Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Oj działo się...

poniedziałek, 28 września 2009 22:22


... działo dużo. I jak ja mam teraz to wszystko ogarnąć?  Może po kolei... ale zanim to zrobię, pragnę uprzedzić wszystkich, którzy oczekują słów, a nie obrazków, że tym razem więcej będzie tych drugich, bo... bo jak powiedziałam na początku, dużo się działo.  Przede wszystkim w dziedzinie fotografii właśnie.

Ale może po kolei. Po pierwsze, wreszcie dotarłam na lotnisko w Pyrzowicach.  Przeszłam pozytywnie sprawdzanie na bramkach, przez które można się dostać na teren służbowy, normalnie zamknięty przed zwykłymi śmiertelnikami. Ja, uzbrojona w stosowne glejty i towarzystwo mojego przewodnika po zakamarkach lotniska (w tym miejscu muszę Ci serdecznie podziękować, Leszku!) mogłam zajrzeć zarówno na wieżę kontroli lotów (rewelacja, przeszklone pomieszczenie, zawieszone wysoko w przestrzeni i wokoło tylko monitory, na których samoloty widnieją jako kropki i cyfry i kontrolerzy, przemili zresztą i bardzo pomocni). Ponieważ wyszłam na galerię otaczającą czaszę wieży, więc od czasu do czasu dawali mi jedynie znaki przez szybę, z którego kierunku nadleci kolejny samolot, lub w którym kierunku będzie startował inny.  Żałowałam tylko, że akurat w tym dniu powietrze było mało przejrzyste, nad ziemią unosiła się lekka jesienna mgiełka, na szczęście nie było ani jednej chmurki i zachód Słońca udało mi się sfotografować w całej okazałości. Później zeszliśmy na płytę lotniska i... zobaczyłam z bliska Boeinga 737... niesamowite wrażenie, to jest ogromna maszyna, człowiek przy niej wydaje się maleńki. Nie mogłam sobie tego odmówić, na moment oddałam aparat w ręce Leszka i... mam pamiątkę  czyli zdjęcie przy jednym z silników Boeinga.  Fakt, ze trochę nieostre, ale jako dokument może być, przynajmniej można mnie rozpoznać.  Z przyczyn oczywistych mogę tu umieścić zaledwie kilka zdjęć, ale pomyślałam sobie, że :"wrzucę" te i kilka innych na mój drugi blog,  ale to chyba już nie dzisiaj,  chociaż... kto wie?  Wracając do Pyrzowic. Udało mi się zrobić również kilka zdjęć po zmroku, dzień teraz jest już krótki i kończy się dość nagle i zbyt szybko. Tyle, jeśli chodzi o lotnisko, teraz kilka ujęć z góry (z wieży) i z dołu (z płyty).







































Ostatnie zdjęcie jest zrobione ponownie z wieży kontroli lotów, już na zakończenie tej wyprawy.  Własciwie po raz pierwszy żałuję, że zdjęcia tutaj muszą mieć takie małe rozmiary.... ale mówi się trudno.  Właściwie, powiem szczerze, nie jestem do końca zadowolona z tej sesji. Zbyt mało czasu, na miejscu byłam dopiero o 18-tej, gdy dzień juz chylił się ku zachodowi. Ale mam obiecane, że  to nie był pierwszy i ostatni raz, moze w scenerii  zimowej? Zobaczymy.


Teraz  chcę wrócić do ostatniego weekendu. Jak wspomniałam w poprzedniej notce, wybrałam sie do Bielska-Białej. Niestety, na razie z rozmów w sprawie zlecenia nic nie wyszło, co nie znaczy, ze temat jest nieaktualny. Czyli... wszystko przede mną. Niemniej wykorzystałam ten czas i przepiekną pogodę, by zrobić jakieś zdjęcia. W sobotę wybrałam się z moim synem i jego psami na spacer korytem rzeki Białej, która przepływa przez sam środek miasta. Oprócz tego, tradycyjnie... bielsko-bialska architektura, która ma w sobie tyle piękna, że żałuję, iz nie da się wszystkiego pokazać. Niemniej spróbuję, chociaz w części oddac moje zachwyty. Więcej też pewnie znajdzie się na drugim blogu, w oddzielnej galerii. Najważniejsze, że odpoczęłam, "złapałam" trochę brązu na buzi i ramionach, pooddychałam świeżym powietrzem i wreszcie nagadałam się z Marcinem.  Świetny czas, piękne momenty. I potężna dawka optymizmu.











































A dzisiaj... w pracy, jak zwykle na koniec miesiąca, nerwowa atmosfera i masę problemowych spraw. Uffff!!! Za to po południu.... cóż, cuda się zdarzają i czasami Los stawia na naszej drodze, zupełnie niaspodziewanego Anioła.  W zwykłej ludzkiej postaci zresztą. Ależ by się zdziwił, ze tak go określiłam. Ponieważ jednak tutaj nie zagląda, więc i nie dowie się o niczym. A wracając do cudów, własnie zaisnstalowałam sobie w moim komputerze zewnętrzny dysk o pojemności 400 Gb!!! Wreszcie mogę zrzucać zdjęcia bez konieczności czyszczenia dysków i przerzucania na płytki starszych plików. Przymierzałam się do tego zakupu od dłuższego czasu, podobnie zresztą jak do kupienia wreszcie większej karty pamięci do aparatu, bo 2 Gb, to trochę mało jak na moje potrzeby i apetyty, ale na przymiarkach się kończyło z przyczyn jakże prozaicznych i powszechnych, czyli braku funduszy!  I co? No i już mam!!!  Dysk i kartę 4 Gb!!! W prezencie!!! Za friko, bez zobowiązań i tym podobnych spraw!!! Bo... komuś się podoba to, co robię i postanowił wspomóc biedną "artystkę", a że kiedyś rozmawialiśmy luźno na tematy techniczne i temat został poruszony, więc...  A  w rewanżu... mam przygotować pięć fotografii w dużym formacie, według mojego wyboru i gustu... z zaznaczeniem, że wszelkie koszty zostaną  mi zwrócone... Czyż nie Anioł???  Ależ jestem szczęśliwa!!! I  tym uśmiechniętym akcentem, pa, pa. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nie mam czasu...

sobota, 26 września 2009 7:19

... żeby teraz napisać jakąś sensowną notkę, a jest dużo do opisywania i do pokazania też. Byłam ostatnio na lotnisku w Pyrzowicach, było super!!!  A teraz zaraz wybiegam na pociąg,  jade do Bielska-Białej, może się "urodzi" duże zlecenie na zdjęcia... trzymajcie kciuki. Wracam jutro, to postaram się napisać coś więcej. A teraz tym zdyszanym akcentem, pa, pa

PS. Acha, wspaniałego weekendu!!!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Przed chwilą...

niedziela, 20 września 2009 10:07

... dłuższą chwilą, wróciłam z bazarku, jak już się zwierzyłam Panu A od B.  Ależ kolory, całe stosy gruszek, jabłek, śliweczek wszelakiej maści w omszałości smacznej,  papryczek w pełnej gamie kolorystycznej, winogron, które zda się za moment pękną z hukiem od nadmiaru słodyczy, bakłażanów i swojskiej kalarepki... ech... wymieniać by trzeba długo. Ale po co, skoro każdy przynajmniej raz w życiu, niektórzy może dwa razy, był na bazarku w jesienny poranek. Tak, tak, nie pomyliłam się... już jesienny, bo przecież od jutra kalendarzowa jesień... idzie przez park (tak mi się skojarzyło z piosenką Czerwonych Gitar, kto to jeszcze pamięta?).  Ale wracając na ziemię, a właściwie przed komputer, podjadam właśnie śliweczkę, sok kapie mi z palców na klawiaturkę, myszka (no,no, bez takich) lepi się do dłoni, po brodzie cieknie... gdzie mój sliniaczek??? Ooooooo upaprało się dziecko, nieładnie!!! Ponieważ jednak konsumpcja dojrzałych owoców, a czeka jeszcze piękna złota grucha na swą kolej, nie idzie w parze  z pisaniem na klawiaturze, zatem "wrzucę" kilka kolorków... na dobry dzień, na dobry czas, na samo najpiękniejsze, co może się zdarzyć.  Zaczaruję sobie i Wam świat barwami, niech przenikną do myśli i snów. Niech się ziści. I tym, jakże optymistycznym akcentem, pa, pa



























Dość tych kolorów. Nie będę męczyła Tubywalców, bo mi jeszcze oczopląsu dostaną. Za moment wyłączam to ustrojstwo, które zabiera mi cenny czas (chociaż czas spędzony z Wami nie może być uznany za stracony), niemniej świat mnie woła.  Niebo zbłękitniało pastelowo, liście wyzłacają się pięknie,  jest cudnie... jest cudnie (znów cytat, tym razem z Maryli Rodowicz). Tak mi jakoś dzisiaj lekko i radośnie, nie myślę o niczym przykrym, o jutrzejszym kolejnym dniu w raju, o problemach, które i tak nie dadzą się łatwo rozwiązać. Ale o tym dzisiaj ani słowa. Bo... bo jest zbyt pięknie by się smucić, bo świat jest niewyobrażalny i niepowtarzalny, bo warto przeżyć każdy moment jak najpełniej, bo już się nie powtórzy, bo każdy następny będzie już inny. Bo ja sama już za moment będę inna... Jejkuuu, zaraz chyba dostanę po łapach za nadmierną ilość  "bo". Znikam więc na moment, moze na dwa momenty. Nie wiadomo, co czeka mnie za drzwiami. Może... a może nie. I tym pełnym nadziei akcentem, pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

No i...

sobota, 19 września 2009 21:19


... nie zaczyna się zdania od „no i"... z dzieciństwa pamiętam takie uwagi „noi to był chiński sprzedawca narkotyków"... głupie, ale zapamiętałam. W każdym razie, kończy się lato... jak każdy przełom, tak i ten skłania do refleksji i podsumowań. Tylko co tu podsumowywać?  Niewiele się zdarzyło,  lato mija, a ja niczyja... żarty żartami, ale jakoś mi te ostatnie miesiące przeciekły przez palce.  Oprócz ciągłych problemów niewiele mogę zapisać w kalendarzu przeszłych dni. A już jeśli wziąć pod uwagę pozytywy, to bilans zamyka się ujemną cyfrą. No cóż, jesień będzie lepsza. A przynajmniej kolorowa, jak to jesień. Ostatnie dni były za to interesujące i pełne nieoczekiwanych zdarzeń.  W środę znalazłam się po południu w Oświęcimiu. Miałam do wyboru różne miejsca w promieniu mniej więcej 50 km od miejsca mojego zamieszkania. Wybrałam świadomie Oświęcim, bo mimo, że byłam tam kilkakrotnie, to zawsze w Muzeum Auschwitz, natomiast do samego miasta jakoś nigdy nie dotarłam.  Już sama droga była nieprawdopodobna... nie wiedziałam, że odcinek mniej więcej pięciokilometrowy można przejechać w... pół godziny!!!  Korek był nieprawdopodobny, wjazd do miasta jest koszmarny, szczególnie w dni powszednie (tak sądzę), gdy drogę blokują tiry i inne samochody dostawcze. Byłam zła, bo mi umykało światło. Wcześniejsza piękna pogoda z nielicznymi chmurkami na błękitnym niebie zmieniała się w  jakieś niepokojące i smętne szarości. Podejrzewałam, że gdy już dojedziemy na miejsce, to niewiele będę mogła zdziałać jeśli chodzi o fotografowanie. I faktycznie, ale mimo wszystko kilka zdjęć udało się zrobić. Samo miasto troszkę mnie rozczarowało. Przede wszystkim na centralnym miejscu Rynku ktoś kiedyś, w latach siedemdziesiątych chyba  wybudował paskudny pawilon WSS Społem. Stoi teraz pusty i straszy smętną bryłą, która pcha się w kadr i jest na tyle duża, że trudno ją pominąć!  Niemniej sam pobyt mogę uznać za owocny i pouczający. Obejrzałam Muzeum Żydowskie, pięknie wyremontowany gmach, przed którym jest zadbany plac z ławkami i informacją, co tu się kiedyś znajdowało.  Co poza tym? Kilka ładnych kamieniczek, świetne lody w Rynku i... tyle. Nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś tam się wybrała, ale... jest zaliczone! Być może jest tam więcej ciekawych miejsc, ale tak na pierwszy rzut oka zobaczyłam wszystko, co chciałam.  Poniżej kilka zaledwie zdjęć, tak tylko dla zilustrowania wycieczki.

















 











Fotografia nieznanego autora przedstawia grupę dzieci i kobiet przy studni na placu szpitalnym w Oświęcimiu - studnia, zabezpieczona płytą z pleksi zachowana jest w dawnym stanie. W tle Synagoga Stowarzyszenia Lomdej Misznajot (obecnie muzeum).  Zdjęcie prawdopodobnie z początków II wojny światowej.




W piątek natomiast... piątek był dniem wolnym od pracy, przynajmniej dla mnie, bo wzięłam sobie jeden dzień urlopu. Ot tak, bez żadnych planów, bez celu, jedynie dlatego, że po prostu byłam zmęczona. Psychicznie, bo nawet nie fizycznie.  Rano pospałam dłużej (sic!!!), później wyszłam na targ i do sklepów.  Właśnie byłam w sklepie z ciuchami, około 11-tej, gdy zadzwonił telefon. Były Osobisty Wieloletni Narzeczony zaproponował mi transport w jedną stronę do Ogrodzieńca, ponieważ jechał w tamtym kierunku i po drodze mógł mnie tam podrzucić. Stwierdziłam, że właściwie... nie mam nic lepszego do roboty, więc tylko skoczę do domu po sprzęt i możemy jechać.  Pogoda była jak marzenie, na niebie troszkę mało groźnych obłoczków, które zresztą lubię, bo powiększają dynamizm zdjęć.  Poza tym powietrze rześkie i ciepłe, kolorki wczesnojesienne, jednym słowem śliczności. BOWN „wyrzucił" mnie z samochodu na Podzamczu i pojechał dalej, a ja zrobiłam sobie całą długą sesję fotograficzną.  Czy się udała? Sądzę, że tak, przynajmniej kilka zdjęć jest całkiem niezłych. Szczególnie zadowolona jestem  z ujęć na skałkach, gdzie kilkoro młodych ludzi wspinało się mozolnie w górę. Niesamowite, z dołu wydaje się to całkiem proste, chociaż takim nie jest. Byłam pełna podziwu, szczególnie dla „freestylowców", którzy wspinali się bez lin i haków, za cały sprzęt mając jedynie palce dłoni i stóp!!!  Pobyłam sobie troszkę, pozdjęciowałam, w słońcu było całkiem ciepło, natomiast w cieniu troszkę wiało chłodnym powietrzem.  Podjechałam później do Zawiercia autobusem, skąd już pociągiem dotarłam do domu.  Spojrzałam na zegar, była dokładnie 15:30... czyli koniec pracy.  Jak widać z powyższego, nigdy nie wiadomo, co może nas spotkać, nawet nie wiemy, że nagle znajdziemy się w zupełnie nieprawdopodobnym miejscu.  Jak ja to lubię. I cieszy mnie fakt, że życie potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, zachwycić. Czyli... jeszcze nie jest ze mną tak źle. A teraz kilka piątkowych „ogrodzienieckich" zdjęć. Mam nadzieję, że oglądanie ich sprawi Wam tyle radości, ile mnie sprawiło ich robienie.




  







































I tym ekstremalnym akcentem, życząc pięknej niedzieli, która jest równoczesnie... ostatnim dniem lata, pa,pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Jest pięknie...

wtorek, 15 września 2009 23:11

... Słonecznik nadrabia zaległości i ogrzewa wszystkich spragnionych ciepełka, w tym i mnie.  A co robi taka kopnięta fotografka w taką piękną pogodę? A lata sobie po Górce Gołonoskiej i tarza się w  wysokich trawach, nurkuje pod krzaki głogu, zaplątuje się dokumentnie w gałązkach jerzyn i wysupłuje z włosów nasionka wszelkiego rodzaju, co to nie wiadomo, co z nich wyrośnie. Pewnie coś kolczastego i czepliwego.  A w trakcie tego surwiwalu nie zapomina o pstrykaniu róznych dziwnych  badylków. No, kopnięta i tyle. Bo po co jej to?  Co ona z tego ma, oprócz satyskakcji?  No i mozliwości zaprezentowania kilku zdjęc tutaj, co jest rzecz jasna  bardzo satysfakcjonujące, ale...  Właśnie to ale...  Myślę nad zmontowaniem kolejnej wystawy, wymysliłam sobie tym razem jakieś fotografie przyrody, jakieś klimaty prześwietlone słońcem, jakieś   żuczki i motylki... jeszcze nie wiem. Zresztą, to wymaga nakładów finansowych, więc pewnie na planach się skończy.  Sponsorów na horyzoncie jakoś nie widać, miasto nie jest zainteresowane.... zresztą, musiałabym popukać do tych i owych drzwi, a do niektórych jakoś mi za wysoko...  do innych nie po drodze...  Tak sobie czasem myślę, co się stanie z tymi wszystkimi zdjęciami, z tym całym archiwum, gdy mnie już nie będzie. Kiedyś były klisze, były papierowe odbitki, teraz wystarczy jedno kliknięcie i wszystko ulatuje jak mgła jesienna, jak dym z ogniska.  Nietrwałe to i ulotne. Jak nasze życie, jak nasze marzenia, jak my sami będący tu tylko na chwilę, na moment.  Jeszcze żyjemy, jeszcze marzymy, jeszcze kochamy, jeszcze płaczemy i śmiejemy się do Słońca.  Nie myślimy, że nasze życie jest jak żywot jętki... trwa tylko mgnienie. Tyle pokoleń było przed nami, tyle istnień, tyle pragnień, geniuszu i podłości. Wyważamy otwarte drzwi, wymyślamy wciąż od nowa proch i sądzimy w zarozumiałości swej, że jesteśmy wyjątkowi...  a przeciez my też odejdziemy w niepamięć, w mrok przeszłości, jedynie jednostki przetrwają w pamięci pokoleń, geniusze i szaleńcy.  Ech... dość tego, bo zaczynam samą siebie dołować, a przecież... jest pięknie, jak powiedziałam na początku. Kłamczucha i co z tego? Kogo to tak naprawdę interesuje?  Wiem, wiem, jest tyle osób, które kibicują mi w tym co robię,  więc moze warto jednak robić nadal swoje, a co będzie później?  Będzie, co ma być. I tym stoickim akcentem,  pa, pa.
































Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 658  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557658

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości