Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


206...

niedziela, 30 września 2012 8:59

 

... kości ma dorosły człowiek. A ja się czuję, jakbym ich miała 2666 i wszystkie mnie bolą! Dopadł mnie jakiś przebrzydły wirus albo inna bakteria, tudzież zaraz. Czuję się wrednie, ledwo patrze na oczy, a już o myśleniu mowy nie ma. Wkrótce coś napiszę, a i zdjęć jest całe mnóstwo z ostatniego tygodnia... tylko muszę pokonać tego zjadliwca, który nie chce odpuścić. Łykam jakieś piguły, syropy, również domowej roboty z cebuli... dłuższa choroba raczej nie wchodzi  rachubę... Jejku, tym razem czuję się naprawdę fatalnie. Jakiś stan podgorączkowy tez chyba  jest. Nie będe opisywała ze szczegółami wszystkich objawów, uwierzcie mi na słowo. Tym bardziej mnie to złości, że zaoknem jest pięknie... błękitne niebo, Słonecznik żółciutki wisi wysoko, a liście złocą się  jesiennie. Idę do łóżka, może wieczorem znajdę w sobie dość energii, żeby napisać coś więcej.

 

A, jeszcze jedno. Już wczoraj obudziłąm się z bólem gardła, ale kupiłam jakiś syrop, połknęlam jakąś pigułe i.... pojechałam do Ustronia robić zdjęcia w Leśnym Parku Niespodzianek. Czułam się całkiem nieźle do momentu powrotu czyli do popołudnia, kiedy to padłam. Dawno nie czułam się tak źle. Na razie to tyle, Najmilsi Tubywalcy.

 

Czy może mnie ktoś pogłaskać po głowie, choćby wirtualnie? Bo biedna jestem bardzo... chlip, chlip, chlip... z oczu cieklnie, z nosa też... a rany!

 

Tak na "zajawkę" jedno zdjątko z ubiegłego tygodnia... wczorajszych zdjęc nawet nie tknęłam. Co już samo w sobie określa mój stan...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kolejny...

sobota, 22 września 2012 11:38

 

... weekend rozpościera się przede mną jak ocean... bez początku i bez końca... bez planów szczegółowych i bez fajerwerków... bez humoru... bezsennie i bez pomysłu i bez...nadziejnie w ogóle to wszystko wygląda. No bo jak mam się cieszyć, skoro na jutro, a właściwie na dzisiaj (jak ten czas leci!) zapowiadają zimno i deszcz. Nie wiem właściwie, czy mam czekać na ten świt i się rozczarować, czy może położyć się spać i... żałować? Siedze skulona przed komputerem, w chałupie zimno jak w przysłowiowej psiarni, naubierana jestem na „cebulkę”... co ja mówię, na cebulę raczej! Ciepły dres, grube skarpetki, na to wełniany wielki sweter z golfem, a i tak coś czuję,  jakby mnie miało coś brać... kurczę, jeśli chodzi o branie, to w perspektywie mam ewentualnie przeziębienie. Taka karma chyba? Nie, żeby mi brakowało tego brania... wędkarzem nie jestem, niemniej... A w ogóle, to miałam dzisiaj (wczoraj) niezbyt ciekawy dzień. Chociaż zaczął się pięknie bo od mgiełek babioletnich prześwietlonych Słońcem. Pobiegłam na czwarte piętro w Firmie i zrobiłam trochę zdjęć z góry... hen, na drugim planie jest Górka Gołonoska, ale kompletnie przesłoniła ją mgła.

 

 

 

 

 

 

 

 

Później w pracy jakieś takie dziwne nastroje, dziwni ludzie, dziwne rozmowy... czasem mam wrażenie, że wszystko wokół jest po prostu dziwne... ale może to ze mną jest coś nie tak? Trudno mi od jakiegoś czasu wykrzesać z siebie jakiś zapał, jakiś entuzjazm... Och, jak ja nie lubię samej siebie w takim stanie rozmemłania... I mówię sobie „weź się w garść, babo”, a baba głucha albo „niekumata”. Moje gadanie ma w głebokim poważaniu. Oj tam, oj tam... a dzieci w Afryce głodują (że nawiążę do wpisu sprzed kilku miesięcy). No, pogadałam trochę sobie a Muzom, teraz czas na relację z ostatnich wydarzeń.

 

Otóż, w moim mieście, w samym centrum stanęła ławeczka, a na niej siedzi... Jimi Hendrix... tak, tak, TEN Jimi Hendrix. Siedzi i gra na gitarze jak żywy... no, powiedzmy... Jimi Hendrx miał 180 cm wzrostu. Ważne, że gitarę trzyma w odpowiedni sposób dla osoby leworęcznej. Hedwiżka zadała mi dzisiaj pytanie o związek Jimiego z Dąbrową Górniczą. Pokrótce odpowiedziałam, a teraz troszkę rozwinę wątek. 

 

W 1970 roku w centrum stanął pomnik poświęcony Bohaterom Czerwonych Sztandarów. Szczerze? Kompletnie mi sie nie podobał. Ciężka, masywna sylweta jakoś do mnie nie przemawiała. No, ale stanął i po jakimś czasie się do niego przyzwyczaiłam. W 1990 roku, na fali przemian  planowano wysadzenie pomnika w powietrze przy pomocy materiałów wybuchowych, już nawet wywiercono otwory. Wówczas nastąpiła przedziwna historia. Otóż młodzież pomalowała pomnik w kwiaty, napisała na nim  “Jimi Hendrixowi.  Ludzie nigdy nie zginę. Zostawcie go w spokoju” i pilnowała pomnika dzień i noc.  W końcu entuzjazm i determinacja młodzieży zwyciężyły i pomnik ocalał. W takim stanie, chociaż napisy powoli blakły i płowiały przetrwał do 2006 roku, kiedy to wyczyszczono go i zamontowano na cokole tablicę o treści: „Bohaterom czerwonych sztandarów. Dąbrowiakom. Twórcom dziejów walk o narodowe i społeczne wyzwolenie”.

 

 

 

 

Ławeczka z Jimim stoi mniej więcej w miejscu tej ławki ze zdjęcia...

 

Napisy starto, ale pamięć tamtych wydarzeń pozostała. Po 22 latach postanowiono, że w Dąbrowie Górniczej stanie ławeczka z Jimim Hendrixem. Na ławeczce jest tablica z tamtym pamiętnym napisem.  Tak właściwie, to na ławeczce powinien siedzieć również Kurt Cobain, on też miał swoje miejsce w tamtej historii, chociaż jego nazwisko znalazło się na pomniku później. Nawiasem mówiąc, Kurt Cobain zmarł w 1994 roku i jego śmierć (uznana za samobójstwo) w dalszym ciągu wzbudza kontrowersje, podobnie, jak śmierć Jimiego Hendrixa, ale to długi temat.

 

 

 

 

 

 

Tyle w tym temacie, sądzę, że pomysł z Jimim Hendrixem jest świetny chociaż dość karkołomny (mówię tu właśnie o złożoności związków tego muzyka z Dąbrową Górniczą).

 

Jeszcze jeden obiekt przybył nam w centrum miasta. Na fragmencie torów stoi autentyczny wagonik kopalniany. Taki, jakim przewożono pod ziemią urobek. Ciekawie zaprezentowany, podświetlony, otoczony zielenią. Podoba mi się. To kolejny zabytek przemysłowy, który snajął w Dąbrowie Górniczej. Kilka maszyn i również wagon na węgiel, tyle że większy stoją przed moją Firmą. Świetny pomysł na zagospodarowanie przestrzeni, poza tym tego typu urządzenia pewnie gdzieś by sie kurzyły,  a tak stoją sobie, ciesza oko i jeszcze mogą nas czegoś nauczyć. Super!

 

 

 

 

A teraz chcę wrócić do codzienności. Na samym początku zastanawiałam się, co będzie lepsze. Czekanie na świt i rozczarowanie, czy może położenie się spać i żałowanie, że sie jednak nie wybrałam na zdjęcia. Cóż, w pewnym momencie, tak około drugiej nad ranem stwierdziłam, że jestem tak zmęczona, śpiąca i zmarznięta, że nie dam rady dortwać do świtu. Położyłam się więc, budzik nastawiłam na piątą i padłam. Obudziłam się po dziewiątej!!! Budzik był wyłączony chociaz wcale nie pamiętam, żebym do wyłączała... może to Diesel? Na pewno to Diesel, bo on się strasznie wkurza kiedy to ustrojstwo  ryczy.  No i...  nie żałuję, bo za oknem pada deszcz, światło nienadzwyczajne i ziąb. Pewnie się jednak wybiorę, ale raczej do Parku Hallera niż gdzieś na mokradła wokół jezior. Bo zapomniałam napisać, że w Parku Hallera właśnie (i nie tylko) trwa Festiwal ZagłębieWood - czterodniowa impreza z wieloma atrakcjami. Wszystkich, którzy są stosunkowo blisko zapraszam, dzieje się dużo i jeszcze będzie się działo do jutra. A ja pewnie coś o tym napisze, jeśli   będe miała jakieś ciekawe spostrzeżenia.

 

Cóż, Moi Mili Tubywalcy, z lekkim poślizgiem (ale kontrolowanym) jednak jakiś tekst się tu ukaże. Jeszcze wybrać zdjęcia, jeszcze zrobić drobną korektę literówek i... wytnij-wklej!

 

I jeszcze na zakończenie kilka zdjęć mglistego świtańca... z głębokiej szuflady... niemniej, świetnie oddają moje ostatnie nastroje hmmmmmmmmmmmmmmmm...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miłego weekendu, pa, pa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ostatnio...

wtorek, 18 września 2012 0:03

 

... mam jakieś gorsze dni. Nie wiem, co jest tego przyczyną, a właściwie wiem, tyle że nie za bardzo umiem o tym mówić. Miałam przez jakiś czas nadzieję, że wszystko jakoś się prostuje, że problemy powoli zaczynają znikać. Niestety, w życiu czasem tak jest, że kiedy znikają jedne, to na ich miejsce pojawiają się następne. Jakieś nieprzewidziane wcześniej okoliczności sprawiają, że znów człowiek nie umie sobie ze wszystkim poradzić. Jak mawiają znawcy... na pochyłe drzewo koza skacze.  Koza nie koza, kłopoty na pewno. Mam więc o czym myśleć, mam się nad czym zastanawiać. Jasny gwint, a już było tak dobrze.  Jestem zmęczona, rozstrojona, a płacz mam na końcu nosa. Wiem, wiem, duże dziewczynki nie płaczą, przynajmniej publicznie. No więc nie płaczę... jak to było? Tylko oczy mi się spociły. Dopada mnie kryzys... wczesnojesienny również. Powie ktoś, co za głupoty, jakieś tam rozdrapy... wiecie już, PT Czytelnicy (i Oglądacze), że traktuję tę stronę jak taki mały prywatny wentyl bezpieczeństwa.  Wspomniałam, że nie umiem mówic o swoich problemach, czasem łatwiej mi o nich napisać. Żeby nie zwariować, żeby nie popaść w jakąś bezdenną depresję. Wyżalę się, ponarzekam i mimo,  iż problemy nie znikną, to jednak jest mi lżej. Ale dość o tym.

 

Chcę Wam teraz opowiedzieć, Szanowni Tubywalcy o ostatniej niedzieli. Otóż szesnastego września w moim mieście odbył się Maraton MTB czyli Mistrzostwa Polski w maratonie na rowerach górskich. Trasa wiodła z centrum miasta wokół jezior, a zawodnicy (zawodowcy i amatorzy) startowali na trzech dystansach: „Mini” 40 km, „Medio” 74 km i „Grand Fonro” 108 km. Na dodatek w różnych kategoriach wiekowych. Ponieważ trasa była z natury rzeczy mocno rozciągnięta, więc zastanawiałam się, gdzie najlepiej mogę sie ustawić, żeby zrobić jakieś dobre zdjęcia. Na początek poszłam na wysoki wiadukt z dość stromym podjazdem. Wiedziałam, że na wirażu mogę złapać jakieś ciekawe ujęcia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy już wszyscy zawodnicy przejechali pobiegłam do Parku Hallera, żeby czekać na ich powrót na mecie. Nie chciałam fotografowac przy samej linii końcowej, tam była telewizja i masę zawodowych fotografów. Poszłam kawałek wcześniej i ustawiłam się około 100 metrów przed metą.  Fotografowałam kolejnych zawodników, między innymi Patryka Podgórskiego, który „w cuglach” wygrał dystans „Medio” z ponad sześciominutowym wyprzedzeniam. Na takim dystansie to spore osiągnięcie.

 

 

 

Zawodnicy dojeżdżali do końca mocno wymieszani, dobrze, że organizatorzy oznaczyli numery zawodników na poszczególnych dystansach różnymi kolorami numerów. W pewnym momencie zza zakrętu wyłonili się dwaj kolarze, pierwsi z grupy startującej na dystansie „Grand Fondo”, szli łeb w łeb, a właściwie koło w koło, gdy nagle...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wstrzymałam oddech, na szczęście nie zapomniałam wcisnąć spustu migawki. Wyglądało to groźnie, zawodnik  siedział oszołomiony na ziemi, to musiało boleć. Na szczęście, jakoś się zebrał, któryś z widzów przeskoczył barierki i popchnął rower chłopaka, tym sposobem dojechał do mety... niestety, jako drugi. Później się dowiedziałam, że zwyciężył Dariusz Batek, natomiast pechowym kolarzem był Wojciech Halejak. Szkoda chłopaka, ale taki też jest sport. Sto metrów do mety, jakiś zakręt, sczepienie rowerów i... bęc! Niemniej, zdjęcie, mówię tu o tym pierwszym, udało mi się zrobić. I z tego, co wiem, sa to jedyne zdjęcia kraksy... Koleżanka skomentowała, że faceci ścielą mi się do stóp... hmmmmmm

 

Z ciekawostek chcę jeszcze powiedzieć, że na dystansie 108 kilometrów startowała Joanna Jabłczyńska. Dla niezorientowanych, gra jedną z głównych rół w serialu „Na Wspólnej”. Ma dziewczyna zacięcie. Na dodatek ukończyła maraton w doskonałej kondycji i z uśmiechem na twarzy.

 

 

 

 

Zdjęć jest oczywiście o wiele, wiele więcej, ale przecież nie można przesadzać, prawda?

Idę teraz spać, może ranek przyniesie rozwiązanie, jak w bajkach, które czytałam w dzieciństwie. ,,,,, Dobrej nocym Najmilsi Tubywalcy, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Na czym...

poniedziałek, 10 września 2012 0:41

 

... to skończyliśmy? Aha, na moich planach wyprawy w poszukiwaniu mgieł ulotnych gdzieś tam, hen na polach i w lasach. Ponieważ zakończyłam pisanie dobrze po północy, więc stwierdziłam, że i tak nie opłaca się kłaść do łóżka... Coś tam pisałam, przeglądałam zdjęcia, Stary Zegar cierpliwie i jakże powoli odmierzał czas. Tak dotrwałam do trzeciej nad ranem. Jeszcze sprawdziłam sprzęt i stan naładowania akumulatorów (poprzednio mądra była Gosia po szkodzie, najważniejsze, że uczę sie na błędach... czasami!) . Tak się szykowałam, taka byłam podminowana, bo zatęskniłam troszkę za moimi przedświtowymi wyprawami i co? No, jakby to określić jednym słowem.... piiiiiiiiiiipippppppiiiiiiippppiiiiiiippppiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii... jak widzicie, słów znalazłam kilka. Nie chcąc ranić Waszych oczu wolałam te słowa po prostu wypikać! Co się bowiem okazało? Okazało się, że tam na wysokościach postanowili zraszacze odkręcić i podlać trochę biedną Ziemię. A tak prozaicznie określając.... zaczęło LAĆ JAK JASNA CHOLERA! I d...a zbita!  Cóż więc było robić? Położyłam się spać i tyle było z moich planów.  Wstałam tak gdzieś koło dziewiątej.... nadal było szaro i ponuro, więc włączyłam jakiś telewizor, jakąś pralkę... takie tam domowe zwyczajne sobotnie przedpołudnie.  Tu sprzątnęłam, tam nabałaganiłam... kocisko towarzyszyło mi cały czas, raczej przeszkadzając i plącząc sie pod nogami niż pomagając w czymkolwiek, leń patentowany! Własnie byłam w sypialni, gdy usłyszałam z dużego pokoju jakieś dziwne dźwięki wydawane przez Diesla... ni to parskanie, ni to warczenie... ki diabeł? Wybiegłam do przedpokoju i................... ziuuuuuuuuuuuuuuuuuu przejechałam się na pupie przez całą jego długość. Jeszcze kątem oka zobaczyłam kocisko, jak stoi na dywanie w dużym pokoju, jak na jakiejś wyspie bezludnej, przestępuje z łapki na łapkę cofając się przed... wodą! Rany Julek! Potop! Ale jak! I skąd? Szarpnięciem otworzyłam drzwi łazienki, a tam już dywanik udawał ponton, a przez próg  z cichym pluskiem rozlewał się strumyczek... co ja mówię... rzeka cała... Niagara albo co! Myśl kobieto nakazałam sobie surowo... najpierw wyciągnęłam wtyczkę od pralki z gniazdka po czym zakręciłam wodę. Działając całkowicie automatycznie chwyciłam moje śliczne białe ręczniki i zaczęłam je rzucać na podłogę... nasiąkały błyskawicznie, nie nadążałam ich wykręcać. W końcu, po jakimś kwadransie albo i dłużej zaczęłam opanowywać sytuację modląc się (no, czemu się dziwicie, czasami i ateistce się zdarza), żeby woda nie przeciekła do sąsiadów. To ci moi ulubieni, którzy remontowali mieszkanie prawie rok... chociaż, po roku to już powinni zacząć od początku? Odpukuję, odpukuję!!! No i w końcu zaczerpnęłam powietrza... nigdy nie sądziłam, że potrafię wstrzymać oddech na tak długo.  Powinnam zostać poławiaczką pereł, jak japońskie ama czyli kobiety-nurkowie.

 

Żartuję, rzecz jasna, ama wytrzymują pod wodą około dwóch minut. To bardzo, bardzo długo. I nie patrzmy tu na rekordy świata w nurkowaniu na bezdechu. To zupełnie inny temat. Kto z nas nie oglądał filmu „Wielki błękit”, w którym niezapomniane kreacje stworzyli Jean Reno i Jean-Marc Barr.  Filmu opartego zresztą luźno na historii życia Jacques’a Mayola i Enzo Majorki. Zresztą, jak się dowiedziałam, nurkowanie swobodne to nie jest tylko jedna kategoria. To nurkowanie z obciążeniem lub bez, a także pobijanie kolejnych rekordów w długości pozostawania pod wodą.  Rekord świata (chyba aktualny z 2009 roku) to 11:35... jedenaście minut trzydzieści pięć sekund i należy on do Francuza, bo jakżeby inaczej, Stephana Mifsuda. A wracając do japońskich poławiaczek pereł (wyławiają zreszta nie tylko perły), tradycja ta liczy sobie około 2000 lat. Kobiety wprawdzie pozostają pod wodą dwie minuty, ale podczas półtoragodzinnych sesji schodzą do wody nawet sześćdziesiąt razy. Czyli: zanurzenie – 2 minuty pod wodą – wynurzenie – złapanie oddechu i tak w kółko.  Niesamowite, jak niezmierzone możliwości ma ludzki organizm. Gdzie jest granica, poza którą człowiek już nie wkroczy. Przepraszam, złe pytanie. Czy jest w ogóle jakaś granica... ale to temat na całkiem inna dyskusję.

 

Ale właściwie, skoro już wywołałam temat przekraczania ludzkich możliwości, czy może mówimy tu o pokonywaniu własnych słabośc,i to nie moge nie wspomnieć o sukcesie naszych sportowców podczas londyńskiej Paraolimpiady. Po prostu... pojechali, walczyli, zwyciężyli. Pokonali nie tylko swoich rywali, ale równiez własne ograniczenia i słabości. Niesponsorowani, niedotowani ( a jeśli nawet to w śmiesznie małym stopniu), niehołubieni  przez media i sponsorów. Za  kilkakrotnie mniejsze pieniądze niż ich poprzednicy, z o wiele mniejszym i skromniejszym zapleczem trenersko-organizatorsko-rehabilitacyjnym, osiągnęli sukces, za który nasza kadra „pełnosprawnych” zawodników dałaby sie pewnie pokroić. Ciekawa jestem tylko, jak wygląda sprawa nagród finansowych dla zwycięzców? Czy ktoś wie coś na ten temat?  W sumie, troszkę żałuję, że nie pojechałam do Londynu w drugiej połowie sierpnia, ale kto mógł to przewidzieć?  Gdy usłyszałam „paraolimpiada” sądziłam, że to będzie taka sobie impreza... a to przecież bardzo poważne przedsięwzięcie..... Oczywiście, żadna ze stacji telewizyjnych u nas nie przeprowadzała transmisji, ani nie zorganizowała choćby bloków informacyjnych na zasadzie – nie ma sponsorów, nie ma czasu antenowego. A może właściciele stacji i ludzie nimi rządzący mają takie same poglądy, jak pewien (nielubiany zresztą przeze mnie)  „polityk” czy może raczej politykier, który stwierdził, że ludzie chca oglądać zdrowych, ładnych, silnych i mądrych. Za to angielska telewizja stanęła na wysokości zadania i na  wszystkich kanałach BBC, jak mnie poinformowano, można było oglądać transmisje z poszczególnych konkurencji, a także z rozpoczęcia i zakończenia Paraolimpiady.  Pozwolicie, Najmilsi Tubywalcy, że sama tu odpowiem na zadane wyżej pytanie o wartości olimpijskich i paraolimpijskich medali.  Za złoto 120 tys.zł / 18,400 zł.,  za srebro 90 tys.zł./ 13.800 zł.,  za brąz 50 tys.zł./9.200 zł. Te pierwsze kwoty dla "pełnosprawnych", a te drugie... dla tych drugich! Żenada... nawet nie stać było naszych władz sportowych, żeby „ładnie” zaokrąglić te kwoty, nie mówiąc już o proporcjach. 

 

Cóż, nie byłam na Paraolimpiadzie, natomiast zostało mi jeszcze trochę momentów do pokazania z Olimpiady 2012. Akurat znalazłam się w Hyde Parku, zupełnie przypadkiem i byłam świadkiem rywalizacji w pływaniu. Niestety, ponieważ byłam po drugiej stronie jeziora Serpentine i nie słyszałam żadnych zapowiedzi spikera więc nie mam pojęcia, jaki to był dystans, nie wiem, kto startował ani kto wygrał (nie rzucać proszę pomidorami w ekran komputera, szkoda monitora). Było to 3. sierpnia, to tak gwoli przybliżenia tematu. Teraz po prostu trochę obrazków i tyle.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zasłabł któryś z zawodników...

 

,,, i ratownicy sprawnie go wyłowili...

 

Zawodnikom towarzyszyli również ratownicy na deskach

 

Napis na czepkach "Say not to doping"... znaczenie jest jasne!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To taki ichni WOPR...

 

... ładny ten WOPR...

 

Tutaj natomiast wiem, co oglądałam. I kogo. Dzień 7. sierpnia przed Pałacem Buckingham. Triathlon, a ściślej jazda na rowerze na dystansie 40 km. Akurat przez Pałacem zawodnicy pokonywali pętlę,  bodajże trzykrotnie, by później ścigać sie na ulicach Londynu.  Przepraszam za jakość zdjęć, ale miałam troszkę mało komfortowe stanowisko, pod przedziwnym kątem i musiałam mocno wychylać się zza barierek, żeby cokolwiek sfotografować przez las rąk wyciągniętych w górę z aparatami fotograficznymi, o ostrzeniu mogłam zapomnieć! Niezaprzeczalnie natomiast atmosfera była kapitalna, ale to standart podczas tych igrzysk. No i wreszcie miałam polski akcent w postaci Marka Jaskółki. Nieważne, jakie miejsce zajął, ważne że wystartował i dotarł do mety. A przecież triathlonistów nazywa się „żelaznymi mężczyznami”.  I jeszcze jedno, z przyczyn technicznych zdjęcia na blogu są dość małe, mam mimo to nadzieję, że rozpoznacie naszego zawodnika... wielu, wielu innych miało bardzo podobne kolory strojów sportowych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z numerem 30 zwycięzca triathlonu Alistair Brownlee

 

Bracia Brownlee - pierwszy Alistair Brownlee (złoty medal) za nim Huszpan Javier Gomez (srebro) i Jonathan Brownlee (brązowy medal))

 

To tyle na dzisiaj, Mamy już poniedziałek, a ja znowu wampirzę. Czy ja kiedykolwiek położę się spać o „ludzkiej” porze? To było pytanie czysto retoryczne. Teraz już pa, pa.

 

A i jeszcze jedno zdjęcie, tym razem Marble Arch i maskotki Olimpiady Zimowej w Soczi  w 2014 roku. Jakoś mi się bardziej podobają od Wenlocków... ale cóż, o gustach się (ponoć) nie dyskutuje!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

O czasie...

czwartek, 06 września 2012 23:05

 

... napisałam już tak wiele, że nawet mi sie nie chce wracać do tego tematu. Czas, jak sami pewnie wiecie, Szanowni Tubywalcy, ma swoje ograniczenia i za jasną Anielkę nie chce się rozciągać w nieskończoność. No i, co za tym idzie, ciągle mi go brakuje. Chociaż, tak Bogiem a prawdą, zdarza mi sie marnotrawić czas bezsensownie. Niestety, również bezpowrotnie. Ale na szczęście mam tez takie momenty, gdy udaje mi się pokonać własne słabości (czytaj: lenistwo) i usiąść do pisania.

 

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, w ostatnią sobotę wybrałam się do Żarek, a ściślej mówiąc do Żarek Letnisko na imprezę pod tajemniczym tytułem "Imieniny Hrabiny". Kompletnie nie miałam pojęcia, czego mam się spodziewać, na dodatek pogoda była mocno niepewna, więc ubrałam się na „sportową cebulkę”, spakowałam sprzęt  i wyruszylimy. Właśnie, tutaj muszę sprecyzować owo „śmy”. Otóż, wyjazd był zorganizowany przez Towarzystwo Przyjaciół Dąbrowy Górniczej, a ja „załapałam się” przy okazji i po znajomości. Sprawczynią tego  była moja cioteczna Siostra, która działa „wszędzie”, równiez i w Towarzystwie. Tyle tytułem wprowadzenia. W każdym razie, dojechaliśmy na miejsce. Okazało się, że impreza jest już cykliczna i z każdym rokiem bardziej okazała.  Pierwszym punktem programu było przejście orszaku imieninowego.  A właście, imieniny tytułowej Hrabiny. Chodzi tu o hrabinę Stefanię Raczyńską, żonę wnuka Zygmunta Krasińskiego,  właścicielkę dóbr ziemskich, między innymi Złotego Potoku i Żarek. Była ciekawą osobą, wyemancypowaną i mądrze gospodarującą na swoim terenie. Dużo dobrego zrobiła dla mieszkańców, stąd pozostała  w pamięci ludzi jako wyjątkowa kobieta. I stąd pomysł na urządzanie co roku jej imienin.  Wracając do orszaku. Orkiestra dęta, kolaski, powozy, wozy drabiniaste, jeźdźcy konni i amazonki. A wszyscy uczestnicy w strojach z epoki... no, powiedzmy z przełomu XIX i XX wieku. Ależ miałam radochę! Wchodziłam w kolorowy tłum, przemykałam bez mała pod końskimi brzuchami, dreptałam tyłem, żeby zrobić ujęcia „od czoła”, róznocześnie uważając, żeby nie wdepnąć w „pamiątki”, jakie zostawiały na jezdni konie. Chociaz to ponoć szczęście przynosi, ale byłoby co najmniej zabawnym, gdyby kobitka z aparatem w garści nagle wyłożyła się po poślizgu na końskim łajnie (nie bójmy sie tego słowa!).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W końcu orszak dotarł do leśnego amfiteatru, gdzie zaczęło się prawdziwe świętowanie. Czego tam nie było! Życzenia dla Hrabiny, ogromny tort w ksztacie błękitnego kapelusza z czerwonymi różami (!), szampan dla wszystkich (dosłownie!!!), a było tych wszystkich kilkaset osób. Później był koncert pani Marii Meyer, aktorki z chorzowskiego Teatru Rozrywki. Świetna artystka, niesamowity głos, interpretacja piosenek Hanki Ordonówny kapitalna. Poza tym wdzięk i charyzma, a przede wszystkim niezwykły kontakt z widzami. 

 

 

 

 

 

 

A później... później zaczęła się dyskoteka.  I ja tam byłam, i tańczyłam, przy okazji, tak „mimochodem” robiąc zdjęcia.  Uffffff... wiecie, co stwierdziłam, Najmilsi Tubywalcy? Otóż kondycja u mnie raczej mizerna... przy lambadzie jeszcze dawałam radę, ale już macarena to był nie lada wysiłek, o czerwonych koralach.... koralach z polnej jarzębiny... nawet nie wspominając. Na szczęście, organizatorzy zrobili mały przerywnik w postaci bum-bumów czyli pokazu sztucznych ogni nad wodą. Oj, ślicznie było bardzo!

 

 

 

 

 

Rozpisałam się troszkę rozwlekle na temat sobotniej imprezy, bo jestem pod wrażeniem. Ktoś miał pomysł, który z rozmachem zrealizowano. Wciągnięto w całe to przedsięwzięcie mieszkańców, ludzkośc się bawiła, aż miło!  A, nie dodałam jeszcze, że rolę Hrabiego udanie odegrał burmistrz miasta Żarki. Widać, że władzy korona (w łaściwie to cylinder) z głowy nie spadła podczas zabawy.  Wróciłam w nocy, zmęczona ale jednak zadowolona, że dałam sie namówić na wyjazd. Z reguły tak jest, że imprezy nieplanowane, tudziez organizowane spontanicznie udają sie najlepiej.

 

To tyle na temat Imienin Hrabiny. Teraz chciałabym jeszcze wrócić (oj, te powroty) do Londynu, a konkretnie do fotografki w Londynie. Z reguły podczas wycieczek mam pewien problem. Otóż mało mnie na zdjęciach. Łapki mam nie za długie, więc robienie autoportretów w zatłoczonych miejscach jest niemożliwe, a statywu ustawić sie nie da. Proszę więc z reguły przypadkowych przechodniów o zrobienie mi zdjęcia. Efekty bywaja różne. Na szczęście nikt mi głowy nie uciął. Ani aparatu mi nikt nie buchnął. Są jednak uczciwi ludzie na tym świecie. Teraz więc efekt takich właśnie działań czyli... Gosia na londyńskim bruku (i nie tylko).

 

 

Nie ma to, jak uzbrojeni po zęby faceci...

 

... no właśnie...

 

... a to jakiś Duńczyk spotkany w duńskim centrum olimpijskim... zacieśnialiśmy przyjaźń polsko-duńską, jak widać...

 

... a to Wenlock czyli maskotka olimpijska... przedziwna, na początku miałam mieszane uczucia, później ją (go?) polubiłam...

 

... tutaj też z Wenlock'iem...

 

.... Hyde Park...

 

... Serpentine w Hyde Parku... tutaj odbywały się konkurencje pływackie, które pokażę w kolejnym "wejściu"...

 

... j.w...

 

... w tle Tower Bridge olimpijski...

 

... facet dla mnie... może niekoniecznie zakuty łeb, ale nerwy ze stali musi mieć koniecznie...

 

... z Greenwich widok na Canary Wharf...

 

... Horse House czyli Camden...

 

... już pusto... jedna z bram do wioski olimpijskiej...

 

... platforma widokowa w Westfield...

 

Jasny gwint! Opanowuję się wysiłkiem woli, żeby nie kląć w żywy kamień! Znowu nie udaje mi się umieścić zdjęć! Trafia mnie... już nie powiem co! Zdjęcia będa. Spróbuję później, a jeśli nie, to dopiero rano! Alez jestem wściekła. Nie znosze takich sytuacji! Pa, pa.

 

 

PS. Jak widać z powyższego w końcu, po upływie doby, udało się "wrzucić" zdjęcia... nie będę tego komentować... pa, pa

 

PS2. Rano wybieram się przed piątą na polowanie na mgły.. trzymajcie kciuki, proszę :)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 585  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554585

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl