Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


W nocy przyśnił...

niedziela, 30 września 2007 11:42

 

... mi się Muk. Siedział na progu otwartych drzwi i patrzył na mnie mądrze i bursztynowo. Dziwne, w tym śnie wiedziałam, że Muka nie ma już od kilku lat, a jednak równocześnie wiedziałam, że jest i wcale mnie to nie dziwiło. Śniłam, że obudziłam się i mruknęłam do niego „ Poczekaj chwilkę, zaraz idziemy na spacer". Położył łeb na łóżku, zanurzyłam twarz w długiej miękkiej sierści pachnącej wiatrem, ramionami otoczyłam futrzastą szyję, pod dłońmi czułam uderzenia psiego serca. Obudziłam się, tym razem naprawdę. Maleńki, rzewny smuteczek siedział na brzegu łóżka, dokładnie w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą widziałam bursztynowe mądre oczy. Zamknęłam powieki, żeby jeszcze przez chwilę podgrodzić się nimi od świata. W tym momencie poczułam na twarzy ciepło kociego oddechu i poczułam mocne pacnięcie łapką w policzek. Odczytałam wyraźny komunikat, który przesłał mi Diesel „Przestań śnić o jakimś tam psie, ja tu jestem i masz się ze mną pobawić". Tak też zrobiłam.

 

Teraz jest niedziela, minęła szósta. Nie wyspałam się. Za to Diesel się wyspał. Nie da się spać, gdy łazi po człowieku łaciate zwierzę, chucha prosto w nos, podgryza uszy i ostrzy sobie pazurki na odkrytym ramieniu. No, nie da się. Wiem co mówię bo próbowałam. Siedzę więc przed komputerem, niebo różowieje pasiasto jak najpiękniejszy agat. Koci potworek śpi (teraz śpi!) na fotelu, niewinny jak biało-czarny aniołek. Mam jeszcze godzinkę, bo zaplanowałam rowerkowy wyjazd. Wczorajszy dzień, był też rowerkowy, między innymi. Wyjechałam około dziewiątej. W Parku Zielona jesień rozsiadła się wygodnie i maluje liście na złoto, brązowo, czerwono. Oj, jak ładnie. Żołędzie chrzęszczą (fajne słowo, co?) pod kołami roweru, staw szafirowieje odbijając niebo, wierzby zanurzają w wodzie długie gałązki. Cisza, spokój, piękno. Pojechałam później nad Trójkę. Ile muchomorów. Całe kolonie ogromnych biało nakrapianych czerwonych kapeluszy. Oczywiście zsiadłam z rowerka i porobiłam trochę zdjęć, takich jesiennych, kolorowych i radosnych. W momencie, gdy byłam odwrócona tyłem do ścieżki wyczułam za sobą czyjąś obecność. Odwróciłam się gwałtownie i... rower, obok roweru TT. Stał sobie cichutko od dłuższej chwili i obserwował moje zdjęciowanie. To się nazywa synchronizacja w czasie. Pojechaliśmy kawałek dalej. Koło Jacht Klubu rozstaliśmy się. On pojechał „wypacać" po piątkowe promile (ponoć było ostro!), natomiast ja skręciłam na przystań. Pogadałam ze spotkanymi tam znajomymi, ostro wiało, niestety, pod żaglami wyszły na wodę załogi kursantów, nie było możliwości się załapać na malutki rejsik. Pojechałam więc lasem w kierunku Jedynki. I... trafiłam na kilka borowików. Piękne, zdrowe, na wyciągnięcie ręki.  Teraz się suszą. Będą na zimę jak znalazł. Wróciłam do domu około czternastej. Na osiemnastą musiałam być w Preczowie. Miałam więc czas by spokojnie „zrobić się na bóstwo". Warto było. Impreza nad wyraz udana. Taka sympatyczna, swojska atmosfera. Występy zespołów amatorskich (cała sala śpiewała ludowe piosenki), później ogłoszenie wyników ogólnopolskiego konkursu na wiersz o tematyce religijnej, wręczenie nagród. Później Donata (kierowniczka preczowskiego ośrodka kultury) zaprosiła na scenę mnie wraz z panem, który wystawiał swoje obrazy „kapliczkowe". Powiedziałam kilka słów, takie tam... kim jestem, jakie są moje pasje. Wszystko w pięciu zdaniach, później zakomunikowałam, że na wszelkie pytania odpowiadać będę przy moich zdjęciach, bo tak jest sympatyczniej i wygodniej. I tak się stało. Zainteresowanie naprawdę ogromne. Wiele osób pytało mnie czy robiłam już zdjęcia określonych krzyży czy kapliczek.  „Bo wie pani, tam przy drodze na Sarnów, za laskiem jest krzyż, a tam pod górką leży w polu kamień pokutny". Wyjaśniłam więc, że jedynie obiekty Dąbrowy Górniczej starałam się skompletować jak najdokładniej, natomiast w pozostałych miejscowościach kapliczki czy figury fotografuję wówczas, gdy się na nie natknę. Co nie znaczy, że się nie wybiorę do lasku w drodze na Sarnów. Kiedyś. Jest przecież fizyczną niemożliwością sfotografowanie wszystkiego, co mnie interesuje. Odebrałam gratulacje od prof. Wójcika z UŚl. Polonisty, erudyty i przyjaciela księdza Jana Twardowskiego, o którym przepięknie opowiadał. Kolejne ciepłe słowa usłyszałam od proboszcza z Preczowa. Przesympatyczny ksiądz. Młody, z zawodu artysta plastyk, humanista i artystyczna dusza i wcale nie w sutannie. Zresztą wszyscy obecni wyrażali się bardzo pozytywnie o moich fotografiach. Zawsze mam tremę przed takimi spotkaniami. Czy będzie dobry odbiór, czy te moje zdjęcia są coś warte, czy oglądający znajdą w nich coś wyjątkowego. Lubię, gdy każdy znajduje coś dla siebie. „Czy może mi pani opowiedzieć o tej kapliczce?". „ Ta fotografia jest moją faworytką, a tamta ma wyjątkowy nastrój". Stareńka maleńka babcia trzymając w maleńkich dłoniach moje ręce pytała „A czy kapliczkę preczowską sfotografowałaś dziecko? Oczywiście, że tak, tę pod akacją. Nie, nie pod akacją tylko klonem...".  Okazało się, specjalnie zwróciłam uwagę gdy wracałam do domu, że obie nie miałyśmy racji. Kapliczka jest pod ogromnym modrzewiem. Takie były rozmowy. Czułam się doceniona, dogłaskana, wyjątkowa. Fajne uczucie. Uspokajam, nie wpadam w euforię czy eksplozję samozadowolenia. Po prostu jest mi bardzo miło, że ta wystawa znalazła taki dobry odbiór. Zaproszono mnie do udziału w spotkaniach kilku towarzystw. Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Zagłębiowskiej, Stowarzyszenia Twórców Zagłębia,  Stowarzyszenia „Razem" na rzecz Preczowa... cholewcia, musiałabym się rozerwać. Jak ja nie lubię gdzieś „należeć". Owszem, jako sympatyk, „z doskoku". Natomiast wszelkiego rodzaju spotkania organizacyjne... brrrrrrrrrr. Wracając do wczorajszego wieczoru. Zjawiła się dawno nie widziana koleżanka jeszcze z czasów Huty Katowice (spotkałam ją w mojej Firmie w piątek i zaprosiłam na sobotnią imprezę). Przyjechała z córką i... przywiozła ze sobą naszą wspólną koleżankę, której nie widziałam jeszcze dłużej. Bardzo, bardzo miła niespodzianka. Odświeżyłyśmy kontakty, wstępnie jesteśmy umówione na jakieś piwo „przy okazji". Jak z powyższego widać, wieczór był udany ponad moje oczekiwania. Teraz kończę, zjem jakieś śniadanko i... planowałam rowerek, a tu za oknem niebo zaciągnęło się na szaro i chyba będzie padać. Mam nadzieję, że to przejściowe, że troszkę później wyjdzie słonecznik i jednak troszkę porowerkuję. Może uda mi się jeszcze dzisiaj „wrzucić" ten tekst na bloga. A teraz... pa, pa.

 

PS. Margolciu, Smuteczku, zdaję sobie sprawę, że ze Szczecina i Trójmiasta do Preczowa jest szmat drogi, niemniej czułam pozytywne emocje biegnące z tamtego kierunku.

PS2. Ponieważ pogoda poprawiła się i to jak!!! jednak wyciągam rowerek. pa, pa!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tak jak obiecałam...

środa, 26 września 2007 7:29
 

... zapraszam na moją wystawę fotograficzną.

 

Stowarzyszenie „Razem"  na rzecz Gminy Psary oraz Ośrodek Kultury w Preczowie zapraszają na Wieczór Poetycki „Sacrum w poezji" realizowany w ramach projektu „Duchowe pamiątki przeszłości" współfinansowanego przez Samorząd Województwa Śląskiego, który odbędzie się 29 września 2007 o godzinie 18.00 w Ośrodku Kultury w Preczowie, przy ulicy Dębowej 1.

 

W programie m.in.

- prezentacja wierszy o tematyce sacrum

- rozstrzygnięcie Konkursu Poetyckiego „Sacrum w poezji"

- wystawa fotograficzna pani Małgorzaty K.........

- występ zespołu wokalno-muzycznego

 

I ... czego nie było w zaproszeniu - bankiet.

 

Ponieważ nie mam możliwości rozesłania wszystkim zaproszeń, więc tekst przepisałam „żywcem" z zaproszenia.  Na dodatek uprzedzono mnie, że ja również będę miała okazję „dać głos" i opowiedzieć o prezentowanych fotografiach. Ekipa z Ośrodka Kultury bardzo miła, pełna entuzjazmu i przyszłościowych planów, w których jakoś mnie wpasowano. Powinno być ciekawie. Zapraszam wszystkich chętnych. Będzie mi miło Was gościć.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zadzwonił do mnie niespodziewanie...

wtorek, 25 września 2007 7:18
 

... pewien muzyk. Taki, co to przy fortepianie, we fraku i w muszce. Czasem z obojem na scenie. On i jego obój ( o rany, mamo, tato mam mixa!). W sumie bardziej oboista jak pianista. Nieważne. Ważne, że zadzwonił. Muzyk ma na imię Jerzy. Znamy się od czasu moich pierwszych wieczorów poetyckich, podczas których cichutko „przeszkadzał" mi na pianinie podczas recytacji wierszy. Zadzwonił sobie więc ten Jerzy i ni mniej ni więcej, tylko poprosił o zrobienie portretu jego córce. Córka jest skrzypaczką. Jerzemu świetnie jest we fraku, córka pięknie wygląda w długiej sukni. Oboje wysocy, szczupli, jasnowłosi. Ładni troszkę niedzisiejszą urodą. Spotkaliśmy się po południu. I wymyśliłam. Zaczekamy, aż liście jeszcze trochę zezłocą się i sczerwienieją. W Parku Zielona jest staw, małe mosteczki i fontanny. Dziewczyna w długiej sukni ze skrzypcami, włosy rozpuszczone. W tle lekko rozmyta sylwetka ojca we fraku.  Zwisające gałęzie wierzb. W trawie leżące skrzypce. Jedne i drugie. Albo dziewczyna na mostku, jej sylwetka odbita w wodzie, skrzypce na pierwszym planie... itd. itp. Dla kontrastu  może być dziewczyna w dżinsach, białej męskiej koszuli z rozwiązaną muszką, pod żaglami. I skrzypce leżące na deku. Nuty pływające w wodzie, rozmakający papier. Oj, widzę to. Cieszę się, bo to nowe wyzwanie. Robiłam już wcześniej trochę plenerowych portretów. Tym razem chcę, aby było to coś wyjątkowego. Bo lubię Jerzego.  Bo lubię jego córkę. Bo wreszcie... lubię fotografować.

 

Wreszcie wybrałam się do Ani „an'caffe", tak jak obiecałam. I niespodzianka, zastałam tam dziewczyny, z którymi nie widziałam się od maja czy czerwca. Były ochy i achy, jakiś winko, bardzo sympatycznie. Okazało się, że Ania była z dziećmi w Anglii u męża. No i przywiozła mi... dzwoneczek. Śliczny, szklany, z namalowanymi kwiatuszkami i zupełnie nie a propos napisem... GOLDEN WEDDING. To mi już nie grozi, choćbym jutro stanęła na ślubnym kobiercu. Ania kupiła go MIMO napisu a nie DLA napisu. Pamiętała o mnie. Bardzo, bardzo się ucieszyłam. Posiedziałyśmy trochę, poplotkowałyśmy o dawno nie widzianych wspólnych znajomych. Powspominałyśmy czasy, gdy „an'caffe" było czynne. To była taka sympatyczna dziupla, kawiarenka z klimacikiem. Niestety, interes jakoś kulał i Ania zmuszona była go zwinąć. Szkoda. Te Sylwestry, imprezy do świtu, atmosfera i świetna muzyka, której można było posłuchać. Ale to se ne vrati, Pane Hawranek! Wszystko przemija, znikają za nami obrazki z przeszłości, za to przed nami otwiera się panorama nowych wrażeń i nadziei. Tak to się kręci. Niemniej uśmiech z odrobiną melancholii wypływa na moją twarz, gdy wspominam „an cafe" i ludzi, których tam spotkałam.

 

PS. Małe wyjaśnienie dla nie zorientowanych. Moje wpisy powstają z reguły w domu, w różnych dziwnych porach. Umieszczanie ich na blogu niekoniecznie zgadza się w czasie, „wrzucam" je czasem o wiele później. Tak, że proszę nie zwracać uwagi na godzinę umieszczenia wpisu na blogu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Ciapa, łajza, idiotka, kretynka...

niedziela, 23 września 2007 19:46

 

... sklerotyczka kompletna. Ze mnie. Ale zacznę od początku. W sobotę niestety zmieniły się plany i nie pojechałam w górki. Za to wsiadłam w autobus i jadąc okrężnymi bardzo drogami, przez zielone dzielnice miasta, po godzinie dotarłam do Błędowa. Po prostu wybrałam się na grzyby. Kolejne niestety. Niestety zdecydowałam się dosyć późno i szłam za grzybiarzami, którzy pewnie byli w lesie od świtu. Mimo to udało mi się zebrać sporo maślaków, kilka prawdziwków i trochę podgrzybków. Dodatkową premią były zdjęcia przepięknych biało nakrapianych muchomorów. Jak z książeczek dla dzieci. Szkoda, że nie są jadalne. A może to lepiej, bo wówczas ludzie by je wszystkie wyzbierali, a tak co rusz natykałam się na całe kolonie  czerwonych śliczniuchów. W końcu wyszłam z lasu na zalane blaskiem łąki i pola. Pięknie. Gdzieniegdzie jakiś traktor, grupa ludzi pochylona nad zagonami ziemniaków, białe worki pełne okrągłych szarych kul. Tu i ówdzie smużący się nad ścierniskami dym ognisk.  Wiejsko i sielsko. Jak z Chełmońskiego. Brakowało tylko dorodnej dziewuchy w rozchełstanej białej koszuli łapiącej w dłonie nitki babiego lata. Nie chciało mi się wracać szosą więc poszłam na skróty miedzą między polami. I nagle na szczycie wzniesienia ukazał mi się szczyt krzyża stojącego w samotnej kępie drzew. Im wyżej wchodziłam tym widok był pełniejszy. Był tam, zupełnie niespodziewany. Zrobiłam zdjęcia. Schodząc po drugiej stronie wzgórza natknęłam się na rolników wykopujących kartofle. Spytałam o historię krzyża. Okazało się, że metalowy krzyż został ustawiony w latach 70-tych na miejscu starego, drewnianego. Tych krzyży w Błędowie jest kilka. Pilnowały traktu, który kiedyś biegł szczytem wzniesienia. Teraz traktu już nie ma, zostały krzyże, samotni świadkowie przeszłości. Wróciłam do domu zmęczona, zgrzana bo pogoda była cudna, w sumie zadowolona. Maślaczki sobie udusiłam, prawdziwki i podgrzybki suszą się grzecznie. Kolce jeżyn już powyciągane z łydek. Miałam pecha i wlazłam w sam kolący  gąszcz, czepliwe toto jak moja była pani profesor od historii, nie przymierzając. W końcu musiałam zdjąć spodnie na leśnej polanie i pracowicie usuwać kolce, które przebiły materiał i utkwiły na „ament". Niestety, nie zdołałam usunąć wszystkich, stąd moje późniejsze problemy. Ale cóż to znaczy w porównaniu do przyjemności łażenia po lesie. O ile nie wejdzie się wprost w rozpiętą między drzewami pajęczynę. Oj, tego nie lubię. Żeby była jasność, nie boję się pająków, mogę je fotografować, oglądać, byle nie trzeba było wchodzić z nimi w bliższy kontakt. Za to objadłam się lepkimi od soku czarnymi jeżynami i cierpko-gorzkawymi borówkami. Natrafiłam również na kilka poziomek z drugiego jesiennego owocowania. Pyszne! Była siedemnasta gdy dotarłam do domu. W planie (zmienionym) miałam małą wycieczkę rowerową po powrocie, jednak byłam zbyt zmęczona. Natomiast w niedzielę udało się pojechać do Ustronia. Były Osobisty Wieloletni Narzeczony dotrzymał obietnicy i dowiózł mnie  całą i zdrową. Po drodze zjedliśmy po pstrągu w Ochabach (świetne rybne jedzonko, polecam). Ustroń. Lubię to miasto, kiedyś, dawno temu bywałam tam prawie co tydzień. Teraz już dawno nie byłam. Sporo się zmieniło, dużo się buduje. Ładnie. W każdym razie, tak jak zamierzałam wybrałam się na Równicę. Drogą od „piramid". Trudniejszą, ale za to ciekawszą. W połowie podejścia można odpocząć przy źródełku. To magiczne miejsce z kamiennym ołtarzem. Kiedyś ponoć odbywały się tam msze. Teraz ciche i spokojne, ożywające w ruchomych plamach słonecznych. Ostatnim razem, gdy tam byłam było mglisto, wilgotno i szaro. Zupełnie inaczej. Tajemniczo i mrocznie. W końcu dotarłam do szczytu. Widok jak z pocztówek. Beskidy widoczne aż po odległy horyzont. Tylko robić zdjęcia. I... tu następuje wyjaśnienie inwektyw, które napisałam na początku. Okazało się, że (durna baba) nie wzięłam ze sobą  zapasowych akumulatorów do aparatu i zapomniałam ładowarki. A, jakże by inaczej, po sobotnich leśnych zdjęciach nie naładowałam również akumulatora, który miałam w aparacie. Do tej pory jestem zła na samą siebie. To okropne, bo nawet nie ma na kogo zrzucić winy! Więc tylko napatrzyłam się do syta, pooddychałam krystalicznym powietrzem, wystawiłam na słoneczko moje zmęczone ciało i odpoczywałam, odpoczywałam. Można się wyciszyć jeśli tylko uda się nie słyszeć gwaru rozmów setek turystów, którzy na Równicę wjechali całymi rodzinami w swych wypucowanych na niedzielę samochodach. Jeśli nie będzie się zwracało uwagi na dolatujący zewsząd garmażeryjno-grilowy zapach. Bardzo dużo Niemców, kiedyś mieszkało ich tutaj wielu. Do tej pory część ludności jest wyzwania ewangelicko-augsburskiego. Wielojęzyczny gwar. Niesamowite typy ludzkie. Począwszy od turystów w traperach, kraciastych koszulach z kijkami w dłoniach, poprzez mamusiowate matrony, spocone i zdenerwowane na wrzeszczące dzieciaki domagające się straganiarsko-odpustowych pamiątek oraz na brzuchatych tatusiów żłopiących przepłacone piwo, na wystrojonych, wydekoltowanych  i wybrzuszonych (analogia do dekoltu i wydekoltowania ... skoro goły brzuch to... wybrzuszenie, prawda?) elegantkach w mini i na szpilkach skończywszy. Śliczności. Równica jest zatłoczona jak deptak w Sopocie. Pobyłam tam trochę, odeszłam nieco na ubocze i gapiłam się na świat wokół mnie. W końcu zeszłam w dół, tym razem trochę łatwiejszą trasą, mniej stromą. Nie miałam ochoty na zjazd po kamieniach. Już kiedyś tak zjechałam, miesiąc miałam fioletową pupkę. Jak, za przeproszeniem, szympans jakiś albo pawian. No i siedzieć mogłam tylko hmmm ostrożnie. Zeszłam więc sobie spokojnie i grzecznie do Ustronia, oczywiście nie mogłam nie wstąpić na lody najlepsze w okolicy. Później zawędrowałam nad Wisłę. Na kamiennych progach słońce wyczarowywało maleńkie tęcze. Na trawie porozkładani kolejni grilowi turyści. Fantastyczny widok. Prawie surrealistyczny. Rzeka,  widok na szmaragdowe góry, soczysta zieleń traw i... stoliki, krzesełka, parasole, leżaki i miłościwie panujący grill. Rany Julek, chyba niektórzy ciężarówką przyjechali... z naczepą! Spyta pewnie ktoś, co ja się tak czepiam tych nieszczęsnych grili, no czepiam się, bo nie lubię i tyle!  Moje subtelne powonienie cierpi katusze. Podobnie działa na mnie zapach prażonej kukurydzy i wielokrotnie używanego tłuszczu w budkach z frytkami. Nie mówiąc już o kebabie. No, ale koniec narzekania... usadowiłam się na trawce pod wiatr zostawiając z tyłu niemiłe mi zapachy. Zajadałam beskidzkiego oscypka i ładowałam akumulatory. Niestety, tylko moje, jako że te aparatkowe... jw. Teraz już nadchodzi noc, siedzę przy komputerze wykąpana i czyściutka czując tylko lekką, przyjemną obolałość mięśni. Dziś pierwszy dzień jesieni. Brzoza za oknem płacze złotymi łzami za latem. Diesel rozpanoszył się na moich kolanach. Nadrabia moją nieobecność. Od czasu do czasu patrzy na mnie  złoto-zielonymi szparkami oczu. Dobrze, że jesteś, gdzieś ty łaziła, zostawiłaś mnie samego na tak długo. Hahhahhahahahahha, nie mogę pisać, bo kładzie pysio na klawiaturze i usiłuje łapką złapać moje poruszające się palce. Kończę więc. Dobranoc.

 

PS. Coś zupełnie z innej beczki. Czy wiecie, że kot ze stresu może tracić sierść? Ja też nie wiedziałam, dowiedziałam się podczas jednej z wizyt z Dieslem u weterynarza. Kot był bardzo zdenerwowany a ja  cała  oblepiona sierścią.

 

PS2. W piątek usiłowałam wejść na kilka zaprzyjaźnionych blogów. Niestety udało mi się połowicznie ponieważ blogi, które mają aktywny antyspam były dla mnie nie do przejścia. Nie mogłam umieścić wpisów, po wpisaniu kombinacji nakazanych literek i cyferek system myślał, myślał i ...wymyślał nową kombinację. Wrrrrrrrrrrrrrrrrrr, kilka planowanych już gotowych notek niestety poszło precz. Poczwarko Miła, Mamo Kruszynki-Martynki,  Serce-Sercu i Inni, byłam u Was, naprawdę!

 

PS3.   Na smutki i jesienne  humorki

           Najlepsze są leśne muchomorki

           Jak małe czerwone stworki

           Nakrapiane w białe wzorki

          Więc gdy nadejdzie chandry zmorka

          Wyciągnij  z  pamięci worka

          Ślicznego muchomorka

          I czekaj na poprawę humorku(a)

 

... to już naprawdę koniec na dzisiaj. Pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Minęła szósta...

piątek, 21 września 2007 9:23
 

... minęła szósta... minęła szósta. Ludzie, za jakie grzechu przyszło mi wstawać o tak barbarzyńskiej porze! Ja jestem „sowa", rasowa „sowa"  Z tych, co to najlepiej funkcjonują gdy za oknem mrok. Najlepiej czuję się, gdy noc usypia świat. Najlepsze myśli, chociaż nie zawsze najmądrzejsze, przychodzą mi tuz po północy. A świtem bladym i anemicznym wszystkie sowy powinny spać! Dlatego teraz, opatulona w zielony szlafrok siedzę przed komputerem i usiłuję, usiłuję powtarzam, napisać coś sensownego. To trudne, gdy buzia drze się jak, nie przymierzając, stare prześcieradło. Herbatka zaparza się leniwie lecz nieustannie, ja ziewam, Diesel śpi snem sprawiedliwego zakopany w jeszcze ciepłej pościeli. Chyba, bo cichy kot nie znaczy wcale śpiący kot. Miałam tego przykład wczoraj wieczorem gdy mylnie sądząc, że kocisko śpi, nie zareagowałam w porę i straciłam część książki (na szczęście przeczytanej) pracowicie przeżutej po cichutku przez Diesla. Cóż, głód... również wiedzy jest siłą ogromną. Więc teraz po cichutku zajrzałam do sypialni... śpi! Wypiłam łyk, może dwa, herbaty. Czuję jak powoli, ależ powoli, dochodzi mi żółtko. Nie mam pojęcia skąd się wzięło to powiedzenie, jedno z powiedzonek mojej Babuni, ale oznacza stan, gdy człowiek budzi się i zaczyna w końcu sensownie myśleć. Ale dlaczego „żółtko" i dlaczego „dochodzi", skąd i dokąd, tego już nie wiem. Och, zaczyna boleć mnie żuchwa od ziewania rozdzierającego. Nie mam pojęcia, co tym sposobem dotleniam. Czy mózg, a przydało by się! Czy może płuca, też by im się przydało. Zapowiada się dzisiaj piękny, słoneczny dzień. Na weekend też prognozy optymistyczne, więc chyba jednak zrealizuję wycieczkowo-górskie plany. Jeszcze tylko przebrnąć przez osiem godzin w raju i... co ja będę opowiadała.

 

Opowiem więcej po powrocie z gór, mam nadzieję, że będzie co opowiadać... i może co pokazać! A teraz życzę wszystkim Słonecznika na niebie, pa, pa!

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 692  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558692

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl