Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Arka

środa, 01 kwietnia 2009 23:25


Nie wiedział, co go obudziło. Przez otwarte okno wpadało duszne powietrze. Idzie na burzę, pomyślał na wpół sennie i poczuł jak wzdłuż kręgosłupa spływa mu łaskocząca kropla potu. Obok, w ciemności wyczuwał ciepłe ciało żony, cholera, ależ utyła po dziecku. I zaraz zawstydził się trochę, w końcu  sam też był tego sprawcą. Poniekąd, uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, nawet nie patrząc, że znów założyła na siebie sprany podkoszulek, który on sam już dawno spisał na straty.  Nie tak miało być, przecież kiedyś lubiła ubierać się w zwiewne i podniecające łaszki, jakieś takie przezroczystości, na widok których nie mógł utrzymać rąk przy sobie. I nieważne były inne kobiety, jego kobieta była najpiękniejsza. Cholera, cholera jasna. Sen odszedł na dobre. Wyślizgnął się powoli i ostrożnie z ciepłego kręgu posapywań żony. Znowu się zaśmiał sam do siebie i zarazem z siebie wyobrażając sobie tłuste ciało wbite w seksowny gorsecik. I jak ja mam spełniać małżeński obowiązek. Samo słowo obowiązek sprawiało, że wszystko odpływało, cała ochota na seks znikała. Wiedział, że ją zaniedbuje, wiedział, że czasami pochlipuje w poduszkę, gdy on udawał, że śpi. Żeby tylko nie trzeba było jej dotykać. Jedno dziecko nam na razie wystarczy, tak jej powiedział jakiś czas temu i sam siebie prawie znienawidził na widok bólu, który dostrzegł w jej oczach nim cofnęła głowę jak przed uderzeniem pięścią. Podrapał się po brzuchu. No tak, znowu przytyłem, ona nawet nieźle gotuje, ale czy to musi być tradycyjna kuchnia jej mamusi. Tłusto, ciężko i niezdrowo.  Bo chłop ma się najeść, żeby miał siłę do pracy. Żeby mógł utrzymać swoją „i że cię nie opuszczę aż do śmierci" żonę i wrzeszczącego bachora, z którym nie da się nawiązać żadnego sensownego kontaktu. Przypomniał sobie swoje marzenia. Jakże mgliste i niewyraźne. O wspólnych wyprawach na mecze, o filmach, jakie razem obejrzą, o dziewczynach, które będą obgadywać siedząc na ławce w parku. Jak ojciec z synem. Marzenia mają to do siebie, że nigdy się nie spełniają. Dzieciak już po urodzeniu wydawał się jakiś inny. Diagnoza lekarzy, którzy prześwietlili, przebadali maleńkie ciałko do każdej maleńkiej komórki, była jednoznaczna. Nigdy nie będzie normalnym dzieckiem. Szczęściem będzie jeśli kiedykolwiek nawiąże kontakt z otoczeniem. Krótko, mądrze i treściwie a jednak niezrozumiale. Jak to tak, tak po prostu, debil? Przypomniał sobie, że kiedyś w dzieciństwie widywał podobnego dzieciaka, który ślinił się i bełkotał wożony w za małym dziecinnym spacerowym wózku przez umordowaną zaniedbaną kobietę z włosami tlenionymi na pszeniczny blond. Pamiętał swój strach i obawę, gdy kiedyś w windzie to coś na wózku chwyciło go za rękę szponiastymi palcami. Matka dzieciaka uśmiechnęła się i powiedziała, że jej synek, takiego słowa użyła, synek, chciałby się z nim przywitać. Wyszarpnął rękę w panice i wyskoczył z windy gdy tylko otworzyły się drzwi. Na plecach czuł spojrzenie dwóch par oczu. Oskarżające i nieprzyjazne. Na dłoni wciąż czuł dotyk tamtych palców. Wstrząsnął nim dreszcz. Już wiedział, co takiego go obudziło. Z sąsiedniego pokoju dochodził cichy bełkot. Nie lubił tam wchodzić, ale wiedział, że nie ma wyjścia. Żona była zbyt zmęczona, niech się trochę prześpi. Zapalił światło w przedpokoju i ostrożnie uchylił drzwi. W smudze światła zobaczył łóżeczko i malca, który leżał na wznak wpatrując się w nocne niebo. Nie zareagował w żaden sposób, nie spojrzał, nie uśmiechnął się do ojca. Na co on tak patrzy, wzrok mężczyzny podążył za spojrzeniem syna. Wstrząs jaki odczuł, porównać by mógł do porażenia prądem. Nie wierzył temu, co zobaczył. Uszczypnął się mocno w przedramię. Obraz nie zniknął. Na nocnym niebie świeciły dwa księżyce. Dwa pieprzone okrągłe księżyce. Poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku łóżeczka. Dzieciak patrzył wprost na niego, z jego ust spływała srebrzysta nitka śliny, a w oczach odbijał się księżyc. Cholera, nie księżyc tylko dwa księżyce. Ja chyba śpię. Zaraz się obudzę i to wszystko zniknie. Wszystko będzie normalne. Wiedział, że to co się dzieje, normalnym nie da się nazwać. Cdn.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Las

niedziela, 11 marca 2007 13:18

... byłam w lesie. Czy twoim zdaniem też nie ma nic piękniejszego od wiosennego lasu? Gdy szarości i brązy zimy walczą z seledynami i srebrzystościami pierwszych wiosennych pąków i listków? Czy patrzyłeś kiedyś prosto w korony brzóz, zadzierając głowę aż do bólu karku? Na tle błękitniejącego nieba jaśnieje seledynowa poświata wokół czarnych jeszcze gałązek. Spod wyschniętych liści wyglądają nieśmiało zwinięte jeszcze skromnie brunatne, omszałe główki podbiałów. Jeszcze chwila, jeszcze moment i otworzą się do słońca, konkurując z nim żółcią i złotem. W rozlewiskach odbijają się przepływające obłoki. Od czasu do czasu nieruchomą taflę wody mąci topik. Czy nachylałeś się kiedyś nad kałużą, pozostając nieruchomo i czekając aż wynurzy się z niej zielony pyszczek żaby z wielkimi uważnymi oczami? Nieruchomieje wówczas wszystko, nawet wiatr ucicha i zamiera szelest suchych traw. I patrzycie na siebie, zamieracie, ty i zielony stworek a czas przepływa przez was, obok was i poza wami. W końcu żaba znudzona daje nura pod brunatne liście zalegające dno kałuży, a tobie nie chce się dłużej czekać na ponowne spotkanie. Więc podnosisz się prostując ścierpnięte nogi, cóż starość nie... Uśmiechasz się wówczas do siebie porozumiewawczym uśmieszkiem, który tylko ty rozumiesz. Powiedz, czy tak kiedyś było? Czy wędrując leśnymi ścieżkami zawędrowałeś kiedyś nad ciemny staw, mętny od rzęsy, pełen dziwnych cieni? Oto stojąc nieruchomo za wysokimi srebrno szarymi łodygami tataraku widzisz, jak na taflę opada para kaczek. Pan Kaczka strojny w kolorowe pióra mieni się w blasku przedpołudniowego słońca turkusem, złotem i indygo. Pani Kaczka brązowo-biało-beżowa, skromna w porównaniu z puszącym się partnerem. Głośne kwakanie przerywa ciszę, kaczki krążą wokół siebie coraz bliżej i bliżej. Nagle poruszają się gwałtownie trzciny na przeciwległym brzegu. Wypada spomiędzy nich samozwańczy gospodarz tego stawu. Duży rozgniewany kaczor lecąc nisko nad taflą wody opada tuż przy przybyszach. Chwila zamieszania, samce biją skrzydłami wznosząc fontanny wody. W końcu z towarzyszeniem głośnego kwakania para kaczek opuszcza niegościnny staw i odlatuje w poszukiwaniu swojego miejsca. Czy stałeś kiedyś ukryty za wysokim tatarakiem, bojąc się nawet oddychać? Czy czułeś w sobie tyle wzruszenia i emocji, że nie śmiałeś się poruszyć i jedyną myślą było, że przecież i tak nie zdążysz uruchomić aparatu, więc lepiej nie mącić cudu, który właśnie się dzieje? Czy słuchałeś kiedyś dialogu dwóch żab rechoczących w suchych szuwarach? Czy szukałeś wzrokiem maleńkiego śpiewaka ukrytego wśród splątanych gałęzi, zastanawiając się jakim cudem z takiego maleńkiego gardziołka wydobywa się dźwięk srebrnych dzwoneczków? Czy chciałeś zatrzymać chwilę, by jeszcze przez moment słońce rozświetlało mgły nad mokradłem tworząc fantastyczne obrazy? Czy zrobiłeś kiedyś takie zdjęcie, tylko po to by je później wykasować, bo nie oddawało, nie mogło oddać tego ogromu piękna? Czy między krzewami mignęło Ci rudawo-szare futerko lisa? Zbyt szybko, abyś był pewien, czy to nie gra świateł lub twej wyobraźni? Powiedz, czy tak kiedyś było?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Baśń o Pierwszej Kobiecie i Pierwszym Mężczyźnie

niedziela, 11 marca 2007 12:45

Był czas gdy Słońce było jeszcze młode. W świecie turkusowo-błękitnym wszystko było nowe i pełne blasku. Trawy wysokie szumiały na bezkresnych przestrzeniach, ciepły wiatr budził do życia kwiaty i owady. W mrocznych leśnych gęstwinach liście szeleściły poruszane dotknięciem dziwnych stworzeń. Przez ten świat wędrował Pierwszy Mężczyzna. Był silny i potężny. Długie włosy opadały mu na brunatne ramiona i dalej na plecy. Stopy pewnie stąpały po kamieniach i piasku. Rozglądał się czujnie wokół, bez myśli i bez tęsknot. Przyjmował świat takim jakim go widział. Wędrował już długo, kilkanaście może kilkadziesiąt słońc. Był zmęczony i spragniony. Wiedział, że gdzieś niedaleko powinna być woda. Była. Małe jeziorko ukryte wśród skał. Pierwszy Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie. Coś na kształt zdziwienia zabłysło w jego ciemnych oczach. Na skale wznoszącej się pionowo nad taflą wody siedziała istota. Podobna i niepodobna wcale. Mniejsza, drobniejsza i jaśniejsza. Nie wiedział, że los skierował tutaj jego kroki, by spotkał Pierwszą Kobietę. Przyglądali się sobie uważnie, z zaciekawieniem. Po chwili Pierwsza Kobieta wstała i podeszła do Pierwszego Mężczyzny. Dotknęła jego ramienia. I poczuła, że jest równie twarde jak skały wokół jeziora. Spojrzała w jego oczy i uśmiech przemknął po jej twarzy. Wówczas Pierwszy Mężczyzna dotknął jej włosów, były miękkie jak futerko leśnej kuny, o barwie zimowego futra wiewiórki. Dotknął jej skóry. Była delikatna jak najdelikatniejszy puch, jakim ptaki wyściełają gniazda. W jej oczach widział chmury odbijające się w toni jeziora. I pokochał Pierwszy Mężczyzna Pierwszą Kobietę, choć jeszcze nie umiał nazwać słowami tego co czuje. Ich ciała podobne i niepodobne zrozumiały to pierwsze, później przyszedł czas na umysły i dusze. I objął ich mech turkusowy, ukołysał aż zasnęli spleceni pod młodym Słońcem. Czas płynął. Pierwszy Mężczyzna coraz częściej patrzył z tęsknotą w oczach w kierunku dalekich przestrzeni. Pierwsza Kobieta spostrzegła, że dziwny grymas coraz częściej pojawia się na jego twarzy, a wargi zaciskają się w wąską linię. On pomyślał, że jej włosy wcale nie są tak miękkie jak futerko leśnej kuny, że straciły barwę zimowego futerka wiewiórki. Jej ciało już nie było tak delikatne jak ptasi puch. Nie uśmiechała się już do niego tym dziwnym tajemniczym przelotnym uśmiechem, który rodził się w jej oczach podobnych do chmur odbijających się w wodzie jeziora. I odszedł Pierwszy Mężczyzna od Pierwszej Kobiety szukać nowych światów. A ona została nieruchoma na skale wznoszącej się nad jeziorem wierząc, że to nie na zawsze, że do niej wróci. Pierwszy Mężczyzna wędrował, spotykał istoty podobne do siebie, spotykał kobiety o dłoniach miękkich i chłodnych jak górski potok, o włosach w odcieniach miodu i skrzydeł kruka. Wiele z nich chciało go zatrzymać, jednak coś ciągnęło go wciąż dalej i dalej. Aż przyszedł dzień, gdy Pierwszy Mężczyzna zrozumiał, że ten ból, który czuł w piersiach to nie zmęczenie ani choroba, lecz dziwne uczucie, którego nie umiał nazwać. Pomyślał, że Pierwsza Kobieta powiedziałaby mu co to oznacza. Zatęsknił za jej włosami jak futerko leśnej kuny i za ciałem delikatniejszym od puchu unoszącego się w powietrzu, za jej przelotnym uśmiechem. Zawrócił, szedł coraz szybciej i szybciej, z obawą i strachem. Aż dotarł do miejsca, które nazywał domem. Z lękiem popatrzył wokół. Była tam, nieruchoma i mała, podobna do skały na której siedziała. Jej włosy przypominały skrzydła szarego gołębia a w martwych oczach nie rodził się uśmiech jak chmury odbite w wodzie. Pierwszy Mężczyzna spojrzał w taflę jeziora i nie poznał człowieka, który na niego patrzył z wody. Jego włosy były bielsze niż skały wybielone młodym Słońcem, ciało osmagane deszczami i spalone słonecznymi promieniami czas naznaczył bezlitosnym rylcem. I zapłakał Pierwszy Mężczyzna. Wówczas coś na kształt tajemniczego uśmiechu pojawiło się na twarzy Pierwszej Kobiety. Dotknęła dłonią słonej kropli na jego policzku, I czas cofnął swe zegary. Słońce znów stało się młode, a oni podążyli ku posłaniu z mchu turkusowego. I zasnęli wtuleni w siebie. Jej miękkość połączona z jego twardością. Jego dłoń zaplątana w jej włosy podobne do futerka wiewiórki. Jeśli kiedyś zawędrujesz w te strony, przechodź ostrożnie, tam na posłaniu z mchów szmaragdowych, pod parasolem zielonych paproci śnią słodko wtuleni sen wspólny i spokojny. Rozpoznasz tę polanę, bo nawet ptaki milkną by ich nie budzić, zwierzęta stąpają ostrożnie, by pozwolić wyśnić im swój sen o czasie gdy świat był młody a Pierwsza Kobieta miała włosy tak miękkie jak futerko wiewiórki. Odejdź więc cicho spojrzawszy wcześniej w sklepienie zielonej katedry. Na ciebie również czeka świat młody, piękny jak najpiękniejsza szmaragdowa polana znaczona kroplami słońca. Ciiiiiiiiiiiii………….

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MUK

niedziela, 11 marca 2007 12:41

Muk


Przyjaciel Mój, futrzany powiernik myśli, gąbka wchłaniająca litościwie moje łzy, szczotka pełna kurzu, termoforek ogrzewający zimą moje stopy, właściciel najpiękniejszych bursztynowych oczu na świecie. A zaczęło się tak dziwnie. Był małą futrzaną kulką, którą przyniósł za pazuchą mój znajomy. Wyjeżdżał do Grecji na długi czas i szukał domu dla świeżo adoptowanego sieroty. Marcin oszalał z zachwytu. Ja też, chociaż zachowywałam kamienną twarz i udawałam niezadowolenie. Jednak gdzieś w głębi duszy już przywiązywałam się do tego psiaka. Wiedziałam, że czekają mnie dodatkowe obowiązki i kłopot. Tak więc Muk zamieszkał z nami. Był piękny, jak piękny może być olbrzymi kłąb czarnego futra, podpalanego na łapach na brązowo. Na ulicy ludzie uśmiechali się do niego, w parku zaczepiali mnie pytając jaka to rasa, słyszałam piski dzieciaków „ale niedźwiedź”. Zachowywał wówczas spokój, nie patrząc na obcych, nie interesowali go, o ile nie stanowili zagrożenia.

Pamiętam, szłam kiedyś przez centrum miasta. Było ok. 23-ciej. Puste ulice, ciepło i tylko my. Muk karnie przy lewej nodze, patrzący od czasu do czasu w moje oczy, by odczytać intencje. Od jakiegoś czasu szedł na nami jakiś mężczyzna. Miałam wrażenie, że idzie w konkretnym celu. Poczułam lekka obawę. Spojrzałam na Muka. Wydawał się spięty, co jakiś czas odwracał łeb do tyłu, uszy położył po sobie i sierść na grzbiecie lekko się podniosła. W pewnym momencie mężczyzna zrównał się z nami. Zdążył powiedzieć tylko „Przepraszam panią bardzo, że tak zaczepiam na ulicy, ale….” I w tym momencie jego głos zagłuszył ryk, bo nie było to tylko warczenie. Muk stanął na tylnych łapach, kolczatka werżnęła się w futrzany kołnierz na szyi, wargi podniosły się odsłaniając garnitur zębów, oczy rzucały czerwone błyski, Pierwszy raz widziałam mojego psa w takim stanie furii. Czysta zwierzęca wściekłość. Odezwałam się do mężczyzny, radząc aby odszedł, bo mogę nie utrzymać psa na pejczu. Wiedziałam, że panuję nad psem, ale… zdarzyło się już wcześniej, że Muk szarpnięciem rozerwał ogniwa stalowej kolczatki, gdy Marcin został z nim na brzegu strumienia, który ja, jako pierwsza przeskoczyłam. A pies chciał skoczyć za mną. Stalowe ogniwa fruwały w powietrzu. Teraz też obawiałam się czegoś podobnego. Pan grzecznie i pospiesznie przeprosił i odszedł czym prędzej. A Muk jeszcze długo oglądał się przez bark, powarkując z cicha. Marcin w domu śmiał się, że piesia z zazdrości przegoniła być może mężczyznę mojego życia. Wiedziałam, że tak nie było i że Muk bezbłędnie prześwietlił tego człowieka.

Pamiętam również, jak poszłam na targ po mięsko dla Futrzaka. Pani w kiosku-jatce ważyła jakieś podroby, gdy Mukasia zwabiony ponętnymi zapachami oparł łapy na ladzie i wsadził łeb przez okienko do środka. Panią rzuciło o tylną ścianę kiosku. Przeżegnała się, jakby zobaczyła wysłannika piekieł. A pies powiedział tylko „hau” … w końcu ile można czekać, prawda? Pani zaczęła się śmiać i prosto w otwartą paszczę wsadziła ogromną kość. Szliśmy z powrotem, Muk dumnie trzymał kość w pysku i znów ludzie uśmiechali się do niego i do mnie.

Chodziliśmy na spacery. Muk uwielbiał zabawę w chowanego. Rozumiał doskonale zasady, chociaż nie rozumiał, że nie jest jamniczkiem tylko całkiem sporym osobnikiem. Niemniej z uporem chował się za ławkami, krzaczkami, łypiąc z uśmiechem w bursztynowych ślepiach. Chodziłam wtedy to tu to tam, wołając ”Muk, gdzie jest mój piesek, czy ktoś widział mojego pieseczka?” Gdy odwracałam się od jego kryjówki nagle wypadał stamtąd w podskokach, uszy, ogon, łapy wyrażały czystą radość i satysfakcję. I nagle miałam pełne ręce futra i ciepły język na brodzie, na policzkach. Czasami nie miałam ochoty na zabawę. Muk się chował, a ja widząc oczywiście wystający zad i ogon, wskazywałam na niego palcem i wołałam „Widzę cię”! Gdybyście wówczas mogli go ujrzeć, wychodził powoli, łeb opuszczony nisko, człap-człap… całym sobą wyrażał smutek i rozczarowanie.

Pamiętam, byliśmy na Plantach w pobliżu domu. W perspektywie alei zobaczyłam moją koleżankę, ulubiona „ciocię” Muka. Wskazałam ręka w jej kierunku mówiąc „Spójrz Mukasia, ciocia Dzidia idzie”. Pies wystartował. Słychać było tylko tętent łap bu-bum!, ogon powiewał w pędzie, futrzany kołnierz falował, fafle podskakiwały, cały pies wręcz płynął w powietrzu. Koleżanka zdołała tylko upuścić na ziemię siatki, gdy już leżała na trawie a na niej siedział zadowolony z siebie uśmiechnięty Futrzak. Oczywiście było wielkie mlaskanie i zmywanie z twarzy „cioci” makijażu.

Pamiętam też nasze wyprawy nad jezioro. Jako, że dziadek Muka był wodołazem, więc piesio uwielbiało wodę. Nurkował po kamienie, aportował rzucane mu patyki. Potrafił godzinami leżeć na piaszczystym dnie, podczas gdy ogon unosił się na wodzie a na powierzchnię wystawał tylko łeb. Zdarzyło się raz, że nieopodal nas rozłożyła się rodzina z bardzo hałaśliwymi dziećmi. Pies leżał pod brzózką w cieniu i leniwie od czasu do czasu klapał zębami na jakąś muchę. W pewnym momencie jedno z dzieci zaczęło piszczeć i gwałtownie wymachiwać rękami. Pies wpadł do wody, dopłynął do dzieciaka, chwycił w pysk jego nadgarstek i wyholował z wody na brzeg. Dziecko był sztywne z przestrachu. Matka oczywiście miała pretensje do momentu, gdy wytłumaczyłam jej, że pies odebrał sygnały, iż dziecku zagraża niebezpieczeństwo utonięcia, W końcu afera się wyciszyła, a Muk zyskał nowych znajomych.

Oczywiście, mając takiego dużego psa, postanowiłam zapisać go do szkoły na zajęcia PT czyli dla „psa towarzyszącego”. Wprawdzie dużo już umiał, ale chciałam mieć „dobrze wychowanego psa”. Cała grupa liczyła około 20 psów wraz z towarzyszącymi im opiekunami. Mukasiaka karnie wykonywał zwroty, siady, waruj i zostań. Tyle, że cały czas głośnym szczekaniem protestował przeciwko szkolnej dyscyplinie. Jego szczekanie było tym dziwniejsze, że na co dzień był to najcichszy pies jakiego znałam. Do tego stopnia, że przez długi czas sąsiedzi nie wiedzieli, że w moim domu jest pies. Gdy ktoś obcy stawał pod drzwiami wydawał taki gardłowy dziwny dźwięk, jakby wypuszczał powietrze z głębi płuc przez zamknięty pysk „błum”. No, ale szkoła wybitnie mu nie odpowiadała, czemu dawał wyraz dobitnie i głośno. W związku z czym, jako, że zachowanie Muka rozpraszało pozostałych „uczniów”, grzecznie poproszono nas o rezygnację z zajęć, zwracając zainwestowane pieniądze.

Najśmieszniejsza była obopólna zazdrość Muka i Marcina o rangę w „stadzie”. Ja byłam niekwestionowanym przywódcą, natomiast między dwoma osobnikami płci męskiej trwała bardziej lub mniej widoczna rywalizacja. Ile razy słyszałam „Mamuniu, no powiedz coś swojemu pieseczkowi!”. A pies go słuchał… albo nie. Zależało to od humoru i „widzimisię” Futrzastego.

Ponieważ Muk był zwierzęciem wybitnie towarzyskim, zresztą wcale nie uważał się za zwierzę tylko za człowieka, więc koniecznie MUSIAŁ uczestniczyć w spotkaniach towarzyskich. Jako, że nie każdy toleruje obecność psów przy stole, więc pies zostawał w przedpokoju mając łeb położony na podłodze w pokoju. W pewnym momencie zauważałam, że któryś z gości bierze ze stołu jakieś orzeszki albo ciasteczko i zamiast do ust, opuszcza rękę pod stół, albo obok fotela. Okazywało się, że pies w niezauważalny sposób zdołał doczołgać się i ułożyć za fotelem poza zasięgiem mojego wzroku. Wystarczyło, że wskazałam ręka na drzwi, a kupka nieszczęścia wędrowała z powrotem do przedpokoju. Ach, cóż to była za wędrówka. I jaki ogrom bólu i wyrzutu w oczach. Za chwile cała procedura rozpoczynała się od początku.

Był bardzo dobrze wychowanym psem. Nie zdarzyło mu się zjeść czegokolwiek ze stołu, albo z kuchennego blatu. Pewnego razu spodziewałam się gości. Na ławie, którą wówczas miałam, rozłożyłam białą serwetę i ustawiałam półmiski z wędliną, ciastem, serami… poszłam do łazienki aby się przygotować na przyjście gości. Wracam po dłuższej chwili, a Muk stoi przy ławie, na serwecie położony wielki łeb, nos dotyka do talerza z ciasteczkami… a wokół pyska ogromna mokra plama. Biedny, zaślinił mi całą serwetę, a mimo to nawet nie liznął zawartości półmisków

Muk był jednym z niewielu znanych mi psów, który uwielbiał owoce, warzywa, zresztą uwielbiał jeść to co my. Począwszy od kapusty kiszonej, jabłek, pomarańczy a na wiśniach i agreście kończąc, zresztą potrafił sam sobie zrywać owoce z krzaków i drzew tak, że ogonki zostawały, a on zębami delikatnie wyłuskiwał owoc. Jedyne czego nie lubił to była surowa cebula, musiała być smażona. Oczywiście w niewielkich ilościach. Nie przekarmiałam go takimi potrawami. No i problemy miał przy jedzeniu cytryny. Ach, gdybyście widzieli jakie miny i wykrzywienia pyska robił, a mimo to potrafił zjeść pół cytryny. No i uwielbiał makaron z białym serem.

Ponieważ Muk był „samochodziarzem” i był przyzwyczajony do jazdy samochodem, wspominam pewne zdarzenie, które się z tym wiąże. Wyszłam z klatki schodowej, pies był puszczony luzem. W tym czasie sąsiad sprzątał swój samochód. Wszystkie drzwi pootwierane, a on odkurzał schylony pod kierownicą. Muk wpadł do środka, rozsiadł się na tylnym siedzeniu i czekał cierpliwie. Ponieważ samochód nie ruszył, więc pieseczek powiedział „HAUHAU”. Sąsiad wyprostowawszy się gwałtownie z całej siły uderzył się głową (łysą) o kierownicę. Śmialiśmy się później do rozpuku. Zresztą taka sama reakcja Muka była na czerwonym świetle. Po prostu, samochód ma jeździć i już.

Pamiętam również takie zdarzenie. Śniło mi się, że upadłam i złamałam kość udową. Ból nieziemski! Budzę się przerażona. Piekielnie boli mnie noga. i nie mogę się ruszyć. Tysiące myśli w głowie i zimny pot na plecach. Paraliż? W ciemnościach macam rękami… okazało się, że pies położył się na kołdrze w poprzek moich nóg. Miał zabronione wchodzenie na moje łóżko, ale wówczas był wiatr, którego wysoki dźwięk bardzo go denerwował. No i postanowił się przytulić.

Czy wiecie, że Muk podczas mojej kąpieli musiał przebywać razem ze mną w łazience. Jeśli go zostawiałam na zewnątrz, to i tak otwierał sobie drzwi, jeśli bym zamknęła drzwi na zamek, wówczas drapał usiłując je otworzyć. Zresztą uwielbiał kąpiel. Gdy wracał utytłany ze spaceru od razu szedł do łazienki, mówiłam „hop” i wskakiwał do wanny czekając aż ureguluję prysznic. Później po kolej podnosił łapy abym mogła go porządnie umyć.

Obawiając się, że jego łakomstwo może się kiedyś skończyć zjedzeniem czegoś niebezpiecznego, nauczyłam go hasła „co masz w pysku”. Momentalnie otwierał pysk i wypluwał to co w nim trzymał. Obojętne co to było, nawet kiełbaska. Na jednym ze spacerów podbiegł do mnie i zauważyłam, że spomiędzy zębów coś wystaje. Na moje „co masz w pysku!” Muk rozwarł zęby i spomiędzy nich wyskoczyła… żaba. Jejkuuu … Była z lekka oszołomiona ale żywa!

Kiedyś nad morzem, w Pucku poszliśmy do portu. Akurat przypłynęły kutry. Rybacy zaczęli zagadywać do mnie i do psa. W wiadrach wyładowywali świeże ryby. Jeden z nich rzucił psu sporą rybę. Łyk i poooszła, no to rzucili drugą i trzecią. Pies łykał jak odkurzacz. Poprosiłam panów rybaków, że już wystarczy. Pogadaliśmy jeszcze moment. Pożegnałam się i odeszliśmy. Ale coś w minie mojego psa wydało mi się dziwne. „Co masz w pysku”… no i pies wypluł na nabrzeże ogromną rybę, którą ukradł i „schował” sobie na później.

Lata wspólnie przeżyte… w sumie prawie trzynaście. Wiele, wiele zdarzeń

Wydawało mi się, że to na zawsze. Jednak nasi futrzaści przyjaciele żyją niestety krócej niż my.

I choroba. Mały guzek w pachwinie, coraz większy i operacja, która darowała nam dodatkowy rok. Później nawrót i przerzuty. Omdlenia na schodach, gdy trzymałam w ramionach bezwładne najcudniejsze 45 kilogramów ciepłego ciała. I moje łzy i strach w jego oczach. I ostatni spacer do weterynarza. Najdłuższy i najtrudniejszy kilometr w moim życiu. Gdy szliśmy przystając przy każdym krzaczku i przy każdym drzewie. A złote liście szeleściły pod jego łapami i pod moimi stopami. I najtrudniejsza decyzja, gdy weszłam z Mukantym i czekałam aż zaśnie po pierwszym zastrzyku. Wtulony, ufny i coraz bardziej śpiący. I mój ból zdrady. I czekanie na zewnątrz. I najpiękniejsze miejsce w lesie, gdzie pojechałam z moim kuzynem, który na nas czekał pod przychodnią.

Wiecie, czasem zdarza mi się widzieć cień czarnego futra kątem oka. Czasem mam wrażenie, że słyszę ciche powarkiwanie i skrobanie pazurów po podłodze przez sen, gdy trwa polowanie na senne koty. Czasem przechodząc przez ciemny przedpokój nagle robię duży krok, by nie nastąpić na łapę albo ogon. Przez długi czas odruchowo rzucałam kawałki kiełbasy, którą właśnie kroiłam i w tym samym momencie uświadamiałam sobie, że nie usłyszę charakterystycznego kłapnięcia zębów. A przecież minęło już kilka lat. Tak, to już lata.

Mukasiaka w mojej pamięci.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 694  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557694

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości