Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Czasami...

poniedziałek, 17 października 2016 8:26

 

... tak jest, że nie bardzo się wie, od czego zacząć. Tak było i tym razem. Mówią, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Analogicznie, każda opowieść powinna się zacząć od pierwszej litery. Trzeba tylko trafić na tę właściwą, a później już samo się napisze. Tym razem odwrócę kolejność wydarzeń, bo teraz najważniejsze jest, że siedzę w domu, dostaję zastrzyki w tylną i ponętną część mego ciała, i zgrzytam zębami z bezsilności. Z bólu też zgrzytam, bo jeśli ktokolwiek miał kiedyś zapalenie mięśni pleców, to wie, co mnie dopadło. Ani siedzieć, ani stać, ani leżeć, boli przy każdym ruchu. Mogę jedynie... chodzić, ale ileż można maszerować w kółko po mieszkaniu? Miotam się (o ile w moim stanie można się pomiotać) od ściany do ściany, jak dzikie zwierzę w klatce. Pisałam już kiedyś, przy całkiem innej okazji, że takie przymusowe unieruchomienie doprowadza mnie do szału. No więc właśnie! A dopadło mnie to cholerstwo w ostatnim dniu pobytu w Londynie.  Wybrałam się do Richmond Park w zachodnim Londynie w poszukiwaniu jeleni, które tam ponoć występują masowo. Była piękna, słoneczna pogoda, porywisty wiatr, i dość niska temperatura. I prawdopodobnie mnie zawiało, gdy wędrowałam nad Tamizą. Jeleni nie spotkałam, zresztą mocno zaczęłam odczuwać ból w tylnej części ciała, więc nie szukałam ich zbyt intensywnie. Za to miałam okazję zobaczyć... fokę! Kilometry od morza, jakim sposobem przedostała się przez jazy i przepusty na Tamizie? Nie mam pojęcia. Nie zwracając uwagi na ludzi zgromadzonych na nabrzeżu spokojnie sobie łowiła ryby.  Zrobiłam sporo zdjęć, foka pozowała malowniczo, a ja byłam przeszczęśliwa. Niestety, po powrocie do kraju okazało się, że akurat zdjęcia z Richmond się nie otwierają!!!  Prawdopodobnie uszkodzona karta pamięci. Teraz pracuje nad nią znajomy informatyk i jeszcze nie tracę nadziei, że uda się odzyskać utracone pliki! Trzymajcie kciuki, Najmilsi Tubywalcy.

 

 

Z Richmond mam tylko trochę zdjęć, które robiłam kieszonkowym aparatem. Piękne miejsce, muszę się tam jeszcze wybrać, no i spotkać te niewidzialne jelenie :)

 

DSC08288.JPG

 

 

DSC08293.JPG

 

 

DSC08295.JPG

 

 

DSC08321.JPG

 

 

DSC08333.JPG

 

 

DSC08334.JPG

 

 

DSC08353.JPG

 

 

DSC08379.JPG

 

 

DSC08387.JPG

 

 

DSC08395.JPG

 

 

Jak napisałam, wróciłam w poniedziałek połamana i obolała. Podróż samolotem była koszmarem. Żadna pozycja nie była odpowiednia, żeby choć na chwilę przestało boleć. Niemniej, jako obowiązkowy i dzielny urzędnik, we wtorek stawiłam się w pracy. Nie mam pojęcia, jakim cudem przetrwałam osiem godzin, ale ból stawał się z każdą minutą silniejszy. Bez lekarza jednak się nie obeszło i od środy siedzę (a właściwie chodzę!) w domu. I zgrzytam zębami, ale o tym już pisałam!

 

 

A teraz o Londynie. Londyn kocham miłością neofity. Czystą i bezgraniczną. I nie tylko ten dobrze znany Londyn dla turystów, ale również ten odrapany, pełen wiktoriańskich szeregowców, zaniedbanych ogródków, i papierów unoszonych przez wiatr na ulicach. Wszędzie można znaleźć urokliwe miejsca, maleńkie kręte uliczki, kamienne mosty i stare, jeszcze przedwojenne, ledwie widoczne reklamy na ceglanych ścianach. Co najciekawsze, przynajmniej dla mnie, Londyn cały czas się zmienia. Nie byłam tam rok, a przez ten czas, z lekka zapuszczone Stratford zamieniło się w wielkomiejski ośrodek pełen wysokościowców,  tych już ukończonych, i tych w trakcie budowy.  A ponieważ zrobiło się nowocześnie, więc władze zmieniły strefę.  Stratford już nie jest w trzeciej strefie, tylko w drugiej, co przekłada się na ceny przejazdów komunikacją. Na szczęście istnieje coś takiego jak Price Capping czyli limit opłat. Między strefami 1 (ścisłe centrum),  a 6 ( przedmieścia, inaczej tzw. Wielki Londyn) można „wyjeździć”  dziennie niecałe 10 funtów, później jeździ się za darmo. Oczywiście w rozliczeniu dobowym. Najlepiej jednak wcześniej zaplanować podróż, przeanalizować szczegółowo mapę komunikacji miejskiej, aby ominąć strefy 1-2.  Każdy przejazd przez centrum miasta, nawet bez wysiadania z metra, nalicza nam wyższe opłaty za kurs. No cóż, gdybym przeliczała funty na złotówki, to pewnie nie ruszyłabym się  z domu! Ewentualnie chodziłabym wszędzie pieszo, a przecież Londyn jest ogromny! Jeśli już zaczęłam o zmianach, to najbardziej chyba denerwujące są ciągłe zmiany w lokalach wynajmowanych przez bary, sklepiki czy punkty usługowe. Miałam taki mały ulubiony sklepik na Leytonstone, gdzie można było wyłowić różnego rodzaju bibeloty, starocie czy książki. Wybrałam się więc tam pewnego dnia i... ZONK! W miejscu mojego sklepiku teraz jest jakiś kebab czy inny halal meat. Mięso „halal”  w islamie to nic innego, jak szechita w judaizmie, gdzie mówi się, że jedzenie jest koszerne. I u jednych, i u drugich istnieje tradycja rytualnego uboju zwierząt. Okrutna tradycja związana z ortodoksyjnymi wierzeniami. Co najdziwniejsze, zwierzę poddawane takim praktykom wcale nie jest „czyste”. Wręcz przeciwnie, fizjologia działa na niekorzyść i zaprzecza twierdzeniom religijnych ortodoksów. Przeczytałam wiele artykułów na ten temat i wnioski są jednoznaczne. Mięso pozyskane w taki sposób pełne jest toksyn i bakterii... czyli jest faktycznie „haram”, a nie „halal”.  Ale temat mi się rozwinął. A wszystko przez to, że mój sympatyczny sklepik zniknął! Jeśli ktoś byłby zainteresowany tym tematem, to odsyłam do ciekawego artykułu https://euroislam.pl/mieso-halal-nie-jest-czyste/

 

Pogoda w Londynie tym razem była jak wymarzona. Nie licząc wiatru, ale tutaj to normalne zjawisko. Wędrowałam więc sobie po znanych mi już, i tych nieznanych miejscach usiłując tak wykadrować zdjęcia, żeby nie widać na nich było wszechobecnych ogromnych dźwigów. To trudne, bo nie tylko wschodni Londyn, ale i centrum jest jednym wielkim placem budowy. Nawet najsłynniejszy most czyli Tower Bridge jest zamknięty dla ruchu kołowego, gdyż zmieniana jest jego nawierzchnia. Na szczęście, pozostawiono chodnik dla pieszych.

 

 

DSC07944.JPG

 

 

DSC07970.JPG

 

 

DSC07987.JPG

 

 

DSC08001.JPG

 

 

DSC08022.JPG

 

 

DSC08028.JPG

 

 

DSC08040.JPG

 

 

DSC08042.JPG

 

 

DSC08043.JPG

 

 

DSC08047.JPG

 

 

Tydzień w Londynie, to bardzo mało. Wyobraźcie sobie, Najmilsi Tubywalcy, że tym razem nawet nie widziałam Pałacu Buckingham, ani Parlamentu. Po prostu tam nie dotarłam!  Nie mówiąc już o królewskiej rodzinie!  Też nie miałam okazji spotkać żadnej koronowanej głowy. Za to na każdym niemal kroku spotykałam niezwykle życzliwych i uczynnych Londyńczyków. Pomocnych i uśmiechniętych. I chwalących mój kulawy angielski, co już zalicza się im na duży plus! Tak jak starszy pan na stoisku z mapami na stacji Richmond. Nie dość, że dał mi darmową mapkę, to jeszcze na niej narysował najlepszą trasę. A później spytał, skąd jestem. Na moje słowa, że z Polski jego twarz rozjaśniła się, miliony zmarszczek wręcz się rozpromieniły, i powiedział czyściutko:  proszę bardzo, dziękuję, do widzenia. I roześmiał się radośnie widząc moją zaskoczoną minę.

 

Byłam za to w Hyde Parku.  Tradycyjnie: łabędzie, gęsi, perkozy, kaczki, mnóstwo spacerowiczów, chociaż nie tylu, ilu jest ich tutaj latem. Spotkałam za to ciekawego człowieka. W starej torbie przyniósł jakieś okruchy i karmił nimi ptaki. Jeden z łabędzi, chyba najśmielszy usiłował się dobrać do torby w nadziei na smakołyki. Piękny obrazek. Zaniedbany, prawdopodobnie biedny człowiek dzielący się z ptakami jedzeniem. Później widziałam go jeszcze, jak stał patrząc na ptaki na Long Water. Jakby był jedynym człowiekiem na całej Ziemi... Nie wiem czemu, ale widok ten przepełnił mnie przejmującym smutkiem. Jakoś tak się porobiło.

 

 

DSC08450.JPG

 

 

DSC08465.JPG

 

 

DSC08477.JPG

 

 

DSC08214.JPG

 

 

Chodząc wokół wody nagle z zaskoczeniem stwierdziłam, że pływa tutaj mnóstwo osób. Mimo zimnego, porywistego wiatru, chmur co chwilę zasłaniających Słońce, i niewątpliwie zimnej wody. I stała się prześmieszna historia. Otóż, jeden z pływaków znalazł sobie konkurenta. A właściwie na odwrót. To konkurent znalazł dobie przeciwnika. Łabędź, bo o nim mowa postanowił wziąć udział w wyścigu. Machał skrzydłami dla dodania sobie prędkości i był w tym naprawdę dobry! Wyglądało to tak, jakby podpatrzył styl człowieka.  I chyba miał z tego niezłą frajdę, bo minę miał rozbawioną. Kto powiedział, że ptaki nie potrafią się cieszyć tak samo, jak my?  A teraz najważniejsze, łabędź wygrał konkurencję!

 

 

DSC08554.JPG

 

 

DSC08555.JPG

 

 

DSC08557.JPG

 

 

DSC08560.JPG

 

 

DSC08561.JPG

 

 

DSC08564.JPG

 

 

DSC08565.JPG

 

 

DSC08566.JPG

 

 

DSC08577.JPG

 

 

DSC08578.JPG

 

 

DSC08580.JPG

 

 

DSC08596.JPG

 

 

Na zakończenie, nawiązując do początku tego wpisu, żeby całkiem nie zwariować robię zdjęcia moim chłopakom. Ich cierpliwość jest równa mojej nachalności.  Ładne pyszczki, prawda? I tym sympatycznym  skądinąd akcentem, pa, pa.

 

 

DSC09170.JPG

 

 

DSC09182.JPG

 

 

DSC09186.JPG

 

 

DSC09193.JPG

 

 

DSC09204.JPG

 

 

DSC09200.JPG

 

 

DSC09208.JPG

 

 

DSC09215.JPG

 

 

Na zakończenie jeszcze kilka słów o sprawie, która zapewne interesuje wiele osób. Pisałam przed wyjazdem, że ostrzegano mnie przed używaniem języka polskiego, bo mogą mnie spotkać nieprzyjemności. Już napisałam wyżej, że nic takiego nie miało miejsca, a wręcz przeciwnie, spotkałam się z życzliwością i wyrazami sympatii. Owszem, słyszałam, że we wschodnim Londynie dwóch śniadolicych młodych ludzi napadło na Polkę,. Zdarzenie miało dramatyczny przebieg, bo zaciągnęli ją za ogrodzenie i usiłowali wykorzystać. Na szczęście, mieszkańcy usłyszeli hałas i spłoszyli napastników.  No cóż, nie tłumaczę tu nikogo, ale dziewczyna wracała sama koło drugiej w nocy, na dodatek była mocno nietrzeźwa. I mogło to spotkać każdą kobietę, która byłaby w tym miejscu i czasie. A że to akurat Polka? Czysty przypadek i tak jest to odbierane. O innych incydentach nie słyszałam. Londyn jest wielkim miastem i statystycznie rzecz ujmując zdarza się tu o wiele więcej przestępstw niż w takiej mojej Dąbrowie Górniczej. Teraz już znikam, pa, pa. No, chyba, że coś mi się jeszcze przypomni :)

 

 

Poniedziałek rano: A propos "przypomni". Może akurat nie przypomniało mi się, ale zobaczyłam tekst Dyktanda 2016. I osłupiałam! Do tej pory sądziłam w zarozumiałości swej, że znam swój język ojczysty w stopniu wystarczającym, posługuję się nim w miarę sprawnie. Otóż, myliłam się okrutnie! Ciekawa jestem, co sądzicie o zamieszczonym poniżej tekście dyktanda. Czy to jeszcze język polski, czy jakaś dziwna hybryda. A może to multi-kulti? Czekam na Wasze opinie :)

 

 

"Witam! To jest nie ekstra, lecz i nie marny, wideoblog quasi-kulinarny. Atrakcji będzie co niemiara, coach kucharz o nie się postara. Wkrótce założę też fanpage’a, lecz nie hejtujcie – to nic nie da. Przepisy będą multi-kulti, nienadaremnie byłem wszędzie - jak stąd dotamtąd, wszechświatowo, a nawet coś z matriksa będzie.

Ot, minimenu wprost z Hogwartu: słabo barwione trzy muffinki, chociażby lekko popsiukane niskosłodzonym sokiem z jeżyn, potem carpaccio, a nad ranem kieliszek courvoisiera. Z wyżyn, z czesko-morawskiej zwłaszcza, piwo warzone skrycie przez bożęta w parkach-ogrodach, jako żywo. I niechaj każdy zapamięta, że już w realu kulinarnym jednakby trzeba zjeść co nieco, choćby ciabattę albo kuskus ze sztukamięsem i ze świecą, zrobioną z maksirzodkwi sprytnie. Na deser niechże kucharz wytnie megapożywny kawał ciasta. Ma być mięciutkie, nie jak ytong, z którego stawiasz ściany domu, a który twardszy od betonu.

A z kuchni Dalekiego Wschodu to oprócz sushi bym polecał sajgonki z słodko-kwaśnym sosem i niejedzone prosto z pieca, a niekoniecznie też z kokosem, zwłaszcza o kwaśnosłodkim miąższu. I pamiętajże przecież w końcu o superleku, o żeń-szeniu, antystresowym cud-korzeniu.

Jeżeli ktoś nie doszacował wartości warzyw, to mu powiem, że pewna znana Kresowiaczka w tużprzedwojennym poradniku, reklamowała ich bez liku. Pisała dużo o endywii, cykorii, ale też o ziołach: szałwii, bazylii, kocimiętce. Przygotowane nie naprędce, ale z rozmysłem i powoli, są superekstrawartościowe. Albo i zdrowe: jak kto woli.

Przepisów tutaj tylko krztyna, lecz to cud-miód, ultramaryna. A kto się przeje i nie wydoli, niechżeżby wziął megaraphacholin."


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Rozpadało się...

poniedziałek, 03 października 2016 1:47

 

... jesiennie i melancholijnie. Koty śpią, takim to dobrze! Ja nie śpię i jest mi... średnio. Jeszcze kilkanaście godzin, jeszcze wzbiję się w niebo (uwielbiam to), jeszcze  lądowanie, które z uwagi na mój błędnik niezbyt lubię, i będę się witać z Londynem! Zabawne, czekam na coś, myślę, jak będzie świetnie, a tuż przed moja energia spada poniżej zera. Spokojnie, to tylko lekki niepokój przed podróżą. Mam nadzieję, że pogoda, wbrew zapowiedziom synoptyków jednak dopisze i uda mi się zrobić trochę zdjęć. A plany, jak na tygodniowy pobyt mam całkiem ambitne. Nie będę tu teraz o nich pisała, żeby nie zapeszyć. Poza tym, plany mają to do siebie, że zawsze można je zmodyfikować. Więc bez zbytniego napięcia i bez większych oczekiwań czekam na to, co Los mi przyniesie. Ponieważ jednak nie będzie mnie przez kilka dni, więc zostawiam kilka najświeższych obrazków. Taki złoty wschód Słońca na deszczowy czas. Na uśmiech i poprawę nastroju. Na jesień.

 

 

DSC08007.JPG

 

 

DSC08024.JPG

 

 

DSC08026.JPG

 

 

DSC08032.JPG

 

 

DSC08038.JPG

 

 

DSC08039.JPG

 

 

DSC08045.JPG

 

 

DSC08047.JPG

 

 

DSC08050.JPG

 

 

DSC08058.JPG

 

 

DSC08060.JPG

 

 

Jak widzicie, Najmilsi Tubywalcy, konkurencja też nie śpi!!! A że nie tylko fotografowie nie śpią przekonałam się, gdy już wracałam do domu. Postanowiłam zajrzeć na rozległe dzikie łąki z cichą nadzieją, że może spotkam jakieś sarny. Pusto, cicho, sennie. Lekki wiaterek wiał mi prosto w twarz. Wyszłam zza kępy brzóz na otwartą przestrzeń i... zamarłam. Znad wysokich traw i suchych badyli wychynęła najpierw jedna, a zaraz za nią druga zaniepokojona głowa. Sarny! A ja postanowiłam udawać drzewo, nawet oddychać przestałam. I tylko jedna myśl, jak ja mam podnieść aparat, który trzymałam w opuszczonej ręce! Maleńki ruch i je spłoszę. Na szczęście, wiatr wiał w moim kierunku, więc stwierdziły chyba, że to dziwne coś, co nagle wyrosło na ścieżce nie stanowi zagrożenia, i zajęły się śniadaniem. Uffffffffff... podniosłam aparat do oczu. Efekt zadziwił nawet mnie samą, bo miałam problem z wyostrzeniem obrazu. Brązowe sarny pomiędzy brązowymi badylami. Przypomina mi to obrazki z ukrytymi kształtami, w które trzeba się wpatrywać, żeby dostrzec to, co ukryte. Ale wiecie co, Tubywalcy Najmilsi?  Jestem dumna z tych zdjęć. Chyba udało mi się oddać klimat tamtej chwili? Oceńcie zresztą sami. Znikam teraz w sen, trzeba trochę się przespać przed podróżą. Następne obrazki będą już z Londynu. Pa, pa!

 

 

DSC08096.JPG

 

 

DSC08097.JPG

 

 

DSC08098.JPG

 

 

DSC08099.JPG

 

 

DSC08103.JPG

 

 

DSC08104.JPG

 

 

DSC08105.JPG

 

 

DSC08107.JPG

 

 

DSC08108.JPG

 

 

DSC08109.JPG

 

 

DSC08110.JPG

 

 

DSC08111.JPG

 

 

DSC08112.JPG

 

 

DSC08117.JPG

 

 

DSC08119.JPG


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Mgła...

niedziela, 25 września 2016 2:40

 

... tak gęsta, że nie widać bloku naprzeciwko, a światła latarń giną wchłonięte przez gęste opary. Zapowiada się mglisty poranek. Zastanawiam się właśnie, czy chce mi się, a może mi się nie chce? Wyjść o świcie, żeby złowić jakieś obrazki. Wczoraj, tj, w sobotę, bo już dawno po północy, też jakoś niezbyt pałałam  entuzjazmem. Poranek był jakiś taki niewyraźny, Słońce przesłonięte leciutkim woalem mgieł gubiło swój blask. Jesiennie już jakby i sennie. W końcu ruszyłam cztery leniwe litery i poszłam nad znajomy staw. Zanim tam dotarłam już byłam przemoczona, bo z wysokich baldachów nawłoci spływała rosa w ilościach przemysłowych! Stanęłam na brzegu, cicho, pusto, ani jednego wędkarza. Nagle, tuż nad lustrem wody śmignęła jaskrawo błękitna strzała. Serce zabiło mi mocniej - zimorodek! Jest, a więc mam szansę na lepsze zdjęcia niż ostatnim razem. Nagle, co to? Drugi zimorodek! Identyczny, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jeden z ptaszków zniknął w wysokich trzcinach. Drugi wybrał sobie gałązkę, bo jakżeby inaczej, po drugiej stronie jeziorka. Siedział, wpatrywał się w wodę, by później błyskawicznie zanurkować i znów usiąść na gałązce, tym razem z rybką w dziobie.  Przenosiłam się z miejsca na miejsce, krążyłam wokół stawu czując, jak chlupie mi w butach, bo oczywiście nie założyłam gumowców! Ptaszki, jakby się przekonały, że z mojej strony nic im nie grozi. Zwykła wariatka: łazi to to bez celu, celuje w ciebie z jakiejś czarnej rury, ryb nie łowi, w sumie niegroźna. I tak powstała cała seria zdjęć. A ja zakochałam się bez pamięci! Jestem zachwycona zimorodkami. Nie sądziłam, że znajdę je tak blisko domu. Cztery godziny spędziłam nad stawem i nawet nie wiem, kiedy tak szybko czas upłynął. Nie przeszkadzały mi mokre stopy, spodnie przyklejające się do kolan. Jedynym minusem były dłonie pogryzione przez komary, które siadały na nich całymi stadami. A ja w tym momencie robiłam zdjęcie! Cóż, miłość wymaga czasem ofiar, prawda? Po powrocie zajrzałam na Google. Moje dwa zimorodki to była parka: samczyk i samiczka. Być może mają gdzieś gniazdo, a w nim pisklęta. W dogodnych warunkach zimorodki wyprowadzają nawet trzy lęgi rocznie! Tak mi się wydaje, bo przeczytałam, że zimorodki są bardzo terytorialne i przepędzają ze swojego rewiru nawet partnera, o ile nie mają akurat piskląt! Jeśli będziecie mieli ochotę, Najmilsi Tubywalcy przyjrzeć się zdjęciom uważnie, to zauważycie różnice. Samczyk jest jaskrawiej ubarwiony, jego kolory są bardziej intensywne, przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Ale przekonajcie się sami!

 

 

DSC07490.JPG

 

 

DSC07494.JPG

 

 

DSC07603.JPG

 

 

DSC07604.JPG

 

 

DSC07625.JPG

 

 

DSC07640.JPG

 

 

DSC07656.JPG

 

 

DSC07661.JPG

 

 

DSC07663.JPG

 

 

DSC07678.JPG

 

 

DSC07704.JPG

 

 

DSC07715.JPG

 

 

DSC07720.JPG

 

 

DSC07723.JPG

 

 

DSC07727.JPG

 

 

DSC07730.JPG

 

 

DSC07731.JPG

 

 

DSC07733.JPG

 

 

DSC07745.JPG

 

 

DSC07752.JPG

 

 

DSC07757.JPG

 

 

DSC07767.JPG

 

 

DSC07778.JPG

 

 

DSC07780.JPG

 

 

DSC07781.JPG

 

 

DSC07782.JPG

 

 

Zostawiam Wam te obrazki, pozachwycajcie się, proszę wraz ze mną. A może też się zakochacie w zimorodkach? Pięknej niedzieli, Tubywalcy, pa, pa!


Podziel się
oceń
1
0
Tagi: zimorodek

komentarze (10) | dodaj komentarz

Pełnia...

środa, 21 września 2016 2:29

 

 

 

... Księżyca Żniwiarzy. Nie wiedząc, że tak się nazywa to zjawisko zrobiłam zdjęcia, bo Księżyc był tym razem wyjątkowy. Jasny i ogromny. Fascynujący i zachwycający! Magiczny, powiedziałabym! Później znalazłam informację w internecie, że to właśnie pełnia Księżyca Żniwiarzy. Dlaczego tak go nazwano? To proste, jasny blask naszego satelity pomagał w prowadzeniu prac rolnych nawet po zachodzie Słońca. Określenie to pochodzi z czasów... starożytnego Egiptu! Niesamowite, prawda? Ten sam Księżyc oświetlał pola Egipcjanina sprzed tysięcy lat, które użyźniał regularnie wylewający Nil. A teraz ogromny, pomarańczowy i niezmienny zaglądał w moje okno. W takich momentach przychodzi mi do głowy, jakże głęboka i odkrywcza (!) refleksja, cóż począć, czasem mam przebłyski geniuszu,  że przeminiemy, znikniemy gdzieś w otchłaniach dziejów. jak tyle kultur przed nami, jak tyle pokoleń, o których nic nie wiemy, po których nic nie pozostało.  A Księżyc będzie trwał. Niemy świadek rozwoju i upadku. Chwały i klęski rodzaju ludzkiego. Coraz częściej mam wrażenie, że powielamy stare błędy, że niczym uparte dzieci brniemy ku przepaści. A Księżyc Żniwiarzy oświetla nam drogę...

 

 

DSC07456.JPG

 

 

DSC07457.JPG

 

 

DSC07460.JPG

 

 

DSC07464.JPG

 

 

DSC07468.JPG

 

 

DSC07469.JPG

 

 

DSC07470.JPG

 

 

Póki jednak żyjemy, póki budzi nas kolejny świt, dopóty jest iskierka nadziei. Że nie wszystko stracone. Że ockniemy się i zrozumiemy, że Słońce wschodzi dla każdego człowieka. Dla każdego stworzenia. Dla ślimaka, motyla i dla rośliny. Pamiętam z dzieciństwa takie makatki haftowane niebieską nicią, które wisiały w kuchniach. Różne były na nich napisy. Wskazówki na dzień powszedni i od święta. Nie wiem dlaczego, ale zapadło mi w pamięć jedno zdanie: Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Jakże prosta, najpierwsza i podstawowa prawda. Szkoda tylko, że ludzie o niej nie pamiętają. Budzimy się z letargu na moment, gdy czytamy o kolejnym zamachu, o kolejnej zbrodni. Przecieramy oczy ze zdumienia, przerażeni, że człowiek człowiekowi...  a później znów zapominamy pochłonięci codzienną gonitwą,  codzienną walką, żeby mieć lepiej, więcej, żeby być na szczycie. Obrazy, które jeszcze wczoraj nami wstrząsnęły zacierają się w naszej pamięci. Powszednieją i tracą swą tragiczną wymowę. Bo już nacierają na nas kolejne wiadomości, kolejne obrazy, kolejne tragedie. I tak bez końca.

 

 

Skąd we mnie tyle melancholii, spyta ktoś. Cóż, śmierć i przemijanie, poczucie straty towarzyszy mi właściwie od dzieciństwa. Miałam zaledwie pięć lat, gdy byłam świadkiem śmierci mojego Dziadziusia Pietrusia.  Nie zdając sobie wówczas sprawy z nieuchronności i ostateczności tego, co widzę miałam jednak przeczucie, że mój świat właśnie się zmienia. A patrząc na rozpacz mojej Babuni wiedziałam, że stało się coś strasznego i nieodwracalnego. Teraz śmierć jakby spowszedniała, stała się tematem w wiadomościach. Sąsiaduje z informacjami o wpadce Pani X, która odsłoniła zbyt wiele, i z „gorącym newsem” za ile Pan Y kupił sobie najnowszy samochód. Czytamy o niej w brukowcach, w Internecie, oglądamy ją na żywo w telewizji. I chyba nie traktujemy jej serio. Nie widzimy prawdziwych ludzi, ich cierpienia i rozpaczy. Są dla nas jak postaci z komiksu. Tylko, że w przeciwieństwie do tych komiksowych postaci, te nie wstaną i nie pójdą swoją drogą. Dla nich kończy się wszystko. Chyba, że wierzy się w życie po śmierci, ale to już inny temat. Nie na dzisiaj.

 

Ostatni weekend zaskoczył mnie nagłym chłodem i opadami. Miałam tyle planów na wypady w teren, a właściwie nosa nie wyściubiłam na zewnątrz. Za to zajęłam się malowaniem! Zawsze była we mnie tęsknota za tą dziedziną sztuki. Więc malowałam sobie... kaloryfery!!! Ha ha ha... myślicie, że to takie proste? Mam żeliwne, żeberkowe kaloryfery z całym mnóstwem zakamarków, do których trzeba się dostać za pomocą specjalnie wygiętego pędzla. W sypialni – 16 żeberek, w salonie – 21, w kuchni – 8, w garderobie – 14, a w łazience – 6. Ile to razem? Nieważne, ważne, że napracowałam się nieźle! Efekt? Jest czyściutko, biało, farba, zgodnie z zapewnieniami producenta, nie powinna żółknąć. Najważniejsze, że jest ekologiczna, szybko schnie i nie czuć jej rozpuszczalnikiem, bo niespecjalnie przepadam za tym zapachem. Podsumowując: znowu brawo ja!

 

Wrócę jednak jeszcze na chwilę do ubiegłego weekendu, kiedy to lato zaszalało i powaliło mnie na kolana (dosłownie i w przenośni!) temperaturami w okolicach trzydziestu stopni Celsjusza. W sobotę wybrałam się nad Pogorię IV. Było przed świtem, znad wody unosiła się biała mgła, w której majaczyły zacumowane łodzie.  Zeszłam z wysokiego brzegu nad samą wodę, ale w żaden sposób nie mogłam dobrze wykadrować zdjęć. Zdjęłam więc buty i skarpetki, podwinęłam wysoko szorty i weszłam do wody. I tu zaskoczenie! Spodziewałam się szoku w zetknięciu z lodowatą (tak myślałam!) wodą, podczas gdy okazało się, że woda jest cieplutka i przyjazna. Brodziłam sobie przepłaszając ryby pętające się między stopami i szukałam najciekawszych ujęć. Było cicho i miękko, głosy budzących się ptaków dobiegały z daleka, mgła otulała świat. Tylko z rozbitego na wysokim brzegu namiotu dobiegało męskie chrapanie. Surrealistycznie trochę! W takich momentach znikają wszystkie problemy, świat realny wydaje się nierealny i odległy.  Jest pięknie, tak po prostu...

 

 

DSC07474.JPG

 

 

DSC07498.JPG

 

 

DSC07508.JPG

 

 

DSC07512.JPG

 

 

DSC07519.JPG

 

 

DSC07536.JPG

 

 

DSC07544.JPG

 

 

Jednak wszystko, co dobre... ruszyłam więc, po założeniu butów, rzecz jasna, w kierunku Pogorii III i II. Niestety, brama do zaprzyjaźnionego jacht klubu była zamknięta na głucho, wszyscy pewnie spali snem sprawiedliwego, pomaszerowałam więc, z żalem rezygnując z fotografowania świtu z jachtami w roli głównej, nad Pogorię II. A tam... zresztą, niech zdjęcia mówią same za siebie. Od siebie dodam jedynie, że dawno mnie już tak komary nie pogryzły, jak na Bagrach! Ale co tam, warto było!

 

 

DSC06856.JPG

 

 

DSC06859.JPG

 

 

DSC06860.JPG

 

 

DSC06880.JPG

 

 

DSC06882.JPG

 

 

DSC06883.JPG

 

 

DSC06888.JPG

 

 

DSC06898.JPG

 

 

DSC06901.JPG

 

 

DSC06912.JPG

 

 

DSC06928.JPG

 

 

DSC06953.JPG

 

 

DSC06956.JPG

 

 

Niedziela była równie upalna, a może nawet bardziej niż sobota. Nie chciało mi się rano wstawać. To znaczy, aż tak rano, więc wyszłam z domu dopiero koło ósmej. Zbyt późno, żeby maszerować gdzieś daleko, więc  znów odwiedziłam „mój” staw na Staszicu.  I znowu mgły, zatrzęsienie owadów unoszących się nad trzcinami i... zaskroniec. Pięknie sobie płynął malując własnym smukłym ciałem niesamowite grafiki. Cudny obraz! Pewna zaprzyjaźniona malarka pochwaliła mnie za te zdjęcia. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że to Natura jest największym artystą. Ja tylko rejestruję jej dzieła.

 

 

DSC07127 - Copy.JPG

 

 

DSC07138 - Copy.JPG

 

 

DSC07150 - Copy.JPG

 

DSC07154 - Copy.JPG

 

 

DSC07159 - Copy.JPG

 

 

DSC07171 - Copy.JPG

 

 

DSC07171.JPG

 

 

DSC07180 - Copy.JPG

 

 

DSC07182 - Copy.JPG

 

 

DSC07183 - Copy.JPG

 

 

DSC07184 - Copy.JPG

 

 

DSC07185 - Copy.JPG

 

 

DSC07186.JPG

 

 

Dodatkowym bonusem było moje spotkanie z zimorodkiem. Widziałam wcześniej tego ptaszka, ale jedynie, gdy przelatywał z prędkością błyskawicy nad rzeczką Pogoria. Tym razem polował sobie na rybki siedząc na wysokiej wierzbie, Wpatrywał się czujnie w wodę by w pewnym momencie runąć z gałęzi do wody. I tak wielokrotnie. Niestety, był dla mnie zbyt szybki i nie udało mi się go sfotografować w locie. Zawsze zazdrościłam innym niesamowitych ujęć owadów i ptaków zatrzymanych w locie. Zastanawiałam się, jak oni to robią, mówię tu o fotografach. Aż dowiedziałam się, że są to albo zdjęcia seryjne, albo kręcone filmy, z których wycinane są poszczególne kadry.  Tak zwane stop klatki.  Czyli, nie jestem taka znów beznadziejna. Ja przynajmniej nie oszukuję, nie stosuję żadnych sztuczek ani programów graficznych. A zimorodek był cudny!!!

 

 

DSC07214.JPG

 

 

DSC07217.JPG

 

 

DSC07221.JPG

 

 

DSC07223.JPG

 

 

DSC07225.JPG

 

 

DSC07227.JPG

 

 

DSC07232.JPG

 

 

DSC07246.JPG

 

 

DSC07247.JPG

 

 

DSC07254.JPG

 

 

DSC07258.JPG

 

 

DSC07260.JPG

 

 

DSC07257.JPG

 

 

I jeszcze, tak na zakończenie, bo mi się spać chce. Na moim balkonie, zupełnie niespodziewanie pojawił się... pomidor! Nie sadziłam, nie siałam, pomidory miałam w zeszłym roku, a tu nagle jakieś zagubione nasionko wykiełkowało. Pomidorki są wielkości jednogroszówki, ciekawe, czy zdążą dojrzeć? Przedziwne to jakoś!

 

 

DSC07420.JPG

 

 

DSC07423.JPG

 

 

DSC07427.JPG

 

I, już naprawdę na zakończenie, dwa portreciki chłopaków. Bo by było nieważne bez nich. I to by było na tyle. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy!

 

 

DSC06992.JPG

 

 

DSC06996.JPG

 

 

Ach, byłabym zapomniała. Wiecie, Tubywalcy Szanowni, że trzeciego października lecę do Londynu. I właśnie ostatnio, w związku z tym moim wyjazdem, pewna znajoma poradziła mi (odpowiednio zatroskanym tonem). Tylko, wiesz, jak już będziesz w Londynie to NIE MÓW PO POLSKU!!! Bo wiesz, oni tam POLAKÓW BIJĄ!!! Wiesz, po co ich PROWOKOWAĆ!!! Ktoś tu zwariował i to nie jestem ja... chyba???  Czekam na kolejne dobre rady!!! Nie korzystaj z metra! Nie wychodź na ulicę! Kup sobie burkę! Nie leć do Londynu! Jasny gwint!!! Pa, pa!

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ups...

piątek, 09 września 2016 2:19

 

 

... zrobiłam to znowu! I mam mieszane uczucia z tym związane. Ale może uściślę, bo skąd możecie wiedzieć, Tubywalcy Najmilsi, jaki to znów grzech popełniłam... tylko od którego zacząć? Żartuję, aż tak bardzo nie grzeszę, chyba raczej z braku okazji niż kryształowego charakteru! Otóż, kupiłam sobie nowy aparat fotograficzny. Cudną alfę 65. Cacko, mówię Wam, dosłownie cacuszko! Bez mała sama zdjęcia robi, ja służę jedynie za statyw i automat do zwalniania migawki. Ach, ta moja skromność, prawda? Żarty żartami, a w najbliższych miesiącach czeka mnie chleb ze smalcem popijany kranówą! Przynajmniej schudnę, co będzie dodatkowym bonusem. Troszkę przesadzam, od czasu do czasu jakąś pasztetową sobie kupię. Zabawne, ostatnio spotkałam sąsiadkę, która spytała mnie, gdzie idę. Odpowiedziałam, że do sklepu, po żarcie dla siebie i jedzonko dla chłopaków! Mina sąsiadki – bezcenna. A przecież ja szczerą prawdę powiedziałam. Człowiek „opędzi się” byle czym, a kota za Chiny nie zmusisz do zjedzenia czegoś, czego nie lubi...  Ale wracając do mojej nowej alfy. Poniżej zaprezentuję Wam trochę zdjęć, jakie nią zrobiłam. Trochę, może dość sporo, jako że długo mnie nie było. Ponad miesiąc... czas leci, na dodatek zapomniałam hasła do własnego bloga, na szczęście, znalazłam notes, gdzie to hasło kiedyś zapisałam. Po prostu zapomniałam, gdzie schowany jest notes!!! Czy istnieje taki grzech, jak „zapominalstwo”? Jeśli tak, to będę się smażyć w Piekle! No cóż, pożyjemy – zobaczymy... to znaczy, umrzemy – zobaczymy... albo i nie! Jakoś nikt „stamtąd” nie wrócił, żeby opowiedzieć. Jejku, co za tematy po północy.Wrócę lepiej do moich ostatnich zdobyczy, dobrze? Do pszczół pracowicie zbierających pyłek z kwiatów, do motyli spijających nektar długimi ssawkami, do pająków – cierpliwych i cichych zabójców, do koników polnych grających w trawie swoje melodie, do ważek – zwinnych helikopterków, które rzucają mi wyzwanie: złap mnie w kadr, jeśli potrafisz! Nie powiem Wam tu, ile zdjęć zrobiłam, gdzie miała być ważka. No, była przecież, tylko.... odleciała! Szybkie i nieprzewidywalne w swym locie stworzonka! Ale za to jakie piękne!

 

 

DSC05473.JPG

 

 

DSC05478.JPG

 

 

DSC05485.JPG

 

 

DSC05500.JPG

 

 

DSC05516.JPG

 

 

DSC05530.JPG

 

 

DSC05534.JPG

 

 

DSC05673.JPG

 

 

DSC05677.JPG

 

 

DSC05679.JPG

 

 

DSC05775.JPG

 

 

DSC05801.JPG

 

 

DSC05830.JPG

 

 

DSC05880.JPG

 

 

DSC05882.JPG

 

 

DSC05896.JPG

 

 

DSC05906.JPG

 

 

DSC05922.JPG

 

 

DSC05968.JPG

 

 

DSC05997.JPG

 

 

DSC02600.JPG

 

 

DSC02622.JPG

 

 

DSC02736.JPG

 

 

DSC06005.JPG

 

 

DSC06006.JPG

 

 

DSC06009.JPG

 

 

DSC06032.JPG

 

 

DSC06378.JPG

 

 

DSC06387.JPG

 

 

DSC06415.JPG

 

 

DSC06421.JPG

 

 

DSC06489.JPG

 

 

DSC06440.JPG

 

 

DSC06510.JPG

 

 

DSC06512.JPG

 

 

DSC06513.JPG

 

 

DSC06514.JPG

 

 

DSC06602.JPG

 

 

DSC06393.JPG

 

 

DSC06538.JPG

 

 

DSC06559.JPG

 

 

DSC06572.JPG

 

 

DSC06578.JPG

 

 

DSC06611.JPG

 

 

DSC06613.JPG

 

 

DSC06644.JPG

 

 

DSC06670.JPG

 

 

DSC06682.JPG

 

 

DSC06690.JPG

 

 

DSC06700.JPG

 

 

DSC06917.JPG

 

 

Ostatnie weekendy na  szczęście były słoneczne i gorące. Ponieważ upały to obecnie niekoniecznie to, co lubię najbardziej, więc z domu wychodziłam przed świtem, żeby wrócić zanim zacznie się lać żar z nieba. To najpiękniejsza pora dnia. Mgły snują się nad łąkami, Słońce przedziera się przez białe woale, gdzieś w zaroślach buszują ptaki, poza tym cisza, ludzkość jeszcze śpi, nikt nie wrzeszczy, nie przeszkadza mi w celebrowaniu piękna. A ja wędruję powoli, z wysokich traw strącając krople rosy. W ciągu kilku minut mam mokre stopy, spodnie przyklejają się do skóry, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, prawda?  Od czasu do czasu oglądam uważnie łydki, czy jakiś kleszcz nie upodobał sob ie mojej nogi. Na szczęście, udało mi się tego uniknąć, jak do tej pory. I oby tak zostało!

 

 

DSC06261.JPG

 

 

DSC06274.JPG

 

 

DSC06279.JPG

 

 

DSC06283.JPG

 

 

DSC06289.JPG

 

 

DSC06291.JPG

 

 

DSC06294.JPG

 

 

DSC06299.JPG

 

 

DSC06305.JPG

 

 

DSC06316.JPG

 

 

DSC06319.JPG

 

 

DSC06322.JPG

 

 

DSC06325.JPG

 

 

DSC06329.JPG

 

 

DSC06334.JPG

 

 

DSC06353.JPG

 

 

DSC06365.JPG

 

 

DSC07374.JPG

 

 

DSC07375.JPG

 

 

DSC07377.JPG

 

 

DSC07381.JPG

 

 

Z kolei w drugiej połowie dnia wyruszałam przed zachodem Słońca, gdy upał z lekka zelżał, a Słońce zmierzało powoli za widnokrąg. Złota godzina nad Pogorią III. Wręcz czuć oddech Słońca. Ziemia pachnie latem. Jest pięknie, aż do bólu. Myślę sobie w takich momentach, dlaczego ludzie są pełni gniewu i nienawiści. Skąd tyle agresji?  Polityka, terror, chciwość i głupota. Tak, głupota przede wszystkim. Historia niczego nas nie nauczyła. Znów zmierzamy ku samozagładzie. W ostatnią sobotę usłyszałam huk na niebie. Wyskoczyłam na balkon (niestety, bez aparatu!) i zobaczyłam dwa F16 lecące nisko, prawie nad moją głową! Pierwsza myśl?  Kolejny wrzesień!!! Poczułam obezwładniający strach! Nie, nie jestem panikarą, ale... Na szczęście, przypomniałam sobie, że w Katowicach na lotnisku Muchowiec odbywa się piknik lotniczy, i jedną z atrakcji ma być przelot F16  właśnie. Odetchnęłam z ulgą, ale ten moment, gdy pomyślałam, że zaczęła się wojna... Nie chcę się tak czuć, nie chcę się bać, że czyjaś głupota zniszczy nasz świat. Nie zgadzam się na kłamstwa i nienawiść.  I jestem bezsilna. Bo co ja mogę? Może tylko pokazywać piękno świata?  Tylko, czy to wystarczy?

 

 

DSC06137.JPG

 

 

DSC06142.JPG

 

 

DSC06150.JPG

 

 

DSC06152.JPG

 

 

DSC06166.JPG

 

 

DSC06175.JPG

 

 

DSC06179.JPG

 

 

DSC06188.JPG

 

 

DSC06193.JPG

 

 

DSC06206.JPG

 

 

DSC06220.JPG

 

 

DSC06222.JPG

 

 

DSC06231.JPG

 

 

DSC06235.JPG

 

 

Ostatnio zadzwonił do mnie ciemną nocą taki jeden znajomy Grzegorz. Przesympatyczny, lubimy się od lat, czasem nie dzwoni przez kilka miesięcy, a czasem mam telefony przez kilka wieczorów z rzędu. I tak sobie gadamy pomalutku, o wszystkim i o niczym. I właśnie podczas jednej z takich rozmów zaczęliśmy wspominać Londyn. Ja znam lepiej wschodnią część miasta, Grześ pomieszkiwał na zachodnim krańcu. No i zatęskniłam za Londynem, jakoś zrobiło mi się smutno, że nie poleciałam tam tego lata. Skończyliśmy rozmowę, weszłam na Internet, i pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to reklama promocji jednej z linii lotniczych. Weszłam na stronę, rozejrzałam się i... kupiłam bilet w dwie strony w rewelacyjnie niskiej cenie. Lecę więc do Londynu 3. października!!!

 

 

Mam nadzieję, że nie przesadziłam z ilością zamieszczonych tu zdjęć! No cóż, musiałam nadrobić ponad miesięczną przerwę! A żeby zamknąć ten wpis jakąś logiczną klamrą, więc tak na zakończenie, na dobrą noc dwa portreciki moich chłopaków.  Dobrej nocy i pięknego dnia, Najmilsi Tubywalcy. Pa, pa!

 

 

DSC07142.JPG

 

 

DSC07172.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 672  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557672

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości