Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Księżyc...

wtorek, 29 września 2015 6:09

 

... dziwny i tajemniczy obiekt. Wisi nad naszymi głowami niedostępny i piękny. Od zawsze fascynował ludzi... Mnie fascynuje też. Szczególnie, gdy pokazuje się w tak spektakularnej odsłonie, jak wczorajszej nocy. Od razu mówię, z lekka się rozczarowałam. Sądziłam, że efekt będzie bardziej powalający. Że Księżyc będzie większy, że uda mi się zrobić lepsze zdjęcia, że...No, cóż... zaliczony (Księżyc, oczywiście). Nie powiem, że żałuję, bo tak nie jest. Owszem, zmarzłam, nieźle mnie przewiało, ale czego się nie robi dla uzyskania zdjęć! Teraz pokażę kilka , jakie udało mi się zrobić. Niezależnie od mojego narzekania, mam nadzieję, że zrobią na Was, Najmilsi Tubywalcy, wrażenie. Proszę o łagodne potraktowanie moich starań. Wiem, wiem, mogło być lepiej, ale...

 

 

 

DSC04427.JPG

 

 

 

DSC04438.JPG

 

 

 

DSC04442.JPG

 

 

 

DSC04444.JPG

 

 

 

DSC04451.JPG

 

 

 

DSC04454.JPG

 

 

 

DSC04473.JPG

 

 

 

DSC04474.JPG

 

 

 

DSC04518.JPG

 

 

 

A poza tym, jeszcze przed zaćmieniem Księżyca usiłowałam go sfotografować i na jednym ze zdjęć, podczas przeglądania zauważyłam dziwny obiekt w lewym górnym rogu. Coś przeleciało bezszelestnie. I było dosyć duże. Gołym okiem tego nie dostrzegłam, bo skupiłam się na Księżycu, który na dodatek mocno świecił. Ja wiem, że Księżyc nie "świeci", a jedynie odbija światło słoneczne, ale nie bądźmy drobiazgowi, dobrze?

 

 

 

DSC04398.JPG

 

 

 

Ciekawe, prawda? A poza tym, miało być o czymś zupełnie innym. Sądzę jednak, że "krwawy Księżyc" zasługuje na odrobinę uwagi. Następne takie połączenie zaćmienia i położenia Księżyca najbliżej Ziemi będzie za jakieś dwadzieścia lat... no cóż, sfotografuję wówczas to zdarzenie. O ile, oczywiście dożyję, i o ile, też oczywiście, będę w stanie utrzymać aparat w łapkach... ale bądźmy dobrej myśli. Teraz zapraszam do oglądania, Tubywalcy Najmilsi. Pa, pa.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Łażąc...

środa, 16 września 2015 1:04

 

 

... raz w deszczu, to znów w prażących promieniach Słońca poznaję Londyn. Ten znany z pocztówek i ten inny, co nie znaczy, ze mniej ciekawy, mniej intrygujący.  Przeciwnie, to właśnie z dala od dobrze znanych, zadeptywanych przez tysiące turystów szlaków można napotkać ciekawe miejsca, interesujących ludzi i fascynującą architekturę. Londyn, z jego ośmiomilionową społecznością jest ogromny. I, co jest jak najbardziej zrozumiałe, nie jest jednorodnym miastem, a raczej zlepkiem miast i miasteczek, które były wchłaniane przez wielkiego molocha i stanowią teraz tak zwany Wielki Londyn.  Weźmy jako przykład Ilford. Powie ktoś, że to jedna z dzielnic Londynu. Owszem, jest to dzielnica położona w gminie London Borough of Redbridge. Równocześnie jest to miasto liczące około dwieście tysięcy mieszkańców, które częścią Wielkiego Londynu stało się w 1965 roku.  Jest to Great Ilford (Wielki Ilford) w odróżnieniu od Małego Ilford położonego właściwie po sąsiedzku, ale już w gminie London Borough of Newham. Powiem szczerze, że nie rozgryzłam jeszcze systemu administracyjnego Londynu. Tutaj bez kodów pocztowych nie ma szans na odnalezienie jakiegokolwiek adresu. Dodawszy do tego strefy, gdzie strefa pierwsza obejmuje centrum miasta, czyli „właściwy” Londyn, a strefa szósta to wsie i małe miasteczka otaczające metropolię, mamy sporo do zapamiętania. Na szczęście, miejska komunikacja, a przede wszystkim metro jest tutaj na wysokim poziomie. Sieci metra są tak zaprojektowane, że przesiadając się z jednej linii na drugą możemy przejechać przez całe miasto, wzdłuż i wszerz. Dodając do tego naziemną DLR-kę, London Overground, sieć autobusów i kolej miejską możemy przyjąć, że nie ma miejsca w Londynie, do którego nie można dojechać.  Na dodatek, mając czas (a ja go miałam) możemy tak zaplanować podróż, żeby poruszać się tylko w okręgu, na przykład w trzeciej strefie. Nie przejeżdżamy wówczas przez strefę pierwszą. Wprawdzie nadkładamy drogi i czasu, ale oszczędzamy pieniądze. Na przykład, podróż z czwartej strefy do pierwszej Central Line, to około dziewięć stacji i trzy i pół funta. Podróż w czwartej czy trzeciej strefie to funt pięćdziesiąt. Różnica spora. Ciekawe jest to, że mając Oyster Card (specjalna elektroniczna karta, którą można doładowywać) mamy limit dzienny w wysokości na przykład ośmiu funtów, po przekroczeniu którego podróżujemy po mieście za darmo. W rozliczeniu dobowym. Ale to się zmienia, ceny nie są stałe, warto więc przed wyjazdem trochę na ten temat poczytać, choćby w Internecie.

 

Znam osoby, które od kilku lat jeżdżą do Londynu i w dalszym ciągu nie poruszają się po nim same. Szczerze? Nie wyobrażam sobie, że miałabym siedzieć w domu i czekać, aż ktoś ze mną pojedzie. Wracając do metra, którym jestem zafascynowana. Na stacjach przesiadkowych możemy zmienić linię, jaką jedziemy. Linie metra zbudowane są na różnych poziomach, pomiędzy którymi zamontowano cały system ruchomych schodów. Wszędzie oznaczenia i spisy stacji, do których dojedziemy z tego akurat peronu. W wagonach metra również umieszczone są graficzne odwzorowania linii, którą akurat jedziemy z zaznaczonymi kolejnymi stacjami. Trzeba by było się nieźle postarać, żeby się tutaj zgubić. A jeśli by nam się to jednak, jakimś cudem udało, to wystarczy zapytać kogoś z obsługi. Wytłumaczą, pokażą, pokierują na właściwe tory.  Mimo tego, że ja się „nie gubię”, to jednak tym razem zdarzył mi się taki wypadek „przy pracy”. Z reguły ze stacji metra wracałam przez park i wychodziłam wprost na dom, w którym mieszkałam. Tym razem wracałam już po dwudziestej trzeciej i park był zamknięty, a nawet, jeśli byłby otwarty, to i tak nie odważyłabym się tamtędy przejść w ciemnościach. Ruszyłam więc jedną z głównych ulic okrężną drogą wyobrażając sobie mapę okolicy w głowie. Bo skoro zwykle chodzę tędy, to jeśli pójdę tamtędy, to dojdę tu! Guzik! Szłam i szłam, i żadnego punktu orientacyjnego. Każda kolejna uliczka bliźniaczo podobna do swojej poprzedniczki, a żadna nie jest tą właściwą! I w którą skręcić? Na dodatek tutaj jest tak, że jeśli ulica nazywająca się na przykład Merton Rd jest przecięta przecznicą, to dalej biegnie już jako Cambridge Rd, by później, ni z tego ni z owego przemianować się na Farley Dr. Na szczęście, zadzwonił telefon „Mamuniu, gdzie jesteś, bo się martwię”,  „nie wiem”  pisnęłam. Na szczęście, mogłam się określić, na jakiej ulicy jestem, i w jakim kierunku podążam, i tak, zdalnie sterowana trafiłam do domu. Okazało się, że cały czas poruszałam się równolegle do właściwej ulicy. Ale tutaj zdecydowanie można stracić orientację. Na szczęście, był to tylko jeden odosobniony przypadek. Później już wracałam tą trasą w nocy jak po sznurku.

 

W moich wędrówkach po Wielkim Londynie tym razem jakoś omijałam cmentarze. Postanowiłam więc, korzystając z ładnej pogody wybrać się na cmentarz w Ilford przy kościele Św. Marii Dziewicy. Taka ładna pogoda, sfotografuję sobie trochę aniołów.  Wyobraźcie sobie moje przerażenie, Najmilsi Tubywalcy, gdy zorientowałam się, że znaczna część starych nagrobków jest zniszczona, zdewastowana, poprzewracana. Krzyże kamienne strącone z cokołów, rozłupane na kawałki. Anioły leżące na ziemi z odrąbanymi głowami i skrzydłami. Kamienne wazony rozrzucone wokół przewróconych obmurówek. Obraz zniszczenia i smutku. Prawie nastąpiłam na anielską głowę leżącą w błocie. Podniosłam ją i położyłam pieczołowicie na pustym cokole. Pozostała część anioła była zbyt ciężka, żeby ją postawić. Zresztą co to by dało? Te odrąbane głowy wywarły na mnie okropne wrażenie. Skojarzenie? Niewątpliwie.  Zdziwienie? Owszem. Ilford to dzielnica, w której mieszkają przede wszystkim Żydzi i Hindusi. Nie podejrzewam, żeby to oni byli sprawcami tego zniszczenia.  Mieszkają tu również Pakistańczycy i Arabowie. Porozmawiałam z człowiekiem, który akurat remontował kościół. Spytałam go o stan cmentarza. „To wstyd” odpowiedział. „My im nie niszczymy ich świątyń ani cmentarzy... to wielki wstyd”.  Nie wiem, kto to zrobił. Wniosek nasunął mi się błyskawicznie, ale czy mam rację? Być może...

 

 

 

DSC09437.JPG

 

 

 

DSC09439.JPG

 

 

 

DSC09442.JPG

 

 

 

DSC09444.JPG

 

 

 

DSC09445.JPG

 

 

 

DSC09448.JPG

 

 

 

DSC09450.JPG

 

 

 

DSC09457.JPG

 

 

 

DSC09459.JPG

 

 

 

DSC09461.JPG

 

 

 

DSC09466.JPG

 

 

 

DSC09470.JPG

 

 

 

DSC09472.JPG

 

 

 

DSC09474.JPG

 

 

 

DSC09481.JPG

 

 

 

DSC09483.JPG

 

 

 

DSC09486.JPG

 

 

 

DSC09487.JPG

 

 

 

DSC09499.JPG

 

 

Tylko wiewiórki i sroki nic sobie nie robią z ludzkiej niegodziwości i traktują ten cmentarz jak swój dom. Odrobina radosnego życia w otchłani smutku. Znając zwyczaje srok wiedziałam, że ptaszydło sprytnie czeka, aż wiewiórka zakopie jedzonko. Później wystarczy tylko odkopać i już. Nie na darmo mówi się sroka-złodziejka!

 

 

 

DSC09402.JPG

 

 

 

DSC09419.JPG

 

 

 

DSC09421.JPG

 

 

 

DSC09515.JPG

 

 

 

DSC09520.JPG

 

Żeby nie zamykać wpisu takimi smutnymi treściami, chcę Wam teraz pokazać kolory Londynu. Na Portobello Rd w Noting Hill znajduje się długi mur oddzielający domy od ulicy. Jest niezwykłą galerią, gdzie prezentowane są plakaty, obrazy, murale i inne formy artystycznej wypowiedzi artystów z różnych kręgów kulturowych. Tym razem moją uwagę przykuł niezwykły zestaw murali. Historia ludzi i zdarzeń autorstwa Petera Dunna. Małe arcydzieła. Jestem zachwycona.

 

 

 

DSC02500.JPG

 

 

 

DSC06906.JPG

 

 

 

DSC06908.JPG

 

 

 

DSC06909.JPG

 

 

 

DSC06910.JPG

 

 

 

DSC06911.JPG

 

 

 

DSC06912.JPG

 

 

 

DSC06913.JPG

 

 

 

DSC06915.JPG

 

 

 

DSC06916.JPG

 

 

 

DSC06918.JPG

 

 

 

DSC06919.JPG

 

 

 

DSC06921.JPG

 

 

 

DSC06922.JPG

 

 

 

DSC06923.JPG

 

 

Jeśli chodzi o malowanie po ścianie, to miłośnicy tego rodzaju sztuki mają ją w Londynie na każdym kroku i na wyciągnięcie ręki. Na ścianach, na elewacjach, na żaluzjach. Każde, w miarę równe miejsce jest odpowiednie, żeby zaprezentować swoje umiejętności, a przy okazji zawrzeć w obrazach jakiś przekaz. To się zmienia. Ta sztuka jest żywa. Nie znajdziemy niejednokrotnie już tego, co zdobiło ścianę jeszcze kilka dni temu. Teraz jest już coś innego. Właśnie to jest najciekawsze i tak fascynujące w tym mieście.

 

 

 

DSC02594.JPG

 

 

 

DSC02841.JPG

 

 

 

DSC02842.JPG

 

 

 

DSC02843.JPG

 

 

 

DSC02846.JPG

 

 

 

DSC02849.JPG

 

 

 

DSC06905.JPG

 

 

 

DSC06961.JPG

 

 

 

A zresztą, kto powiedział, że plac budowy musi być osłonięty paskudnymi płotami i ogrodzeniami? A może by tak...

 

 

 

DSC02274.JPG

 

 

 

DSC02275.JPG

 

 

 

DSC02278.JPG

 

 

 

DSC02281.JPG

 

 

 

DSC02282.JPG

 

 

 

DSC02284.JPG

 

 

Można jeszcze pomalować statek, na przykład President... a co to szkodzi?

 

 

 

DSC05936.JPG

 

 

 

DSC05938.JPG

 

 

 

I latarnię też można pomalować... na złoto! Ale to już służbowo :)

 

 

 

DSC09091.JPG

 

 

Rok, albo więcej pisałam o mozaikach zdobiących metro na stacji Leytonstone. O mozaikach upamiętniających Alfreda Hitchcocka, który urodził się w tym mieście 13. sierpnia 1899 roku jako syn sklepikarza. Mozaiki przedstawiają sceny z życia Hitchcocka oraz "cytaty" z jego filmów. Autorami niezwykłego cyklu są  Steven i Nathan Lobb,  Carol Kenna, Claire Notley i  Julie Norburn. Tym razem umieszczam je tutaj jako przykład sztuki, która wychodzi do ludzi, na ulicę, na stację metra, nie kryje się w galeriach sztuki lub w prywatnych kolekcjach. I tak sobie myślę, czy nie byłoby miło, gdyby i u nas sztuka, przez to wielkie i przez to małe „S” znalazła swoje miejsce w przestrzeni publicznej. Jak ta tęcza na Placu Zbawiciela, która, niestety, dla wielu stała się nie dziełem artysty, a przyczynkiem do kłótni narodowej. Smutne to trochę. Tak, jak smutne są nasze miasta, w których wciąż zbyt mało kolorów i zwykłego, codziennego luzu.

 

 

 

DSC01958.JPG

 

 

 

DSC01937.JPG

 

 

 

DSC01940.JPG

 

 

 

DSC01941.JPG

 

 

 

DSC01942.JPG

 

 

 

DSC01943.JPG

 

 

 

DSC01944.JPG

 

 

 

DSC01945.JPG

 

 

 

DSC01946.JPG

 

 

 

DSC01947.JPG

 

 

 

DSC01948.JPG

 

 

 

DSC01949.JPG

 

 

 

DSC01950.JPG

 

 

 

DSC01952.JPG

 

 

 

DSC01954.JPG

 

 

 

DSC01957.JPG

 

 

 

DSC01959.JPG

 

 

 

DSC01960.JPG

 

 

I to by było na tyle, Najmilsi Tubywalcy, a na zakończenie, dwa kolorowe gołąbki. Taki detal na ulicznej latarni. Niby nic, a cieszy oko, prawda? O tym ptasim akcentem, pa, pa.

 

 

 

DSC08650.JPG

 

 

PS. Siteczko, jeszcze taki drobiazg ze specjalną dedykacją dla Ciebie. Wiem, że docenisz moje intencje :)

 

 

 

DSC08705.JPG

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Londyn...

poniedziałek, 14 września 2015 0:17

 

 – dzień trzeci? Czwarty? Zresztą, to nie ma aż takiego znaczenia. Jest piąta rano. Obudziłam się wreszcie wypoczęta.  Po ostatnich nieciekawych dniach to wręcz orzeźwiające uczucie. Piję herbatę stojąc w kuchennych drzwiach prowadzących do ogrodu. Niebo różowieje optymistycznie. Czyżby zapowiadał się słoneczny dzień? Mam nadzieję! Na wysokim murze oddzielającym ogród od ulicy wciąż leżą orzechy, które położyłam tam wieczorem. To znak, że wiewiórki jeszcze śpią. Ponieważ biegają po tym właśnie murku w drodze na wysokie drzewo jest szansa, że zobaczą orzeszki, i że im posmakują. Zamykam drzwi, ubieram się i ruszam w kierunku stacji metra. Idąc przez senny park mijam takich samych rannych ptaszków. Zwyczajowe „morning”, uśmiech w przelocie... to sympatyczne i wciąż dla mnie zadziwiające.  Jak ja to lubię. Niby taki drobiazg, a przecież sprawia, że świat staje się jaśniejszy. Człowiek czuje się częścią ludzkiej wspólnoty. Idę dalej, ciche szeregowe domki jeszcze śpią, a w uroczych ogródkach oszałamiająco pachną róże. Jejku, mam ochotę pobiec  cichą uliczką w podskokach, jak mała dziewczynka. Bez podskoków, niemniej dziarsko maszerując docieram do stacji metra. Później stoję w wielokolorowym, wielokulturowym tłumie by wraz z nim wtłoczyć się do wagonu. Siadam, szybko przebiegam wzrokiem po twarzach współpasażerów nie zatrzymując na nikim spojrzenia na dłużej. Nie wypada się gapić. Może to być źle odebrane. Jako niekulturalne naruszenie czyjejś prywatności. Przymykam oczy, nie ze zmęczenia, raczej, żeby mnie nie kusiło. Tu każdy jest obrazem, każdy jest inny, na każdej twarzy wypisana jest inna historia. Jedni czytają poranne „Metro”, niektóre dziewczyny malują się korzystając z niewielkich lusterek. O rany, udaje im się nawet nie wsadzić szczoteczki do oka, a i szminki wyglądają na równo położone na ustach. Nieopodal stoi maleńka Japonka ze swoim maciupcim japońskim synkiem. Malec jest rozkoszny, roześmiany, w nosie ma konwenanse i obdarza wszystkich wokół szczerbatym uśmiechem. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na twarzach pasażerów rozkwitają uśmiechy. Malec jest szczęśliwy, zanosi się zaraźliwym śmiechem i puszcza do każdego „perskie oczko”.  Nawet „biały kołnierzyk” siedzący na wprost mnie i na wpół zasłonięty „Financial Times” uśmiecha się półgębkiem. Wreszcie nie wytrzymuje i parska śmiechem. Pół wagonu ludzi śmieje się już otwarcie, pozostali usiłują zachować powagę... nieskutecznie! I w takim radosnym nastroju, z szerokim uśmiechem na twarzy wysiadam na stacji St Paul.

 

 

Katedra oślepia bielą w porannym Słońcu. Przechodzę przez Paternoster Square. Mijam Pasterza z owcami, interesującą rzeźbę autorstwa Elisabeth Frink. Zmierzam w kierunku Millenium Bridge. Za plecami mam majestatyczną kopułę katedry świętego Pawła, przede mną brzydka bryła Tate Gallery.

 

 

 

DSC01600.JPG

 

 

 

DSC01604.JPG

 

 

 

DSC01606.JPG

 

 

 

DSC01609.JPG

 

 

 

DSC05907.JPG

 

 

Ja jednak patrzę na wschód, w kierunku majaczącego w oddali Tower Bridge i wyniosłych budynków City. Bura Tamiza ożywa w promieniach Słońca i skrzy się złotem i srebrem. Ruszam na zachód mijając kolejne mosty. Bulwary wzdłuż Tamizy tętnią życiem mimo wczesnej pory. Przechodnie spieszą do pracy pieszo o na... hulajnogach. Super wygląda taki elegancki pan w garniturze pomykający rączo na swoim dwukołowym rumaku. Przez ramię przewieszona torba z laptopem i drugim śniadaniem, poły marynarki powiewają w dzikim pędzie. Niestety, tak szybko mnie minął, że nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Przechodzę przez kładkę przy moście kolejowym na drugi brzeg rzeki.

 

 

 

DSC01669.JPG

 

 

 

DSC05912.JPG

 

 

 

DSC05930.JPG

 

 

Przed sobą mam najbardziej chyba charakterystyczny widok kojarzący się z Londynem. To bryła Parlamentu z wysmukłą wieżą Big Bena. Ja jednak zmierzam dalej.  Mijam London Eye i Most Westminster i idę w kierunku Lambeth Bridge.

 

 

 

DSC01649.JPG

 

 

 

DSC01657.JPG

 

 

 

DSC01687.JPG

 

 

 

DSC01703.JPG

 

 

 

DSC05961.JPG

 

 

 

DSC01804.JPG

 

 

 

DSC01718.JPG

 

 

 

DSC01820.JPG

 

 

Nagle do moich uszu dociera muzyka… dobry, stary, ostry rock. W małym punkcie gastronomicznym uwija się niezwykle przystojny chłopak. Sądząc po wyglądzie bardziej wielbiciel rapu i soulu, a nie ostrego brzmienia. Jestem tak mile zaskoczona, że postanawiam zamówić gorącą czekoladę i posiedzieć trochę przy stoliku. Przy okazji trochę sobie posłucham.

 

 

 

DSC01725.JPG

 

 

W końcu czas ruszać dalej. Przede mną Vauxhall Bridge. Tuż przy nim, na południowym brzegu Tamizy wznosi się brzydka budowla. Architektoniczny dziwoląg to siedziba MI6 czyli... miejsce pracy Bonda... Jamesa Bonda. Budowla nie dość, że brzydka to jeszcze naszpikowana satelitarnymi antenami, elektronicznymi urządzeniami niewiadomego zastosowania i wszechobecnymi kamerami. Jak przystało na siedzibę brytyjskiego wywiadu czyli Secret Intelligence Service. Mam nieodparte wrażenie, że ja robię zdjęcia budynku, a ktoś robi zdjęcia... mnie. W końcu, nie wiadomo po co taka baba fotografuje jeden z najlepiej strzeżonych budynków świata, prawda?

 

 

 

DSC01773.JPG

 

 

 

DSC01777.JPG

 

 

 

DSC05991.JPG

 

 

Tuż obok budynku MI6 brzeg łagodnie łączy się z rzeką. Dochodzę na sam skraj Tamizy i zanurzam w niej dłonie. Tutaj jest leniwa i (w miarę) czysta. Do brzegu zbliża się dziwaczna żółta łódź... nie, nie podwodna, ale równie śmieszna. Zbliża się do brzegu i... wyjeżdża z wody. To wycieczkowa amfibia. Jest cudna! Przywiozła pasażerów i zabiera kolejnych. Zjeżdża w kierunku rzeki, a za nią... nieprawdopodobne, ale biegnie dwóch facetów wymachujących rękami i wrzeszczących „STOP!”, Niestety, na łodzi nikt ich nie słyszy, zostają na brzegu, a żółty dziwoląg pyr-pyr odpływa sobie spokojnie. Widok rozbawił mnie niezwykle. Dobrze, że nie ruszyli wpław w pogoni za odpływającym środkiem transportu.

 

 

 

DSC01787.JPG

 

 

 

DSC01794.JPG

 

 

 

DSC01795.JPG

 

 

 

DSC01796.JPG

 

 

 

DSC06010.JPG

 

 

Wychodzę po kamiennym pirsie prawie na środek rzeki. Widok stąd jest nieprawdopodobny. Mam wrażenie, że woda otacza mnie ze wszystkich stron. Tamiza jest tutaj tak łagodna, że małe dzieciaczki pływają na kolorowych kajakach. To bardzo rozpowszechniony sport w Anglii. Słońce, woda, kolorowe kajaki. Idylla.

 

 

 

DSC01791.JPG

 

 

 

DSC01793.JPG

 

 

 

DSC01804.JPG

 

 

 

DSC06004.JPG

 

 

 

DSC06011.JPG

 

 

Niestety, jak to bywa w Londynie, pogoda jest zupełnie nieprzewidywalna. Czasami jest tak, że na głowę pada deszcz, plecy grzeje Słońce, a przed oczami rozkwita tęcza. Taka właśnie sytuacja zastała mnie pewnego dnia na Westminster Bridge. Nigdzie nie widziałam tak wielu tęcz, jak właśnie w Londynie. Bo chyba nigdzie pogoda nie zmienia się tak często, jak tutaj. I wcale nie dziwię się londyńczykom, że tematem numer jeden ich rozmów jest właśnie pogoda.

 

 

 

DSC02647.JPG

 

 

 

DSC02661.JPG

 

 

 

DSC02681.JPG

 

 

 

DSC02695.JPG

 

 

 

DSC02696.JPG

 

 

 

DSC02700.JPG

 

 

 

DSC02714.JPG

 

 

 

DSC02719.JPG

 

 

 

DSC02755.JPG

 

 

 

DSC02759.JPG

 

Jeszcze tylko kilka obrazków uchwyconych o zachodzie Słońca i do... następnego wpisu, Tubywalcy Najmilsi.

 

 

 

DSC02771.JPG

 

 

 

DSC02775.JPG

 

 

 

DSC02780.JPG

 

 

 

DSC02789.JPG

 

 

 

DSC07764.JPG

 

 

 

DSC07768.JPG

 

 

 

DSC07776.JPG

 

 

 

DSC07789.JPG

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Londyn...

wtorek, 08 września 2015 1:43

 

... ma wiele twarzy.  Czasem mam wrażenie, że jest zlepkiem wielu różnych architektonicznie i społecznie miast. Są dzielnice, gdzie łatwiej zobaczyć kobiety w burkach i mężczyzn w turbanach na głowach niż białą twarz Europejczyka. Są inne, gdzie nad sklepikami wiszą szyldy z chińskimi, żydowskimi, arabskimi czy tajskimi napisami.  Ulicami niektórych przechadzają się Żydzi w czarnych kapeluszach, spod których zwisają długie pejsy i w długich, powiewających na wietrze chałatach. Koszerne rzeźnie, koszerne piekarnie, a nieopodal sklepiki reklamujące swój towar jako "halal". Zasady u jednych, jak i  u drugich są bardzo podobne. Szczerze? Nie kupiłabym tutaj mięsa mając w głowie, co dla zwierząt oznacza "ubój rytualny". Ale dość o tym. Tym razem chcę pokazać Wam, Najmilsi Tubywalcy Londyn nocą. Noce nad Tamizą są zimne, a gdy jeszcze wieje przenikliwy wiatr... ręce grabieją, chłód wciska się pod kurtkę, dłonie drżą, a palce tracą czucie. Dwie trzecie zdjęć nie nadają się do użytku, bo przy długim czasie naświetlania każde drgnięcie powoduje rozmazanie utrwalonego obrazu. Niemniej, troszkę zdjęć udało mi się zrobić.

 

 

 

DSC07216.JPG

 

 

 

DSC07226.JPG

 

 

 

DSC07239.JPG

 

 

 

DSC07243.JPG

 

 

 

DSC07261.JPG

 

 

 

DSC07262.JPG

 

 

 

DSC07267.JPG

 

 

 

DSC07271.JPG

 

 

 

DSC07280.JPG

 

 

 

DSC07283.JPG

 

 

 

DSC07286.JPG

 

 

 

DSC07899.JPG

 

 

 

DSC07904.JPG

 

 

 

DSC07906.JPG

 

 

 

DSC07909.JPG

 

 

 

DSC07910.JPG

 

 

 

DSC07917.JPG

 

 

 

DSC07920.JPG

 

 

 

DSC07921.JPG

 

 

 

DSC07924.JPG

 

 

 

DSC07931.JPG

 

 

 

DSC07938.JPG

 

 

 

DSC07951.JPG

 

 

 

DSC07966.JPG

 

 

 

DSC07987.JPG

 

 

 

DSC09338.JPG

 

 

 

DSC09340.JPG

 

 

 

DSC09342.JPG

 

 

 

DSC09365.JPG

 

 

 

DSC09366.JPG

 

 

 

DSC09369.JPG

 

 

 

DSC09388.JPG

 

 

 

Wiem, że sporo zdjęć, a niewiele tekstu, ale tekst "się pisze" i coś niesporo mi tym razem idzie. Na zakończenie za to zdjęcie, które najbardziej mi się podoba. Widok z mostu Westminster na London Eye. Akurat przejechał piętrowy autobus i dodał niezwykły efekt do zwykłego ujęcia. Czasem "samo" się tak dzieje. Szczerze? Mam nadzieję, że Wam spodoba się również i wybaczycie mi, że tak dużo tu obrazków, a tak mało słów. Pa, pa.

 

 

 

DSC07975.JPG

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wróciłam...

sobota, 05 września 2015 23:00

 

... z wakacyjnych wojaży.  Trzy tygodnie minęły nawet nie wiem jak i kiedy. No cóż, wszystko, co dobre... Najważniejsze, że koty przeżyły moją Wielką Nieobecność w dobrej kondycji. Mam wrażenie, że Rudencjusz jakby jeszcze przytył? Pewnie zajadał tęsknotę! Niestety, kwiaty na balkonie nie przeżyły braku wody i rekordowych upałów.  Poza dwoma wyjątkami straciłam wszystkie. Trudno. Teraz, po ogarnięciu chałupy mam wreszcie czas, żeby zacząć porządkować wspomnienia i zdjęcia. Mam nadzieję, że już jutro zaprezentuję pierwszą część londyńskich opowieści. A teraz kilka zdjęć. Polski akcent czyli "Dar Młodzieży", który zacumował na Tamizie w Greenwich. Jest przepiękny. Udało mi się zrobić trochę zdjęć z nabrzeża. Nawet uchwyciłam dwa żaglowce. Nasz "Dar Młodzieży" i "Cutty Sark" czyli żaglowiec - muzeum. Chociaż oba żaglowce są trójmasztowe, to ten pierwszy ma długość ok. 109 metrów, a "brytyjczyk" jedynie 65 m. Niemniej oba są majestatyczne i piękne. Różnica pomiędzy nimi jest i taka, że "Cutty Sark" mogłam zwiedzić, natomiast na "Dar Młodzieży" mogli  się dostać jedynie wybrani sprawdzani wg listy. I nie podziałał tu nawet mój niewątpliwy urok osobisty. Więcej w następnym wpisie, a teraz pa, pa.

 

 

 

DSC03296.JPG

 

 

 

DSC03302.JPG

 

 

 

DSC03307.JPG

 

 

 

DSC03325.JPG

 

 

 

DSC03333.JPG

 

 

 

DSC03337.JPG

 

 

 

DSC03344.JPG

 

 

 

DSC09112.JPG

 

 

 

DSC09145.JPG

 

 

 

DSC09204.JPG

 

 

 

DSC09206.JPG

 

 

 

DSC09220.JPG

 

 

 

DSC09246.JPG


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 673  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554673

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl