relacje sportowe. Otóż, najprawdopodobniej i tak więcej wiedzą i więcej widzieli zmagań sportowych siedząc w Polsce przed telewizorami niż ja, która byłam na miejscu, własciwie kilkaset metrów od wioski olimpijskiej. Zabawne, bo niejednokrotnie zdarzało się, że siedziałam w ogrodzie i nagle słyszałam wielki ryk tłumu dobiegający ze stadionu. Pędziłam więc kłusem przed telewizor, żeby sprawdzić, co sie akurat tam dzieje. Na dodatek, co zresztą jest zrozumiałe, Brytyjczycy pokazywali przede wszystkim te duscypliny, w których startowali ich zawodnicy. O sukcesach Polaków, a także o braku sukcesów dowiadywałam się raczej z internetu.

 

A teraz Londyn podczas Olimpiady. Nieprawdopodobne tłumy ludzi na Stratford, niesamowicie sprawna organizacja ruchu tej masy ludzkiej, barierki,  kierowanie ludzkiej fali w odpowiednich kierunkach, przeuprzejmi  wolontariusze w fioletowo-różowych  strojach udzielający informacji, rozdający mapy i informatory, uśmiechnięci policjanci, ale to przecież naturalne i już się z tym wielokrotnie spotkałam, że angielscy policjanci są ogromnie sympatyczni. Zmiana organizacji ruchu na wielu ulicach, a na każdym skrzyżowaniu, w każdym newralgicznym punkcie kolejni wolontariusze, tym razem w odblaskowych żółych kamizelkach. Ponieważ wiele ulic było przeznaczonych wyłącznie dla pojazdów uprzywilejowanych, więc zatrzymywali inne samochody kierując je na objazdy. A wszystko to z uśmiechem i anielską wręcz cierpliwością. Rano wybierając się na zdjęcia mijałam kolejne „posterunki”... zwyczajowe „morning” i uśmiech... i tak bez końca... mijały mnie patrole policyjne „morning, how are you” i, bo jakżeby inaczej, szeroki uśmiech.  Nawet przechodzenie przez ulicę na pasach w najbardziej zatłoczonym miejscu w Londynie, na Stratford było usprawnione, odpowiedni porządkowi kierowali tłum tak, żeby fala ludzi nie zderzała się na środku jezdni.... Co poza tym? Kolory, kolory i jeszcze raz kolory. Wszędzie flagi, oczywiście najwięcej brytyjskich, ale z wielu okien powiewające równiez flagi innych państw. W witrynach sklepów, barów, pubów wystawione flagi i symbole państwowe. No i przede wszystkim wielojęzyczny tłum ludzi. Zawodnicy w dresach reprezentacyjnych, trenerzy, działacze, kibice... Istna wieża Babel.... stroje sportowe w narodowych barwach....

 

 A własnie, opowiem Wam zabawne zdarzenie. Otóż, gdzies tak w trzecim dniu pobytu wymysliłam sobie, że kupię polska flagę, zaczaję sie gdzieś na polskich olimpijczyków i pozbieram autografy.  Flaga miała iść później na aukcję na szczytny cel. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. To znaczy przynajmniej w pierwszym punkcie, zakupu flagi (z tym problemu nie było, bo wszędzie były stoiska z narodowymi flagami, proporcami, koszulkami czy znaczkami). Punkt drugi czyli spotkanie polskich sportowców okazał sie jednak niezwykle trudny do zrealizowania. Patrzę, idą ludzie w białoczerwonych dresach, HURRRAAAA nyśklę sobie, a tu... Rosjanie, albo Austriacy.Bardzo dużo drużyn narodowych miało takie same barwy, jak nasze. Wreszcie patrzę. JEST. Stoi sobie przystojny, wysoki facet w białoczerwonym dresie, na klacie dynda mu identyfikator czyli człowiek STAMTĄD. Sportowiec, trener, członek ekipy, zapytam, może mi pomoże? Podchodzę i grzecznie pytam:

- Przepraszam, czy nie wiesz, gdzie mogę spotkać polskich sportowców, bo.... i tu tłumaczę po co mi oni. Odpowiedź (w najczystszej polszczyźnie) sprawia, ze opada mi szczęka...

- Przepraszam cię, ale ja jestem z Bahrajnu! Mamy podobne stroje, jak [plska ekipa. Ale nie ma sprawy, chodź ze mną, po drodze pogadamy.

- Świetnie mówisz po polsku, studiowałes w Polsce?

- Ależ skąd, ja jestem Polakiem, mieszkam w Tychach... moja mama jest Polką, a tata jest z Dagestanu.Kiedyś byłem masażystą polskich zapaśników.  A teraz jestem rehabilitantem i masażystą zawodników Bahrajnu. A ty skąd jesteś?

- Z Dąbrowy Górniczej...

- O, a ja mam pacjentów z twojego miasta (i tu wymienił kilka nazwisk, doskonale mi zreszta znanych)...

Ali, bo tak miał na imię mój nowy znajomy, zaprowadził mnie pod przejście, którym przechodzili zawodnicy i członkowie ekip udający się na teren wioski olimpijskiej. I rzeczywiście udało mi się zebrać kilka podpisów na fladze.  Bez pomocy Alego wcale bym tam nie poszła, zresztą nawet bym nie wiedziała, gdzie się ustawić. No i powiedzcie, Moi Mili Tubywalcy, czy życie nie bywa czasem zaskakujące?

 

Najdziwniejsze jest jednak to, że tylko wówczas, ten jeden raz spotkałam polskich zawodników. O, przepraszam, widziałam jeszcze Marka Jaskółkę podczas rozgrywanego w Hyde Parku i przed Pałacem Buckingham triathlonu. I to wszystko. Rosjanie, Litwini, Holendrzy, Kanadyjczycy czy Brazylijczycy chodzili po Stratford duzymi grupami. Polaków było jakby mało... ale może po prostu to ja miałam pecha?

 

Najważniejsze jednak, że miałam okazję być częścia wielkiego, kolorowego, międzynarodowego tłumu. Nie miałam rzecz jasna czasu, zeby cały czas spędzać w okolicy wioski olimpijskiej. Tradycyjnie, zadeptywałam też inne części Londynu. Popłynęłam również na barierę naTamizie... o rany, ależ przeżycie, ale o tym następnym razem.

 

Przepraszam za dość chaotyczny opis, ale trudno mi jakoś przychodzi poukładanie sobie tego wszystkiego, co widziałam i przeżyłam... następny wpis będzie miał „ręce i nogi”, przynajmniej taka mam nadzieję. Teraz kilka migawek ze Stratford, w kolejnej „odsłonie” postaram się pokazać inne miejsca w Londynie, też rzecz jasna żyjace Olimpiadą. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz już pa, pa. Następny wpis będzie dłuzszy i. mam nadzieję, ciekawszy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jestem...

wtorek, 14 sierpnia 2012 22:08

 

... jestem... koszmarnie zmęczona, ze stopami, które wymagają renowacji, z milionami chwil zapamietanych, z setkami zdjęć wymagających przejrzenia i posegregowania.z kotem, który nie schodzi z moich kolan (chyba tęsknił?), z ambitnym postanowieniem uporządkowania tego, co działo sie przez ostatnie trzy tygodnie i zaprezentowaniem tu przynajmniej urywków z minionego okresu. Dajcie mi jeszcze chwilę, Najmilsi Tubywalcy, aż złapię oddech, dobrze? Obiecuję sie sprężyc i pokonać tego lenia, który sie we mnie zagnieździł.... Czy wiecie, że po urlopie człowiekowi przydałby się... kolejny urlop, żeby dojść do jakiej takiej równowagi? Ja wiem, że złej tanecznicy i rąbek koszuli przeszkadza, ale może spojrzycie na mnie łaskawie, jeśli Wam powiem, że nawaliło mi prawe ramię i mam mocno ograniczone ruchy... bieganie z ciężkim sprzętem, a na dodatek dzisiejsze dźwiganie na ramieniu prawie piętnastu kilogramów najsilniejszego by zmogło... a co tu dopiero mówić o Waszej nieduzej Gosi... ale nasmarowałam sie jakimś mazidłem (mam nadzijeę, że nie zacznę rżeć i żreć siana)... i tym końskim akcentem, pa, pa... do jutra, Najmilsi Tubywalcy!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 698  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558698

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl