Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Poranne...

wtorek, 23 września 2014 0:00

 

 

... przebudzenie, szybkie spojrzenie na zegar... jeszcze nie ma szóstej. O rany, znowu poniedziałek. Trudno, trzeba wstawać. Czuję się, jakbym była na karuzeli.  Może zadzwonię, poproszę o urlop na telefon?  Nie, dzisiaj nie mogę! Jejku... czas się ubierać! Jeszcze herbata, garść tabletek i można zakładać buty.  Koty spokojnie rozłożyły się na łóżku zajmując sprytnie miejsce wygrzane przeze mnie.  I nagle myśl, jak błyskawica!  Przecież jeszcze nie było wielkiego finału Mistrzostw Świata w Siatkówce! Dlaczego tego nie obejrzałam? Bo jest niedziela? O kurdę! Jest NIEDZIELA!!! I tym sposobem, po porannym stresie nagle przyszło uspokojenie. Mogę wrócić w jeszcze ciepłą pościel (przepraszam, chłopaki, ale proszę zrobić mi miejsce!). Patrzę przez okno... mgła i deszcz!  Zasypiam i śnię!  Jestem w... Lizbonie! Nie dziwi mnie to wcale, przecież śnię! W moim śnie zaczepiam kogoś, bo czuję się zagubiona. Mężczyzna pokazuje mi Lizbonę. Wędrujemy wąskimi uliczkami, robię zdjęcia. Nagle, jak to we śnie znajduję się na wysokim betonowym nabrzeżu nad oceanem. Jestem zawieszona w przestrzeni. Nieopodal przejeżdża na rowerze dziwny portugalski kogut skonstruowany ze stalowych prętów.  I jakoś mnie to nie dziwi! I wiecie co, Szanowni Tubywalcy? Lizbona jest magiczna! To chyba następny punkt na mojej liście marzeń. Zabawne, mam taką swoją prywatną listę. Tylko jak mam ją zrealizować, skoro wciąż dopisuję kolejne punkty?

 

 

Kolejny tekst miał być o Szkocji.  Będzie, później. Teraz chciałabym pokazać Wam coś interesującego.  Otóż, w piątek wyszłam wcześniej z pracy.  To pozytywna strona dyżurów, które później można odbierać.  Ponieważ weekend miał być bardzo ładny, skorzystałam z okazji i wybrałam się na Jurę Krakowsko-Częstochowską.  Trafiłam do Morska.  Interesujące miejsce z ruinami zamku Bąkowiec, prawdopodobnie z XIV wieku. Niestety, kolejne współczesne przebudowy, dobudówki i fakt, że zamek stoi na terenie ośrodka wypoczynkowego spowodowały, że zamek nie robi zbyt korzystnego wrażenia. Niemniej kilka zdjęć udaje mi się zrobić. Szkoda, że nie można wejść na mury, a jedynie obejść zamek wokoło po wytyczonej ścieżce. Najważniejsze, że pogoda jest idealna – błękitne niebo z pierzastymi białymi chmurkami. Istny landszaft.

 

 

 

DSC09551.JPG

 

 

DSC09552.JPG

 

 

DSC09554.JPG

 

 

DSC09559.JPG

 

 

DSC09564.JPG

 

 

DSC09569.JPG

 

 

Nieopodal zamkowych ruin można wypożyczyć rowery i pojeździć po jurajskich szlakach. Zimą działa wyciąg narciarski i może właśnie z tego powodu zostały skonstruowane z nart dwie zabawne ławeczki. Spodobały mi się, są oryginalne i kolorowe.

 

 

DSC09574.JPG

 

 

Jedziemy w kierunku Podlesic.  Nagle po lewej stronie na tle nieba wyrasta Okiennik Wielki zwany również Dużym lub Skarżyckim. Pytamy tubylców o drogę. Można przejechać między polami utwardzoną drogą. Jedziemy.  Wrażenie jest niesamowite. Grupa wyniosłych wapiennych skał wynosząca się ku niebu pionowymi ścianami. W najwyższej z nich widać owalny otwór o średnicy około pięciu do siedmiu metrów.  Wychodzimy na wzniesienie, z którego „okno” widać najlepiej. Robi wrażenie. Niestety, tutaj też byli jacyś domorośli pacykarze, którzy pozostawili po sobie ślady w postaci rysunków... kurczę, jaskiniowcy chyba? Przynajmniej jeśli chodzi o poziom umysłowy.  Wędrujemy przez wąskie przesmyki między skałami, pod kamiennymi nawisami. Patrzę w górę. Tuż nad moją głową zaklinowane od milionów lat ogromne głazy... mam  nadzieję, że wytrwają w tym położeniu jeszcze te parę minut nim nie przejdę pod nimi.  Nagle, w pamięci pojawia mi się temat grany na fletni pana.  No tak, muzyka z filmu Petera Weira „Piknik pod wiszącą skałą” w wykonaniu Gheorghe Zamfira . Przez moment czuję się dziwnie, a po głowie „chodzą” mi opowieści o niewyjaśnionych tajemnicach i  zaginionych dziewczętach. Czas okiełznać moją zbyt wybujałą wyobraźnię. 

 

 

 

DSC09642.JPG

 

 

DSC09638.JPG

 

 

DSC09589.JPG

 

 

DSC09608.JPG

 

 

DSC09611.JPG

 

 

DSC09623.JPG

 

 

DSC09625.JPG

 

 

DSC09628 b.JPG

 

 

Ze wzniesienia rozciąga się nieprawdopodobny widok na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Zapiera dech w piersiach. Piękno w najczystszej postaci!

 

 

 

DSC09593 b.JPG

 

 

DSC09594.JPG

 

 

DSC09595 b.JPG

 

 

Ciekawe, u podnóża Okiennika Wielkiego stoi zapomniana chałupka z kamienia i drewna. Obrośnięta dzikim winem, z drewnianym uroczym gankiem i maleńkimi okienkami. Podobno można ją wynająć i spędzić czas bez prądu, z kaflowym piecem... przenieść się w czasie. Może kiedyś...?

 

 

 

DSC09634.JPG

 

 

DSC09633.JPG

 

 

DSC09635.JPG

 

Niestety, to już koniec wędrówki po Jurze. Po gwiaździstej nocy sobotni poranek powitał nas  deszczem i mgłą. Nici z wędrówek po niezwykłych miejscach, nici z fotografowania. Czas wracać do domu. Tym razem mam ze sobą również kilka zdjęć mojej skromnej osoby.  Z reguły nie ma mnie na zdjęciach chyba, że w odbiciu w jakiejś szklanej powierzchni.

 

 

 

DSC09627.JPG

 

 

DSC09628.JPG

 

 

DSC09629.JPG

 

 

DSC09630.JPG

 

 

DSC09631.JPG

 

 

DSC09632.JPG

 

 

DSC09618.JPG

 

 

DSC09619.JPG

 

 

DSC09620.JPG

 

 

A wracając do wspomnień z wakacji.  Piszą się... i będą w następnym odcinku.  Jeszcze trochę Szkocji, dużo kolorowego Londynu, czyszczenie Big Bena i niezwykłe londyńskie cmentarze. Wszystko po kolei, Najmilsi Tubywalcy. Teraz miłych jurajskich wrażeń przed snem!

 

 

Ach, byłabym zapomniała. Kilka słów o moich kotowatych. Mają się świetnie! Najzabawniejsze, a może najgorsze jest to, że przetrwałam zdzieranie tapet ze ścian przez Diesla i miałam nadzieję, że wreszcie moje mieszkanie będzie wyglądało porządnie. Niestety, Rudencjusz odkrył tę zabawę. Bo to tak fajnie jest, gdy się  wczepiasz pazurkami w tapetę, a później ziuuuuu w dół... pańcia krzyczy i goni winowajcę po mieszkaniu ze ścierką, a ze ścian zwisają takie zabawne serpentynki!!! Sama radość, prawda? Na szczęście, pańcia jest oazą spokoju (no, prawie!)... i tym zrelaksowanym akcentem, pa, pa!

 

 

 

DSC09571.JPG

 

 

DSC09577.JPG

 

 

DSC09592.JPG

 

 

DSC09595.JPG

Rudencjusz od frontu i...

 

 

DSC09593.JPG

... od zaplecza :)

 

DSC09600.JPG

 

 

DSC09602.JPG

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Dunfermline...

czwartek, 18 września 2014 0:50

 

 

... niezwykłe, urocze miasteczko, którego powstanie tonie w mrokach przeszłości. Kiedyś historyczna stolica Szkocji, dzisiaj piękne, z prawie pięćdziesięcioma tysiącami mieszkańców miasto, pełne zabytków i śladów dawno przebrzmiałych pokoleń. To tutaj rodzili się królowie i królowe, to tutaj znalazł miejsce swego spoczynku król Robert I Bruce (Robert VIII de Bruce) panujący w latach 1306 – 1329.  Ach, gdyby te kamienie umiały mówić... opowiedziałyby o walkach, zakulisowych knowaniach, zdradach i sojuszach. O kolejnych żonach i kochankach, o potomkach z prawego i nieprawego łoża, którzy zostawali kolejnymi królami i królowymi.  Historia Szkocji pełna jest takich bohaterów, których dopiero historia pozwoliła ocenić, chociaż nie zawsze jednoznacznie.  Chodzę wokół szarych murów, wchodzę w cień kamiennych bram o wysokich łukach, nade mną wznosi się imponująca bryła Dunfermline Abbey czyli założonego w 1070 roku opactwa, którego wieżę zdobi kamienny napis KING ROBERT I BRUCE.  Przy jego murach niewielki malowniczy cmentarz pełen pochylonych kamiennych nagrobków z tradycyjnymi epitafiami...Tuż obok szczerzą zęby kamienne ruiny dawnego pałacu królewskiego. Mimo zniszczeń robi wrażenie, zadziwia mnie kunszt dawnych budowniczych.  Pada lekki deszczyk, kryjemy się pod kamiennym łukiem, może przejdzie? I faktycznie, już kilka minut później zza chmur wychyla się Słońce. 

 

 

DSC09417.JPG

 

 

DSC09421.JPG

 

 

DSC09422.JPG

 

 DSC09816.JPG

 

 

DSC09428.JPG

 

 

DSC09431.JPG

 

 

DSC09431.JPG

 

 

DSC09433.JPG

 

 

DSC09461.JPG

 

 

DSC09833.JPG

 

 

DSC09434.JPG

 

 

DSC09435.JPG

 

 

DSC09436.JPG

 

 

DSC09438.JPG

 

 

DSC09445.JPG

 

 

DSC09446.JPG

 

 

DSC09450.JPG

 

 

DSC09451.JPG

 

 

DSC09452.JPG

 

 

Idziemy w kierunku parku Pittencrief.  To jeden z najbardziej znanych w Szkocji parków miejskich.  Co najciekawsze, 76 akrowy teren podarował miastu w 1902 roku  Andrew Carnegie – amerykański przemysłowiec i filantrop szkockiego pochodzenia urodzony w Dunfermline w 1835 roku. Zaczynał od pracy w przędzalni bawełny, a pod koniec życia posiadał majątek oceniany na około 300 miliardów dolarów (przeliczając według dzisiejszej wartości pieniądza).  Zapewne każdy słyszał to nazwisko, kto nie zna nazwy Carnegie Hall, słynnej sali koncertowej w Nowym Jorku. Społecznik i wytrawny biznesmen był przeciwnikiem powszechnie rozumianej dobroczynności, nie rozdawał więc pieniędzy, a zdobyty majątek przeznaczał na zakładanie szkół, bibliotek i obiektów użyteczności publicznej. Był propagatorem nauki i rozwoju świadomości społecznej. Nie dziwi więc fakt, że swoją posiadłość w Dunfermline zapisał społeczeństwu.  I stało się zgodnie z jego wolą. Park jest przepiękny, rocznie odwiedza go około 750 tysięcy osób. W niezwykle skromnym  (jak na bogactwo Carnegie’go) domu znajduje się teraz muzeum upamiętniające jego życie.

 

 

DSC09474.JPG

 

Pomniki, fontanny, rozległe połacie zielonych trawników, boiska i ustronne czarowne wąwozy... na ten parki trzeba byłoby przeznaczyć co najmniej kilka dni, a nie zaledwie godzinkę lub dwie!

 

 

DSC09887.JPG

 

 

W prześwicie pomiędzy drzewami widzę skupisko ludzi. Mimo wciąż powracającego deszczu i chłodu w parku odbywają się tradycyjne zawody... potężni faceci w spódniczkach rzucają sporymi kamieniami, młotem... niestety, nie rzucają kłodą drewna,  a szkoda, bo miałabym ciekawe zdjęcia. Ale i tak kilka ująć udaje mi się zrobić.  Rozglądam się wokół... sporo osób ubranych jest w tradycyjne szkockie stroje. I nie mówię tu tylko o muzykach lub tancerkach. Również wśród widzów zauważam sporo kiltów.  Bardzo mi się to podoba. Chociaż, jakby to ująć, niektóre Szkotki prezentują się w tradycyjnych strojach dość  potężnie. Czyżby to były kulomiotki? Za to nie mogę się napatrzeć na potężnego bębniarza. Ma doprawdy imponująca posturę. Zresztą, zespół gra naprawdę dobrze. Niestety, robi się coraz chłodniej, idziemy więc na obiad do pobliskiej restauracji. Patrzę przez okno... po kwadransie chmury znów gdzieś znikają i świat rozświetla się słonecznymi refleksami.  No cóż, pogoda w szkocką kratkę... jak tradycja, to tradycja!

 

 

 

DSC09896.JPG

 

 

DSC09898.JPG

 

 

DSC09902.JPG

 

 

DSC09918.JPG

 

 

DSC09919.JPG

 

 

DSC09924.JPG

 

 

DSC09931.JPG

 

 

DSC09932.JPG

 

 

DSC09934.JPG

 

 

DSC09938.JPG

 

 

DSC09941.JPG

 

 

DSC09945.JPG

 

 

DSC09953.JPG

 

 

DSC09987.JPG

 

 

DSC09995.JPG

 

 

Opuszczamy park i kierujemy się do centrum miasteczka. Tradycyjne, szare, kamienne mury kościołów i starych budynków. Przepiękny obelisk zwieńczony  figurą baśniowego stworzenia... smoka? jednorożca? Trudno powiedzieć, niemniej  stworzonko mi się podoba. O, tutaj też są nasi... White eagle czyli Biały orzeł. Powiedzcie mi, gdzie nas nie ma?

 

 

DSC00011.JPG

 

 

DSC09806.JPG

 

 

DSC03223.JPG

 

 

DSC03227.JPG

 

 

DSC03230.JPG

 

 

DSC09483.JPG

 

 

DSC09484.JPG

 

 

DSC09826.JPG

 

 

DSC09830.JPG

 

Czas na nas, zmierzamy więc  na parking, gdzie zostawiliśmy samochód. Kątem oka dostrzegam jakiś ruch... na schodach  stojącego nieopodal domu jakiś dziwny człowiek w kilcie udaje... Bruce’a  Lee. Szczerze? Wygląda to co najmniej zaskakująco, żeby nie powiedzieć komicznie...  jedno, dwa ujęcia i opuszczamy Dunfermline. 

 

 

 

DSC09487.JPG

 

 

DSC09488.JPG

 

 

Kierujemy się do Oueensferry, niewielkiego miasteczka, przez miejscowych zwanego po prostu Ferry czyli „prom”. Nazwa ta ma swoje uzasadnienie. Do roku 1964, kiedy otwarto most drogowy przez Firth of Forth na drugą stronę zatoki można się było przeprawić jedynie promem. Pełna nazwa oznacza Prom Królowej dla upamiętnienia ostatniej podróży świętej Małgorzaty Królowej Szkocji, dzięki której powstała przeprawa promowa dla pielgrzymów udających się do St Andrews.  Na takim właśnie promie odbyła swą ostatnią podróż po śmierci w 1035 roku do Dunfermline Abbey, gdzie została pochowana.  Teraz promy w dalszym ciągu kursują, ale dowożą pasażerów na wyspy znajdujące się na zatoce. Kierujemy się nad zatokę, nad którą góruje imponujący stalowy most kolejowy  Forth Bridge (The Forth Rail Bridge).  Niesamowite są maleńkie domki rybackie w cieniu czerwonego olbrzyma łączącego Północne i Południowe Queensferry.  Most otwarto w 1890 roku, a koszt jego budowy wyniósł 15 milionów dolarów. Konstrukcja wznosi się na wysokość 46 metrów nad poziomem wody i ma długość 1200 metrów. Najdłuższe, środkowe przęsło ma rozpiętość 520 metrów. Do 1918 roku, kiedy otwarto most w kanadyjskim Quebecku  o długości przęsła 549 metrów i wysokości 104 metrów most Firth of Forth był rekordzistą, jeśli chodzi o długość przęsła. Na szczęście, przy budowie mostu Firth of Forth nie doszło do tragedii, jaka miała miejsce w Kanadzie, gdzie podczas budowy konstrukcja zawaliła się zabierając życie około 100 pracownikom, a sama budowa trwała prawie dwadzieścia lat. Ze względu na wcześniejszą tragedię, która związana była z zawaleniem się mostu nad Firth of Tay, który skręcił się pod wpływem gwałtownego wiatru i zawalił pociągając za sobą 75 ofiary zrobiono wszystko, żeby stalowa konstrukcja wytrzymała najsilniejsze obciążenia. Do budowy mostu użyto  54 tysiące ton stali, 177 tysięcy ton granitu, kamienia i betonu, 21 tysięcy ton cementu i prawie 7 milionów nitów.Imponujące!  Do budowy potężnych podpór użyto również elementów rurowych, przy czym średnica niektórych rur jest tak duża, że zmieściłby się w nich pociąg. Jestem pełna podziwu dla twórców tego mostu - architektów Benjamina Bakera i Johna Fowlera oraz setek bezimiennych budowniczych, którzy ryzykowali własnym zdrowiem i życiem dla stworzenia tej konstrukcji.  Ale, że gusta są różne, chciałabym zacytować Williama Morrisa - dziewiętnastowiecznego angielskiego malarza, rysownika, architekta, pisarza  i poety, który powiedział, że most ten to "największy okaz brzydoty".

 

 

 

DSC03244.JPG

 

 

DSC03240.JPG

 

 

DSC00078.JPG

 

 

DSC00075.JPG

 

 

DSC00028.JPG

 

 

DSC03251.JPG

 

 

DSC03258.JPG

 

 

DSC03261.JPG

 

 

DSC03269.JPG

 

 

Paul, który doskonale zna te tereny prowadzi nas na wysoki brzeg wznoszący się kilkadziesiąt metrów nad taflą Firth of  Forth. Niesamowity widok na zatokę i znajdujące się na niej wysepki.  Po lewej Inchcolm Island z ruinami opactwa czy może raczej  klasztoru, na środku Inchmickery, a po prawej Cramond Island. W głębi, w leciutkiej mgiełce majaczy Inchkeith. Niezwykłe wrażenie, zupełnie jakbym była zawieszona w błękicie nad wodami zatoki. Mając w pamięci niedawne wypadki osunięć wysokich klifów nie podchodzę na sam brzeg... takiego upadku najprawdopodobniej bym nie przeżyła.  Chyba się starzeję... Wykorzystuję piękne światło i robię kolejne zdjęcia.

 

 

 

DSC03276.JPG

 

 

DSC00023.JPG

 

 

DSC00025.JPG

 

 

DSC00030.JPG

 

 

DSC00033.JPG

 

 

 

 DSC00048.JPG

 

 

DSC00063.JPG

 

 

DSC00066.JPG

 

 

DSC03275.JPG

 

 

DSC03276.JPG

 

 

DSC03278.JPG

 

 

DSC03286.JPG

 

 

DSC03282.JPG

 

 

DSC03284.JPG

 

 

Piękne miejsce, aż dziw, że oprócz nas nikogo tutaj nie ma! Ale to dla mnie lepiej, dla tego zakątka również.  Za moimi plecami wznosi się dalsza część klifu. Na samym szczycie... dom ze szkła i stali. Ależ ktoś sobie wybrał miejsce do zamieszkania!!! A jakie musi mieć wschody Słońca!  Zastanawiam się, ile musiała kosztować ta inwestycja...  a właściwie, może lepiej się nie zastanawiać? 

 

 

 

DSC09501.JPG

 

 

Robię jeszcze kilka zdjęć i czas wracać do Edynburga.  Głowę mam pełną obrazów... jakże się cieszę, że mogłam zobaczyć te miejsca. Żal jedynie, że tak mało mam czasu na Szkocję. Może kiedyś tu wrócę? Przecież czeka na mnie Loch Ness, zamki w górach, w tym sławny Stirling Castle i wiele, wiele innych atrakcji.  No, ale nie czas teraz się jeszcze żegnać ze Szkocją.  Jeszcze pozostało trochę czasu na zwiedzanie Edynburga... ale to w kolejnej odsłonie. Teraz jeszcze zdjęcie Asi i Paula, to przecież dzięki nim miałam okazję odwiedzić Szkocję. Takie uśmiechy rozjaśniają świat, prawda? Dobrej nocy, Najmilsi Tubywalcy, pa, pa.

 

 

DSC09864.JPG

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wędrówek...

czwartek, 11 września 2014 11:00

 

 

... po Edynburgu ciąg dalszy czyli pozostajemy na Royal Mile, gdzie kłębi się tłum... artystów i turystów.  Jak wcześniej wspomniałam, można tu spotkać aktorów,  piosenkarzy,  mimów, przebierańców i akrobatów. Każdy ma swoją przestrzeń, każdy tworzy swoją sztukę, każdy ma swój własny przekaz, którym chce się podzielić z innymi.  Panuje miły gwar, z którego co i rusz wybija się jakiś okrzyk bądź słowa piosenki. Poruszam się powoli, mam wrażenie, że moja głowa potrafi obracać się o 360 stopni. Tyle wokół się dzieje.

 

 

DSC03031.JPG

 

 

DSC09634.JPG

 

 

DSC09648.JPG

 

 

DSC09708.JPG

 

 

DSC09712.JPG

 

 

DSC09713.JPG

 

 

DSC09715.JPG

 

 

DSC09718.JPG

 

 

DSC09720.JPG

 

 

DSC09723.JPG

 

 

DSC09725.JPG

 

 

DSC09728.JPG

 

 

DSC09729.JPG

 

 

DSC09732.JPG

 

 

DSC09735.JPG

 

 

DSC09740.JPG

 

 

DSC09743.JPG

 

 

DSC09745.JPG

 

 

DSC09786.JPG

 

 

 Zatrzymuję się przy mężczyźnie ubranym w tradycyjny kilt, którego twarz pomalowana jest w niebieskie pasy na wzór bohatera granego przez Mela Gibsona czyli Williama Wallace’a, zwanego Bravehearth – Waleczne Serce. Mężczyzna jest zabawny, rozmawia z tłumkiem skupionym wokół niego, pozuje z uśmiechem do zdjęć z dzieciakami i dorosłymi. Podoba mi się jego energia. Na dodatek, cel jest szczytny, bo wszystkie datki zbierane są na walkę z białaczką. Dodaję swój grosik, za co otrzymuję przemiły, niebieski uśmiech. Później, wieczorem w rozmowie z Paulem dowiaduję się, że Szkoci nigdy nie malowali twarzy na niebiesko. Taki kolor został wykorzystany w filmie... może lepiej wyglądał na ekranie? Poza tym, biały i niebieski to kolory szkockiej flagi, więc w tym przypadku są jak najbardziej na miejscu.

 

 

 

DSC03057.JPG

 

 

DSC09702.JPG

 

 

DSC09705.JPG

 

 

DSC09706.JPG

 

 

Wędruję dalej, mijam ogromną kamienną katedrę, to St Giles’ Catedral. Drzwi zachęcająco otwarte, postanawiam więc zajrzeć do środka. Przepiękne wnętrze, wysokie sklepienia i strzeliste okna wypełnione kolorowymi witrażami. Wokół mnie rozbrzmiewa muzyka fortepianowa. Akurat trafiłam na koncert szwajcarskiego pianisty i kompozytora Juliana Layn’a. Przysiadam na krześle, przymykam oczy i słucham... muzyka wznosi się pod sklepieniem, rozbrzmiewa wokół mnie i we mnie. Czysta magia...

 

 

 

DSC03070.JPG

 

 

DSC03071.JPG

 

 

DSC03073.JPG

 

 

Na jednym z rogów instaluje się starszy czarnoskóry mężczyzna... zatrzymuję się i czekam. Jakoś mam wewnętrzne przekonanie, że usłyszę dobrą muzykę... i zrobię dobre zdjęcia.  Po kilku minutach otrzymuję odpowiedź. Facet jest świetny. Jego wersja „Blowing in the Wind” Boba Dylana powala mnie swoją ekspresją i pięknem. To nie jest tak, że znane utwory jest łatwo zaśpiewać. Jest trudniej zaśpiewać je tak, żeby nie były zwykłą kopią, ale niosły w sobie własny przekaz i osobiste emocje wykonawcy.  Patrzę na plakat obok śpiewaka... Phil Gray – MUSIC MAN z Lincoln UK. Uśmiechamy się do siebie, odchodzę powoli, a za mną niosą się dźwięki muzyki...

 

 

 

DSC09761.JPG

 

 

DSC09764.JPG

 

 

DSC09772.JPG

 

 

DSC09777.JPG

 

 

Skądś dochodzi rytmiczny dźwięk bębenków i piszczałek... jakieś chińskie klimaty... rozglądam się i widzę... na niewielkiej scenie maleńka śliczna Chinka tańczy wtórując sobie na bębenku. Jest wdzięczna, gibka... taka mała laleczka z chińskiej porcelany. Rozglądam się wokół i widzę uśmiechy na twarzach widzów... nie tylko mnie się podoba występ...

 

 

 

DSC09749.JPG

 

 

DSC09754.JPG

 

 

Tyle jeszcze do obejrzenia, niestety moje plecy potrzebują jakiegoś oparcia. A tu niezwykły spektakl czyli dwóch „strażaków” na wysokich drabinkach z płonącymi pochodniami... są zabawni, świetnie wytrenowani, zsynchronizowani  i przystojni. Tłum jest zachwycony, ja też.

 

 

 

DSC09655.JPG

 

 

DSC09662.JPG

 

 

DSC09673.JPG

 

 

DSC09676.JPG

 

 

DSC09677.JPG

 

 

O, a to co? Czyżby to byli Maorysi? Skąd tutaj Maorysi! To są ci od takiego rytualnego tańca polegającego na potrząsaniu dłońmi, wybałuszaniu oczu i wywalaniu języków na całą długość. Tak wyglądają tańce wojenne, które miały za zadanie odstraszać wrogów. Szkoda, że tutaj pozują do grupowego zdjęcia, a nie pokazują przerażających min. Dopiero miałabym ujęcia!!! „Moich” Maorysów zobaczyłam ponownie w Londynie, na ekranie telewizora, gdy oglądałam relację z parady orkiestr wojskowych Commonwealth’u czyli Wspólnoty Narodów, do której należy również Nowa Zelandia. Parada ta odbywała się na dziedzińcu Zamku w Edynburgu późnym wieczorem w sobotę.

 

 

 

DSC09679.JPG

 

 

DSC09680.JPG

 

 

Wracam autobusem do Leith. Naprawdę koszmarnie bolą mnie plecy. Muszę się położyć chociaż na chwilę tym bardziej, że zapowiada się piękny zachód Słońca, a mnie się marzy sfotografowanie jednej z latarń morskich na nabrzeżu w Leith. Po krótkim wypoczynku idę więc spacerkiem w kierunku latarni.  Jest pięknie, jakiś Japończyk zarzuca cierpliwie, raz za razem wędkę... czyżby miał nadzieję na marlina? Zresztą i tak, nawet gdyby cokolwiek złowił, musiałby wpuścić zdobycz z powrotem do wody. Tutaj nie wolno zabierać do domu złowionych ryb... łowi się wyłącznie dla sportu, no, ostatecznie można zdobyczy zrobić zdjęcie. Podobnie, jak z grzybami... chcesz zjeść rybkę? To se w sklepie kup! Powoli Słońce zniża się ku widnokręgowi. W oddali widać słynny żelazny most kolejowy nad zatoką. Nad wzgórzami widocznymi na drugim brzegu pada deszcz... mam nadzieje, że nie dotrze tutaj. Robię kolejne zdjęcia, gdy ktoś mnie zaczepia. Duża Szkotka, z lekka pachnąca piwem i z lekka zawiana. Natomiast niezwykle przyjazna... Jasny gwint! Rozmawia ze mną, właściwie nie oczekując odpowiedzi, wystarcza jej chyba moje „mhm” co jakiś czas... i tak przez ponad pół godziny.  Szczerze? Rozumiem z tego jej monologu może jedną czwartą. Na szczęście, „rozmowa” nie przeszkadza mi w fotografowaniu wciąż zmieniających się obrazów. Szkotce to nie przeszkadza, a nawet jest chyba zafascynowana tym, co robię. W końcu Słońce zachodzi, wracam powoli, dzwoni telefon. Asia pyta, gdzie jestem. Na moją odpowiedź, że niedaleko domu śmieje się i stwierdza, że powtarzała Paulowi, że „ciocia Gosia się nie gubi”! Miała rację, ja faktycznie mam niezłą orientację w terenie, a poza tym... koniec języka za przewodnika, prawda?

 

 

DSC00108.JPG

 

 

DSC00110.JPG

 

 

DSC00111.JPG

 

 

DSC00118.JPG

 

 

DSC00130.JPG

 

 

DSC00137.JPG

 

 

DSC00142.JPG

 

 

DSC00155.JPG

 

 

DSC00246.JPG

 

 

DSC00251.JPG

 

 

DSC00253.JPG

 

 

DSC00256 - Copy.JPG

 

 

DSC03318.JPG

 

 

DSC03319.JPG

 

 

DSC03330.JPG

 

 

DSC00158.JPG

 

 

DSC00159.JPG

 

 

DSC00176.JPG

 

 

DSC00184.JPG

 

 

A, zapomniałam dodać, że ponieważ Firth of Forth jest zatoką tutaj również są przypływy i odpływy, dlatego łodzie osiadają na piasku czekając cierpliwie aż woda podniesie swój poziom. I jeszcze jedno, na niektórych zdjęciach widać stary kamienny kościół.  Już nie spełnia swojej tradycyjnej funkcji. Znajduje się tam... ścianka wspinaczkowa. Niestety, był zamknięty i nie udało mi się tego sfotografować. Cóż, lepiej, że jest tak wykorzystywany niż gdyby miał się rozpaść ze starości...

 

 

 W następnej odsłonie... szkockie ciekawostki, wizyta w Dunfermline, tu są nasi... i powrót do Londynu. A teraz idę spać mimo, że to środek dnia(!), bo wspomniane wcześniej przeziębienie okazało się zapaleniem oskrzeli. Uspokajam Szanownych Tubywalców, byłam u lekarza, mam zapisane leki i zwolnienie lekarskie.  Pa, pa.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zauroczył...

poniedziałek, 08 września 2014 0:19

 

 

... mnie Edynburg!  Prawie pięćset tysięczne miasto, stolica Szkocji, niezwykła mieszanka tradycji i nowoczesności, szarości kamiennych murów i kolorowych parków. I to, co mnie urzeka najbardziej czyli mieszkańcy.  Jak opisać miasto, w którym było się zaledwie chwilę, jakby w przelocie? I od czego zacząć?

 

Zacznę od morza, a właściwie rzeki czyli... rzeki-morza. To taki mały żart na temat Firth of Forth czyli zatoki Forth. Dla Paula to morze, według Asi rzeka... więc powstała z tego rzeka-morze. To znaczący szlak komunikacyjny wcinający się w głąb lądu na 80 kilometrów i połączony kanałem śródlądowym z Firth of Clyde.  Zatoka przy wejściu ma aż 45 kilometrów szerokości, a dzięki sporej głębokości może przyjmować duże jednostki pływające.  Edynburg leży na południowym brzegu zatoki. Jedną z jego dzielnic jest Leith czyli dzielnica portowa, będąca jeszcze w dziewiętnastym wieku odrębnym miastem. Jej mieszkańcy do tej pory uważają Leith za odrębne miasto, a nie dzielnicę Edynburga. Nabrzeża i zabudowania portowe, małe porty jachtowe, nadbrzeżne knajpki i puby, kanały i  mosty, to wszystko sprawia, że Leith jest wyjątkowo klimatycznym i romantycznym miejscem. I stosunkowo pustym, bo rzadko trafiają tutaj turyści czyli... rajem dla Waszej fotografki. To tutaj  przy Ocean Terminal zacumowany jest od 1997 roku królewski jacht Britannia czyli Her Majesty's Yacht Britannia, który można zwiedzać. Królowa Elżbieta płakała, gdy opuszczała po raz ostatni pokład tej jednostki. Cóż, uczucia kobiety, choćby i królowej przegrały z polityką ówczesnego rządu, który wskazywał na... nieopłacalność utrzymywania tej jednostki służącej od 1953 roku i obiecywał budowę innego okrętu, co zresztą nie stało się do tej pory.  Niestety, nie miałam okazji zwiedzić Britannii, może kiedyś... 

 

 

DSC02802.JPG

 

 

DSC02804.JPG

 

 

Wracając jednak do Leith i jego (miasta) bądź jej (dzielnicy) klimatu. Tutaj jest pięknie o każdej porze dnia. O poranku, gdy ulice są jeszcze puste i o zachodzie, gdy światło gra na wodzie i zmienia kształty portowych budowli... Zapraszam więc na mały spacer po Leith, Szanowni Tubywalcy.

 

 

 

DSC09509.JPG

 

 

DSC09507.JPG

 

 

DSC03158.JPG

 

 

DSC03134.JPG

 

 

DSC03122.JPG

 

 

DSC03112.JPG

 

 

DSC03103.JPG

 

 

DSC02919.JPG

 

 

DSC02917.JPG

 

 

DSC02909.JPG

 

 

DSC02905.JPG

 

 

DSC02815.JPG

 

 

DSC02901.JPG

 

 

DSC02825.JPG

 

 

DSC02877.JPG

 

 

DSC02866.JPG

 

 

DSC02844.JPG

 

 

Wreszcie pora na Old Town czyli Stare Miasto Edynburg. Położone na zboczu dawno wygasłego wulkanu wznosi się pionowo szarymi kamiennymi murami średniowiecznych kamienic, wąskimi zaułkami, gdzie prawie można dotknąć przeciwległych ścian, gdy rozłoży się ręce i stromymi schodami, których stopnie wyżłobione są przez stopy dawno wymarłych pokoleń i współczesnych turystów.  Najsłynniejszą arterią Old Town jest Royal Mile czyli Królewska Mila mająca, zgodnie z nazwą długość około mili i składająca się z ulic Castle Hill, Lawnmarket, High Street i Canongate. Prowadzi ona od  Edinburgh Castle do Pałacu Holyrood. Pełna tradycyjnych pubów, sklepów z tradycyjnymi szkockimi kiltami, pamiątkami i trunkami, w tym ze szkocką whisky jest niezwykle malowniczym i zatłoczonym miejscem. Na dodatek w sierpniu odbywają się tutaj sławne festiwale sztuki, w tym Festiwal Fringe czyli szeroko rozumianej sztuki ulicznej, teatrów, muzyków, performersów...  na ulicach występują więc klauni, śpiewacy, dudziarze, aktorzy i iluzjoniści. A wszyscy oni mają nadzieję, że zauważy ich ktoś „ważny od kariery”, co zresztą się zdarza często.  W końcu, podczas trwania wszystkich festiwali, teatralnych, filmowych, muzycznych Edynburg odwiedza około dwóch milionów gości. Najpiękniejsze jest to, że w tym tłumie jest się częścią większej społeczności nie gubiąc jednak własnej odrębności.  To niesamowite uczucie, gdy uśmiechasz się do ludzi, a oni odwzajemniają uśmiech nie podejrzewając cię o jakieś ukryte niecne zamiary. Asia i Paul uprzedzili mnie, że będę „atakowana” zewsząd przez... roznosicieli ulotek reklamujących wydarzenia teatralne i występy zespołów... i tak rzeczywiście było! Żałowałam tylko, że mój kręgosłup zaczął odmawiać posłuszeństwa i nie pomagało nawet siadanie na krawężniku i opieranie się plecami o kamienne mury.  Zdjęcia napotkanych ludzi umieszczę w kolejnej odsłonie...

 

 

 

DSC03030.JPG

 

 

DSC03035.JPG

 

 

DSC03043.JPG

 

Jeszcze pozaglądałam sobie w tajemnicze wąziutkie zaułki, gdzie światło padało pod przedziwnym kątem, a schody prowadziły pionowo w dół. Zabawny moment, ale jakże znamienny. Ustawiłam się do zdjęcia, gdy zza zakrętu wyszła starsza kobieta. Zauważyła mnie i powiedziawszy „sorry” cofnęła się za zakręt.  Wystawiła głowę po dłuższej chwili więc skinęłam ręką, w geście, który mówił, że już w porządku, że już zrobiłam zdjęcie. Uśmiechnęła się i powiedziała w przedziwnym „szkockim” angielskim, żebym zeszła niżej, bo tam skąd ona przyszła jest ciekawe miejsce... podziękowałam i zeszłam po schodkach. Nagle znalazłam się w zupełnie innej epoce. Na kamiennym nadprożu wykuty napis głosił, ze dom pochodzi z... 1658 roku. Było cicho, jakby kamienie wytłumiły gwar kolorowego tłumu, od którego dzieliło mnie tylko kilkanaście stopni... niezwykłe wrażenie. Jakbym przeniosła się w czasie.

 

 

DSC00376.JPG

 

 

DSC00380.JPG

 

 

DSC00381.JPG

 

 

DSC03024.JPG

 

 

DSC03039.JPG

 

 

DSC03040.JPG

 

 

DSC03048.JPG

 

 

DSC03051.JPG

 

 

DSC03052.JPG

 

 

DSC03060.JPG

 

 

DSC03063.JPG

 

 

DSC03066.JPG

 

 

DSC03067.JPG

 

 

DSC03080.JPG

 

 

DSC03081.JPG

 

 

DSC03082.JPG

 

 

DSC03083.JPG

 

 

DSC03085.JPG

 

 

DSC03090.JPG

 

 

Powoli poszłam kamiennym mostem North Bridge wznoszącym się nad torami kolejowymi Dworca Waverley w kierunku Nowego Miasta New Town zbudowanego w XVIII wieku i charakteryzującego się pięknymi budowlami i szerokimi arteriami.  Nieopodal dworca kolejowego zobaczyłam zachęcające marmurowe murki i zielone trawniki z pięknym widokiem na Stare Miasto.  Wyciągam się wygodnie na trawniku wystawiając twarz do Słońca. Na wprost mnie wznosi się do nieba strzelista wieża niezwykłego pomnika Sir Waltera Scotta nazwanego The Scott Monument. Muszę tam wejść. Tylko trochę odpocznę i popatrzę na Stare Miasto z innej perspektywy...

 

 

 

DSC00367.JPG

 

 

DSC00370.JPG

 

 

DSC00383.JPG

 

 

DSC09547.JPG

 

 

DSC09552.JPG

 

 

DSC09563.JPG

 

 

DSC09575.JPG

 

 

DSC09582.JPG

 

 

Na wieżę Monumentu wchodzi się po 287 stopniach, cały czas w kółko... jest ciasno, osoby schodzące w dół i wchodzące na górę z ledwością mogą sie minąć ocierając się o kamienne ściany... wędruje się na poszczególne tarasy, z których rozciąga się nieprawdopodobny widok. Im wyżej sie wchodzi tym widok jest bardziej spektakularny! W końcu po stopniach szerokości trzydziestu centymetrów, ocierając się prawym barkiem o kamienną pochylającą się do wewnątrz ścianę, a lewym o wewnętrzny kamienny rdzeń wieży docieram na ostatni poziom. Zatyka dech w piersiach... dosłownie i w przenośni. Wiatr na tej wysokości (61,11 m) dosłownie wyrywa z butów. Chłonę widoki chodząc wokół wieży, spoglądam na ulicę i ludzi przechodzących  tam w dole. Wrażenie jest niesamowite. Uspokajam tętno, oddycham powoli i głęboko. Czeka mnie jeszcze wędrówka w dół. Mam tylko nadzieję, że nie będę się musiała mijać z jakimś tęgim turystą. Bo możemy utknąć w tych kamiennych ścianach na zawsze. Ufffff, wreszcie na poziomie gruntu. Ściskam w dłoni aparat, a w drugiej certyfikat poświadczający, że dzielnie wspięłam się na sam szczyt. Czuję się, jakbym co najmniej zdobyła Mount Everest. Takie moje małe zwycięstwo. Spoglądam na romantyczną postać Sir Waltera Scotta siedzącego wraz ze swoim wiernym psem. Dobrze, że tu jestem.

 

 

 

DSC02993.JPG

 

 

DSC02994.JPG

 

 

DSC02996.JPG

 

 

DSC02999.JPG

 

 

DSC03002.JPG

 

 

DSC03005.JPG

 

 

DSC03007.JPG

 

 

DSC03009.JPG

 

 

DSC03014.JPG

 

 

DSC03016.JPG

 

 

DSC03015.JPG

 

 

Wrócę jeszcze wspomnieniami i zdjęciami do Edynburga, w kolejnej odsłonie znajdzie się następna porcja... teraz, tak na zakończenie tradycyjny instrument szkocki czyli dudy szkockie Great Highland Bagpipes.Co jak co, ale nie ma chyba nikogo, kto chociaż raz w życiu nie słyszał charakterystycznego "beczącego" głosu tego instrumentu.  Mnie sie podoba, ale nie dziwię się wcale, że ponoć wrogowie Szkotów uciekali w popłochu słysząc te dźwięki. I tym wstrząsającym akcentem, pa, pa.

 

 

 

DSC00363.JPG

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Największym...

czwartek, 04 września 2014 23:33

 

 

... problemem jest z reguły... początek.  W momencie, gdy już wiem, od jakiego słowa mam zacząć, tekst „sam się pisze”.  Wiadomo, że każdą podróż zaczynamy od pierwszego kroku, a każde opisywanie tejże od pierwszego słowa.  Tym razem rozpocznę słowem: Szkocja.

 

Jak już wiecie, Szanowni Tubywalcy, ostatnie trzy tygodnie spędziłam w Wielkiej Brytanii, a mówiąc ściślej w Londynie, o którym opowiem później oraz w Edynburgu i Dunfermline w pobliżu Firth of Forth czyli zatoki Morza Północnego wcinającej się w ląd na długość 80 kilometrów.  Moją podróż na północ rozpoczęłam na Kings Cross, skąd odchodzą pociągi we wszystkich kierunkach Wysp Brytyjskich. Dworzec jest zaiste imponujący z jedenastoma peronami i budynkiem dworcowym pochodzącym z 1852 roku. Niezwykły jest sposób unowocześnienia pomieszczeń dworcowych poprzez dobudowanie, a właściwie obudowanie starych murów szkłem i metalem.

 

 

 

DSC09133.JPG

 

 

DSC09135.JPG

 

 

DSC09143.JPG

 

 

DSC09197.JPG

 

Tuż obok dworca Kings Cross znajduje się dworzec St Pancras International otwarty w 1868 roku, który podobnie, jak  jego krajowy kolega zyskał nowe oblicze poprzez unowocześnienie elementów architektonicznych i infrastruktury.  Piętnaście peronów, w tym terminal dla pasażerów linii Eurostar czyni go zaiste imponującym obiektem.

 

 

DSC09147.JPG

 

 

DSC09154.JPG

 

 

DSC09158.JPG

 

 

DSC09162.JPG

 

 

DSC09164.JPG

 

 

DSC09178.JPG

 

 

Przy głównym wejściu stoi niezwykły pomnik, którego głównymi postaciami są mężczyzna i kobieta w uścisku... powitalnym, a może pożegnalnym?  Cokół natomiast wypełniają przepiękne sceny rodzajowe, na których widzimy ludzi z różnych epok, różnych zawodów, w różnych sytuacjach.  Pomnik nazwany „Meeting Place” czyli po prostu „miejsce spotkania”  jest autorstwa angielskiego rzeźbiarza Paula Day. Chodziłam wokół pomnika obfotografowując poszczególne sceny...  niezwykła perspektywa, niesamowite typy ludzkie, twarze i zdarzenia, emocje zawarte w grymasach i gestach... obok tego dzieła nie można przejść obojętnie. Jak zresztą bywa w takich przypadkach, rzeźba została poddana surowej krytyce, że jest zbyt ckliwa i zbyt grająca na emocjach, a mnie się bardzo podoba... lubię, patrząc na jakieś dzieło wiedzieć, co „autor miał na myśli” i co przedstawia jego dzieło!

 

 

 

DSC09156.JPG

 

 

DSC09157.JPG

 

 

DSC09175.JPG

 

 

DSC09174.JPG

 

 

DSC09171.JPG

 

 

DSC09170.JPG

 

 

DSC09169.JPG

 

 

DSC09168.JPG

 

 

DSC09167.JPG

 

 

DSC09166.JPG

 

 

DSC09176.JPG

 

 

DSC09165.JPG

 

 

Nieopodal, w pobliżu wejścia na perony odkrywam kolejny pomnik... mężczyzna w rozwianym płaszczu spogląda w górę z zadartą głową... to pomnik Sir Johna Betjemana – angielskiego poety, który w 1960 roku prowadził kampanie przeciwko planowanej rozbiórce dworca St Pancras... i został tutaj, i patrzy w zachwycie na niezwykłe sklepienie.

 

 

DSC09160.JPG

 

 

I tak, jak Sir John pozostał w obrębie tych murów, tak bezdomni również pozostali na schodach St Pancras. Mijając ich popatrzyłam na cały majątek będący ich własnością... i tak sobie pomyślałam, ze kiedyś zapewne wysiedli tutaj z jakiegoś pociągu i z jakiegoś, nieznanego mi powodu nie poszli dalej tylko zostali na tych schodach, w oparach alkoholu i marihuany.

 

 

DSC09179.JPG

 

 

DSC09151.JPG

 

 

DSC09149.JPG

 

 

W końcu nadchodzi czas odjazdu.  Miejsce przy oknie, planowana podróż około pięciu godzin, aparat w łapkach... ruszamy. Najpierw długa podróż przez Londyn, a później  zaczyna się Anglia z jej łąkami, wzgórzami, pastwiskami i malowniczymi wioskami. I, oczywiście, charakterystyczne kamienne murki odgradzające, raczej symbolicznie poszczególne posiadłości ziemskie. Tu i ówdzie stado zamyślonych czerwonych krów oraz rozproszonych po pastwiskach czarnogłowych owiec. Sielsko i angielsko.  Pociąg linii East Coast, jak sama nazwa wskazuje obsługuje wschodnie wybrzeże Wielkiej Brytanii. Mijamy Doncaster,  Newcastle, Durham, Darlington, York, Alnmouth for Alnwick i Berwick-upon-Tweed… jest pięknie, na wschodzie co jakiś czas  między drzewami pojawia się granatowy pasek Morza Północnego, wysokie klify osłaniają piaszczyste plaże, chmury układają się w przedziwne obrazy... i nawet zbytnio nie przeszkadza mi zabrudzona od zewnątrz szyba... och, to po prostu urok robienia zdjęć z okien pociągu. I znów, podobnie jak czasami w samolocie dziwię się ludziom, którzy, zajęci swoimi sprawami nie zwracają uwagi na krajobrazy zmieniające się w ramach okien. Mam ochotę poklepać ich po ramieniu, wskazać widok za oknem i powiedzieć „Spójrzcie, czyż to nie jest piękne?”.  Lubię się dzielić z innymi wrażeniami, tutaj, oczywiście siedzę sobie cichutko i tylko chłonę wszystkimi zmysłami te cuda świata... i robię zdjęcia! O, nawet tęcza pojawiła się nisko nad horyzontem, jakby na zamówienie!  Więc pstryk tęczę!!! Im bardziej na północ, tym pogoda staje się gorsza. Okna pokrywają się kroplami deszczu... oj, czarno to widzę! 

 

 

DSC09201.JPG

 

 

DSC09223.JPG

 

 

DSC09244.JPG

 

 

DSC09255.JPG

 

 

DSC09263.JPG

 

 

DSC09264.JPG

 

 

DSC09285.JPG

 

 

DSC09296.JPG

 

 

DSC09300.JPG

 

 

DSC09313.JPG

 

 

DSC09321.JPG

 

 

DSC09342.JPG

 

 

DSC09343.JPG

 

 

DSC09346.JPG

 

 

DSC09349.JPG

 

 

DSC09350.JPG

 

 

DSC09350.JPG

 

 

DSC09356.JPG

 

 

DSC09358.JPG

 

 

DSC09373.JPG

 

 

DSC09374.JPG

 

 

DSC09375.JPG

 

 

DSC09381.JPG

 

 

DSC09382.JPG

 

 

DSC09390.JPG

 

 

DSC09393.JPG

 

 

DSC09403.JPG

 

 

Pociąg zbliża się do Edynburga. Wysiadam i wpadam w objęcia Asi, która już na mnie czeka na peronie. To dzięki niej i Jej szkockiemu mężowi Paulowi znalazłam się tutaj. Wychodzimy na ulicę i po raz pierwszy spada na mnie szkocki deszcz! Witaj, Edynburgu!

 

 

Cóż, musicie mi wybaczyć, Tubywalcy Najmilsi, że tak dużo czasu i miejsca poświęciłam podróży, ale że była ona długa, to i zdjęć trochę się nazbierało i dzisiaj zabrakło miejsca na obiecany Edynburg. Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze. Do zobaczenia więc (poczytania i pooglądania też!) w następnej odsłonie! Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 665  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554665

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl