Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Bajka o Gwiazdce

wtorek, 13 marca 2007 12:15

Bajka o Gwiazdce... 

 

Pewnej wiosennej a może zimowej nocy, z pyłów i kurzu kosmicznego narodziła się Gwiazdka.- Ojej, jak tu pięknie, jak wszystko lśni i błyszczy – pomyślała i okręciła się radośnie wokół swojej osi.Zadźwięczała muzyka Wszechświata... To starsze Gwiazdy, Planety, Asteroidy i całe tłumy kosmicznego drobiazgu okazywały w ten sposób radość z narodzin nowej współtowarzyszki w kosmicznej wędrówce.Gwiazdka otworzyła buzię w zachwycie (ryzykowała, że kosmiczny pył wpadnie jej do gardła, ale nie umiała się powstrzymać, tyle w niej było zadziwienia).Rozdzwoniły się śmiechem Planetoidy, nie pamiętając momentu własnych narodzin i dziwnych min, jakie wówczas widniały na ich buziach.Komety przelatywały z chichotem zaplatając potargane warkocze... kokietki chciały się przed wszystkimi jak najlepiej zaprezentować!Księżyce w srebrzystej milczącej wyniosłości udawały obojętność, ale błyski w ich oczach świadczyły o podziwie z jakim przyjęły nową mieszkankę Wszechświata.- Wybierz imię, wybierz... wymyśl sobie... imię... wybierz – do Gwiazdki dotarły zmieszane głosy wielu nowych znajomych...Zamyśliła się stropiona...- Jak mogę sama nadać sobie imię, czy mogę poczekać aż Ktoś mnie nazwie? - spytała- Możesz, możesz, ale ryzykujesz, że na zawsze pozostaniesz bezimienna jeśli  nikt nie spojrzy na ciebie w księżycową noc – stwierdził najbliższy Kwazar.- Zaryzykuję – szepnęła zaskoczona własną odwagą, ale czuła, że ma rację – Zaryzykuję – powiedziała teraz głośniej i pewniej. 

...

Stare i mądre Mgławice pokiwały głowami z aprobatą lecz także niepokojem...

- Ciężkie zadanie stoi przed naszą Gwiazdką – zaszemrała jedna- Czy jej się uda? – odszepnęła druga- Zobaczymy... mamy czas... mamy całe eony czasu – stwierdziła spokojnie najstarsza i najodleglejsza z Mgławic.I  zapadły w pełne zadumy milczenie.A mała Gwiazdka zaczęła się zastanawiać nad wyzwaniem jakiego się podjęła... może to był błąd, ale cóż, teraz już nie wypadało się wycofać. Zadrżała z nagłego lęku – a jeśli nikt mnie nie zauważy, jeśli nikt mnie nie nazwie wyjątkowym i tylko moim imieniem? – Ale było już za późno na rozterki.- Trzeba działać – stwierdziła i znów zawirowała zgarniając przepływający obok srebrny pył, tak że jej sukienka stała się jeszcze jaśniejsza i piękniejsza. -Jeśli będę  jasna i duża, ktoś mnie zauważy, może pokocha i nada mi Najpiękniejsze Imię – rozmarzyła się troszkę... a była w tym zamyśleniu tak piękna i promienna, że nawet Czarne Dziury spojrzały na nią z baczną uwagą

Ona jednak niczego wokół nie widziała, niczego nie słyszała... w jej głowie powoli rodził się Wielki Plan.

...

Ponieważ była bardzo, bardzo młodą i niecierpliwą Gwiazdką postanowiła zacząć działać. Do tego potrzebny był jednak plan, ale w planowaniu nie miała zbyt dużego doświadczenia... w niczym nie miała jeszcze doświadczenia! Postanowiła poradzić się starszych i mądrzejszych – cóż, naiwnie sądziła, że mądrość z wiekiem wzrasta... co niekoniecznie musi być prawdą!Ale, jak wiemy, Gwiazdka była jeszcze bardzo  naiwna.Jedno wiedziała na pewno: tkwiąc w jednym miejscu nic nie załatwi, nic nie osiągnie, a z pewnością nie znajdzie Imienia.Wirując jak świetlista kula, rozsiewając wokół srebrne błyski rozpoczęła swą Wielką Wędrówkę w poszukiwaniu Imienia. Spotykała na swej drodze skupiska Najjaśniejszych Gwiazd, które z pogardliwym milczeniem, wyniosłe i chłodne nie zwracały uwagi na małą Gwiazdkę... Zabolało ją to lekceważenie więc odchodząc, z bezpiecznej odległości, szepnęła - Będę taka jak wy, jeszcze zobaczycie, jeszcze będę najjaśniejszą gwiazdą – w jej głosie prócz łez słychać było upór i determinację.- Wszystko tylko nie to, mała Gwiazdko, nie bądź taka jak one... spójrz, są wyniosłe i dumne, ich serca już dawno zmieniły się w bryły lodu, ich piękno to tylko pusta fasada, na pozór piękna lecz gdy spojrzysz z bliska dostrzeżesz na ich powierzchni rysy i pęknięcia, pamiątkę goryczy i rozczarowań. Spójrz ich oczy są puste i bez blasku... ich oblicza to martwe maski... są już Karłami, ich czas dobiegł końca i nie ma przy nich nikogo, kto by je kochał! Czy tego właśnie chcesz? – rozległ się cichy ochrypły glos.Rozejrzała się wokół zaskoczona i lekko wystraszona, jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku choć przecież nic złego nie zrobiła. Jej oczy zrobiły się ogromne ze zdziwienia i lekkiego strachu. Jeszcze nigdy nie widziała kogoś takiego.- Kim jesteś? – wyszeptała speszona i nagle nieśmiała.- Wędrowcem – odpowiedział obcy.

- Wędrowcem? Jakie dziwne imię, wszyscy jesteśmy przecież wędrowcami – śmiechem pokryła zmieszanie usiłując dojrzeć jego twarz schowaną w cieniu.

- Ależ ty jesteś jeszcze młodziutka, mała Gwiazdko – w jego głosie pobrzmiewał lekki śmiech i... nie, nie myliła się, pobłażanie.

- Och, co za impertynenckie indywiduum – pomyślała rozgniewana.

- Młodziutka nie znaczy głupiutka – prychnęła jak rozdrażniona kotka – może nie wszystko jeszcze wiem ale całkiem sporo rozumiem – tupnęła stópką w srebrnym pantofelku aż wzbił się do góry biały pył Mlecznej Drogi - a poza tym skoro jesteś taki mądry to powinieneś wiedzieć, że nie należy sądzić innych po pozorach – sama nie wiedziała dlaczego, ale zrobiło jej się nagle bardzo przykro, w dziwny sposób pojęła, że zależy jej na opinii nowego znajomego.

- Masz rację moja mała, powinienem wiedzieć –mimo pokornych słów ton ich był w dalszym ciągu lekceważący, co spostrzegła mimo złości, zresztą ta jej złość była bardziej na pokaz niż prawdziwa.

- A wracając do twojej wiedzy i twojego doświadczenia, może mi powiesz, gdzie mam się udać aby znaleźć swoje Imię?- rzuciła na pozór od niechcenia, z dziwnym drżeniem oczekując jego odpowiedzi.

- Nie mogę ci nic powiedzieć Gwiazdko, to ty sama musisz słuchać swego serca, swych uczuć, one podpowiedzą ci właściwe postępowanie, wskażą twoją drogę do Imienia – odpowiedział tym razem już poważnie i cicho.

- Nie chcesz mi powiedzieć, bo sam nie wiesz! – wrzasnęła rozzłoszczona już naprawdę, krzykiem pokrywając swój strach przed dalszą samotną wędrówką. Nie chciała go prosić by z nią poszedł , na to była zbyt dumna.

- Skoro taki jest twój wybór... – zawiesiła głos – trudno, poradzę sobie sama.

- Miło mi było Cię poznać, żegnaj – dodała już przez ramię, od niechcenia, choć oczy miała błyszczące od powstrzymywanych łez, sama nie wiedziała, czy były to łzy żalu czy złości. Ale nie podobało jej się to, tego była pewna.

- O nie, Gwiazdko nie żegnaj tylko do widzenia! dotarł do niej spokojny głęboki głos.

Przez moment miała wrażenie, że poczuła na srebrzystych włosach lekki dotyk, ale nie była tego pewna.

- Do widzenia – szepnęła jak grzeczna gwiazdka uśmiechając się do niego srebrzyście.

Odwróciła się zdecydowanie i podjęła swoją wędrówkę. Nie widziała smutku i zadumy w oczach Wędrowca. Nie wiedziała, że właśnie podjął decyzję.

Ależ była zła. sama właściwie nie wiedziała jak ma nazwać te uczucia, które się w niej kłębiły.

- Przydałby mi się jakiś przyjaciel – pomyślała – prawdziwy przyjaciel, ale to musi poczekać, gdy już odnajdę moje Imię, wtedy znajdę wielu przyjaciół. A Wędrowiec? On ma swoja drogę a ja swoją i nic mnie to nie obchodzi – najpierw nieśmiało, ale z każdym oddechem coraz śmielej na jej buzi rodził się uśmiech.

- Dam światu szczęście, dam światu radość, dam światu cały świat chociaż jestem tylko bezimienną gwiazdką – postanowiła.

Nie wiedziała, że jej buzia zajaśniała jak tysiące Słońc. I taka promienna i jaśniejąca okręciła się wokół, aż z jej spódniczki rozsypały się dokoła kryształowe okruchy, a w każdym z nich zaklęta była tęcza.

Wędrowiec patrzył na tę feerię barw z oddali, ukryty w cieniu, milczący i spokojny.

- Dlaczego ona chce być Gwiazdką dla wszystkich gdy może być moją i tylko moją Gwiazdą – szepnął do siebie w zadumie.

Znał odpowiedzi na wiele pytań prócz tego jednego. Postanowił odnaleźć rozwiązanie.

I tak Gwiazdka wędrowała przez Wszechświat szukając swojego Imienia a Wędrowiec poszukiwał odpowiedzi, która była tak blisko.

Nie wiedzieli, że szukają tego samego.  

 

Podążyli własnymi drogami.

Gwiazdka wędrowała przez niezmierzone przestrzenie pełne wyjątkowych   i niewyobrażalnych cudów. Oglądała narodziny nowych Gwiazd i  śmierć Planet oświetlanych krwistą poświatą Czerwonych Karłów, oglądała wybuchy ogromnych wulkanów i feerię barw kosmicznego drobiazgu podążającego w tylko sobie wiadomym celu i kierunku.

Wszędzie gdziekolwiek docierała słyszała wokół zachwycone głosy. Wszyscy chcieli się z Nią bawić, wszyscy chcieli być Jej przyjaciółmi, wszyscy się Nią zachwycali. Czuła się tak cudownie. Z Plejadami bawiła się w berka i plotkowała o przystojnych Meteorytach, bliźniacy Kastor i Polluks z dwóch stron prawili Jej komplementy i zapraszali na wspólną wycieczkę, Pegaz rżąc radośnie pozwalał jeździć na swym szerokim grzbiecie, Berenika radziła Jej jak ma uczesać swoje świetlisto-srebrzyste włosy, Wielka Niedźwiedzica chroniła Ją ciepłem swych łap przed kosmicznym wiatrem. A wszyscy mówili jaka jest wyjątkowa. Podobało Jej się to, czuła się tak lekko wirując w tańcu, rozsypując gwiezdny pył, zanosząc się z radości perlistym śmiechem.

Mijał czas a Gwiazdka nie pamiętała już o swym celu, nie pamiętała co kiedyś było dla Niej najważniejsze.

Tylko czasem, gdy zmęczona zabawą nie mogła usnąć słyszała jakiś głęboki głos, głos z przeszłości, który pytał – Czy tego właśnie szukałaś Mała Gwiazdko?

Odsuwała od siebie ten uparty glos, nie miała ochoty mozolnie sobie przypominać do kogo należał i o czym mówił.

- Jutro o tym pomyślę – stwierdzała i uciekała w szybki, płytki sen, bez marzeń i kolorów

Po przebudzeniu czekały na Nią nowe rozrywki, nowe zabawy, nowi znajomi i przyjaciele.

Mijał czas, mijały eony czasu. Gwiazdka zaś nie czuła się wcale szczęśliwa. Była znudzona, każdy moment był taki sam, każdy świat był odbiciem innych światów, otaczający ją tłum nie miał twarzy.

W końcu nadeszła chwila, gdy Gwiazdka straciła sens wszystkiego. Spojrzała w głąb swego serca i przeraziła się tym co tam zobaczyła.

- To lodowata pustynia – stwierdziła wystraszona – czy moje oczy są również tak puste jak moja dusza, jak moje serce?

I wtedy w ułamku sekundy przypomniała sobie spotkanie sprzed wielu wielu lat. Przypomniała sobie Wędrowca, choć zepchnęła go w otchłań niepamięci, to jednak w Jej sercu gdzieś w najcichszym kąciku utkwiły Jego słowa i widok Jego ciemnych oczu.

- Czas na mnie, nadszedł już czas, muszę dokończyć to co zaczęłam, tyle czasu straciłam, czy jeszcze zdążę? – rozpaczliwe myśli jak błyskawice przebiegały Jej przez głowę.

- Musi mi się udać, nie może być inaczej, bo jakiż wówczas byłby sens mego istnienia.

Uniosła do góry uparty podbródek, poprawiła srebrzyste buciki, otrzepała i wygładziła pogniecioną sukienkę a w Jej oczach zaczął się rodzić zapomniany blask.

Wyruszyła w dalszą drogę.

 

A gdzieś daleko w otchłaniach Kosmosu Wędrowiec przemierzał kolejne nieznane światy. Na pozór niezmienny i chłodny lecz gdyby ktokolwiek mógł zajrzeć w cień głęboko nasuniętego na twarz kaptura przeraziłby się bólem i smutkiem, który pobruździł jego twarz i zmatowił oczy.- Jestem zmęczony, już nie widzę przed sobą celu, dokąd właściwie zmierzam, po co, dla kogo? – ciężar myśli przygniatał jego barki, spowolniał ruchy, kazał co rusz oglądać się za siebie.- Ciekawe, co się dzieje z małą Gwiazdką – pomyślał i mimowolny uśmiech rozpogodził na mgnienie jego pochmurną twarz – czy już znalazła  to właściwe Imię – zamyślił się ponuro.- Coś mi się zdaje, że w tej części Wszechświata niewiele mam do zrobienia, wszystko toczy się i wiruje zgodnie z wszechwiecznym porządkiem,  może by tak wrócić i sprawdzić czy ktoś z Przyjaciół nie potrzebuje pomocy, słyszałem, że Krzyż Południa miał ostatnio jakieś problemy, jedno ramię mu się obluzowało... hhmm chyba wypada dowiedzieć się o szczegóły – nawet przed samym sobą nie chciał się przyznać do prawdziwego powodu, który kierował jego stopy z powrotem.

Tymczasem mała Gwiazdka wędrowała uparcie. Nie zauważyła, że dotarła do granic jednej z ogromnych Mgławic. Spotykała coraz mniej Gwiazd, coraz mniej Planet.

- Chyba muszę zawrócić – pomyślała, gdy wtem zobaczyła,  że na jej drodze jaśnieje niewielka Gwiazda a wokół niej wiruje kilka Planet.Wyglądały jak kolorowe szklane kulki rozsypane na nocnym niebie.- Ojej, jakie to śliczne, ta turkusowo-błękitna jest najpiękniejsza – pisnęła zachwycona i ze świstem przecięła niebo chcąc przyjrzeć się z bliska.To był najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek widziała.- Zostanę tu na dłużej – postanowiła.Nie wiedziała, że dla istot zamieszkujących tę Planetę jej obecność stała się szczęściem i zbawieniem.Jej blask wiódł karawany przez bezmiary piasków do życiodajnych oaz, zmarzniętych i wyczerpanych wyrywał  z lodowatych szponów mrozu dając im bezpieczne i ciepłe schronienie, żeglarzom wskazywał drogę wśród szalejących burz do spokojnych portów. Nie wiedziała, że kochankowie patrząc na jej lot po nocnym niebie wypowiadają życzenia, które się spełniają.

Nie wiedziała tego wszystkiego, ale wszystkie dobre myśli szczęśliwych ludzi w jakiś niewytłumaczalny sposób docierały do jej serca budząc na nowo dawno zapomniane  uczucie.

Poczuła się potrzebna i było to miłe ale...- Zostanę tutaj – powiedziała głośno- Masz rację mała Gwiazdko, znalazłaś swoje miejsce, masz już swoje Imię, znalazłaś to czego szukałaś – znów usłyszała znajomy, dawno nie słyszany głos.Obejrzała się zdziwiona. - Ach, to Ty Wędrowcze, przestraszyłeś mnie – powiedziała spokojnie – czy możesz wyjaśnić, co miałeś na myśli mówiąc, że mam już Imię? Nie rozumiem o czym mówisz.Jej głos był chłodny i uprzejmy mimo, że każdym nerwem swego ciała odczuwała jego bliskość.Najchętniej rozpłakałaby się z radości, że go widzi, ale wiedziała, że byłoby to dziecinne i głupie, w końcu nie była już małą, naiwną gwiazdką, lata podróży odcisnęły na niej swój ślad.- Mówiłem o Imieniu, które nadali Ci mieszkańcy tej planety, Ci wszyscy, których wiódł Twój blask, którym wskazywał drogę przez niebezpieczeństwa, dla nich właśnie jesteś Szczęśliwą Gwiazdą – odpowiedział spokojnie Wędrowiec – czy podoba Ci się Twoje Imię?Zamyśliła się, w napięciu obserwował jej poważną buzię. W oczach miała dziwny smutek, który ranił serce Wędrowca. Tak bardzo tęsknił za radością i blaskiem jej oczu. Dopiero teraz w pełni sobie  to uświadomił.- Nie było mnie przy Niej, nie ochroniłem Jej przed światem – myśli przelatywały przez jego głowę.Spojrzała uważnie na niego próbując przebić mrok bardziej czarny niż najciemniejsza noc, w którym krył swą twarz.- Dlaczego jesteś smutna, nie cieszysz się? - zapytał- Cieszę się, nie widać? – z wysiłkiem przywołała na twarz wymuszony uśmiech.- Nie, nie widać – miał ochotę potrząsnąć ją za ramiona byle tylko prysnął jej spokój i chłód, w którym się schroniła. Był zły, sam nie wiedział, na kogo bardziej, na nią czy na siebie.- Czego właściwie oczekujesz, przecież jesteś Szczęśliwą Gwiazdą dla tak wielu istot, czy to zbyt mało? – zapytał cicho.- mam do Ciebie prośbę, jeśli chcesz abym z Tobą rozmawiała zdejmij kaptur, chcę widzieć Twoją twarz, Twoje oczy – powiedziała spokojnie.W milczeniu przyglądał się jej przez długą chwilę.- Nikt nigdy nie widział mojej twarzy – mówiąc to powoli podniósł ręce do góry.- Czy ja też jestem nikim? – spojrzała na niego spokojnymi srebrzystymi oczami.Chwycił dłońmi brzeg kaptura jeszcze się wahając. Wiedział, że ten moment zadecyduje o całej przyszłości.

Czas się zatrzymał. Cały świat wstrzymał oddech i zamarł w bezruchu.

Napięcie jakie odczuwała Gwiazdka odezwało się łomotem krwi  w jej uszach, uciskiem w piersiach. Czuła się jakby odbywała kosmiczny lot z prędkością nadgwiezdną. To było nie do wytrzymania. Chciało jej się krzyczeć.

- Nie dręcz mnie, proszę – szepnęła bezgłośnie.

Wędrowiec wiedział, że jeden gest zmieni wszystko. Pokaże światu swoją twarz, pokaże swoją twarz jej.

- A jeśli... jeśli jej się nie spodobam – pomyślał – wtedy stracę wszystko, także nadzieję, boję się, po raz pierwszy w życiu się boję – nie mógł w to uwierzyć.

- Gdzie się podziało moje opanowanie, wieki doświadczeń, wszystko jest niczym, nie jestem przygotowany do tej sytuacji – cały świat skurczył się i zamknął w srebrzystych oczach, które wpatrywały się w niego ze spokojną uwagą.

- Nie mogę tego znieść – pomyślała Gwiazdka

- To boli – każdy atom jej ciała krzyczał  z bólu

- Nie mogę tego wytrzymać, to zbyt wiele – pomyślała i ostatni raz spojrzawszy na zakapturzoną nieruchomą postać odwróciła się powoli. Jej oczy zalśniły od łez, którym całym wysiłkiem nie pozwoliła spłynąć po twarzy

- Żegnaj Wędrowcze – powiedziała zdławionym głosem

Wiedziała, że jeśli powie choć jedno słowo więcej, rozpłacze się w głos, a do tego nie mogła dopuścić.

Za plecami usłyszała głębokie bolesne westchnienie.

Nie odwróciła się jednak, byłoby to ponad jej siły.

 

Zrobiła jeden, potem drugi krok w ciemną pustkę Wszechświata.

- Zawołaj mnie, zatrzymaj mnie, proszę – jej ramiona drgały od niemego szlochu.

- Zostań ze mną, bądź ze mną moja Szczęśliwa Gwiazdo, już nie umiem żyć bez ciebie –Gwiazdka miała wrażenie, że śni, ale ten głos, głos, który tak kochała brzmiał w jej uszach.

Czy to może być prawda? – zatrzymała się w pół kroku. Stała drżąca bojąc się odwrócić, jej serce trzepotało w piersiach jak ptak, wiedziała, że nie przeżyje kolejnego rozczarowania.

- Spójrz na mnie Gwiazdko – głos Wędrowca stał się mocniejszy i bardziej zdecydowany.

Zamknęła oczy i odwróciła się powoli. Ostrożnie, bardzo ostrożnie spojrzała w kierunku Wędrowca. Kaptur zniknął odrzucony do tyłu. Patrzyły na nią jasne błękitne oczy, na pozór zimne jak dwa kryształy, a jednak ona widziała w nich ogień i namiętność. I coś jeszcze, ale tego bała się nawet w myślach nazwać. Patrzyła zachłannie na ciemną twarz, szczupłą i wyrazistą, na mocną linię szczęki i lekko niesymetryczne usta.

- Jak dobrze, że nie jest doskonały – głupia myśl przemknęła jej przez głowę.

Stali tak naprzeciwko siebie bojąc się zrobić najlżejszy ruch. Wszechświat ogarnęła cisza.

-Jak przed burzą – w duchu zachichotała nerwowo i zrobiła zdecydowany krok w kierunku Wędrowca. Ten ruch zniósł wszystkie bariery. Nie wiedząc jak i kiedy znalazła się w jego ramionach. Zagarnął ją gwałtownie, owinął czarną peleryną jakby nigdy miał jej nie puścić. Eony czasu samotnej wędrówki skończyły się.

Nie wiedzieli jak będzie wyglądało ich dalsze życie, wiedzieli tylko, że bez siebie nic nie znaczą. Że cały świat nic nie znaczy.

Stare Gwiazdy patrzyły w oszołomieniu, jak tych dwoje przenika się nawzajem, jak ją ogarnia ciepły mrok, a jego rozjaśnia srebrzyste światło. Księżyce z odległych rejonów Wszechświata zadziwione zamarły w swym odwiecznym ruchu przeczuwając, że oto narodziła się Wędrująca Szczęśliwa Gwiazda. Szczęśliwa i niosąca szczęście. Kochająca i niosąca radość. Ta najpiękniejsza i jedyna Gwiazda, na którą każda istota we Wszechświecie czeka z utęsknieniem i podąża nieustannie za jej światłem. Gwiazda, której na imię Miłość.

 

KONIEC...  (poniżej alternatywne zakończenie, do wyboru przez Czytelnika)

 

Odchodziła powoli w mroczny i ogromny Wszechświat. Z opuszczoną głową i bezwładnymi rękami. Krok po kroku. W samotność i chłód. Z błyszczącej sukienki odpadały maleńkie kryształki, jak łzy. Znaczyły  ślad jej wędrówki. Opadały smutno i nieuchronnie jak łzy, które nie chciały płynąć z jej pustych oczu.

- Nie zobaczę Cię nigdy więcej Wędrowcze – szepnęła w mrok – nawet nie będę mogła w snach dotknąć Twojej twarzy, której nie pozwoliłeś mi poznać.

Nie wiedziała, jak długo wędrowała po bezdrożach nieskończonych. W końcu dotarła do granic znanego sobie świata. Poza nimi było nieznane i groźne NIC. Zatrzymała się i odwróciła powoli. Za nią migotał i błyszczał brylantowy szlak zgubionych kawałeczków jej sukienki. Jak blask Księżyca na spokojnej wodzie. Skuliła się, objęła ramionami i wówczas zapłakała.

Ludzie na Ziemi patrzyli w nocne niebo. Gwiazdy spadają, szeptali w skupieniu i wysyłali w górę swoje życzenia. Słowa miłości, radości i nadziei docierały przytłumione do Gwiazdki. Powoli podniosła głowę.

- Skoro nie mogę być szczęśliwa, to mogę dać innym odrobinę radości – pomyślała – nie pokażę słabości, będę taka, jaką mnie widzą na bezchmurnym niebie. Szczęśliwą Gwiazdą spełniającą życzenia, prowadzącą zagubionych do bezpiecznej przystani.

Podniosła się i wyprostowała. Jej sukienka wyglądała żałośnie, srebrzyste buciki były całkiem zniszczone.

- Muszę coś z tym zrobić, teraz zaraz, natychmiast – zawirowała rozkładając ręce aż stała się migotliwym blaskiem. Zbierała gwiezdny pył przepływający obok i łatała swoją zniszczoną sukienkę. Trudna to była praca, ręce miała poranione od ostrych krawędzi kryształów. Oczy łzawiły oślepione blaskiem. Nie przerywała jednak pracy. I stawała się coraz jaśniejsza, coraz piękniejsza. Każde dobre słowo podziękowania za jedno spełnione życzenie dodawało jej jeszcze blasku. Aż zajaśniała ogromna i piękna, widoczna z najdalszych zakątków Wszechświata. Zamilkły w zadziwieniu Galaktyki. Tak pięknej gwiazdy jeszcze nie było. A ona ruszyła przez Wszechświat spełniając życzenia każdego, kto się do niej zwrócił.

 

Wędrowiec stał w mroku, sam będąc mrokiem. Gdyby ktoś mógł zobaczyć jego twarz byłby zdziwiony widokiem jednej samotnej łzy spływającej powoli po zapadniętym policzku ku ustom.

- Chciałbym, żebyś kiedyś była szczęśliwa, Mała Gwiazdko – powiedział cicho.

 

Gdzieś daleko Szczęśliwa Gwiazda usłyszała jego życzenie.

Zaśmiała się srebrzyście – spełnię to życzenie i będę – szepnęła.

- Będę szczęśliwa – krzyknęła w niezmierzoną dal – będę.

 

KONIEC

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Bajka dla Wnuka

niedziela, 11 marca 2007 13:02

Bajka o Dawidku-Wojtusiu i Zielonym Króliku



Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma morzami żył sobie mały chłopiec. A może to było całkiem niedawno i całkiem blisko? Chłopiec miał na imię Dawidek, ale wszyscy mówili na niego Wojtuś. Przecież jeśli ktoś wygląda jak Wojtuś, zachowuje się jak Wojtuś to MUSI być Wojtusiem, prawda?

Wojtuś (zostańmy przy tym imieniu, dla wygody) był chory. Za oknem dzieci bawiły się na podwórku w berka, Słoneczko świeciło wesoło, a Wojtuś z noskiem przyklejonym do szyby myślał ponuro.

- Zły jestem, dzieci się bawią, a ja mam gorączkę i katar. To niesprawiedliwe!!! – buzia Wojtusia skrzywiła się w podkówkę i już-już pierwsza łezka zawisła na rzęsach. Już-już miała spłynąć po policzku, gdy nagle...

Nagle z cichym skrzypnięciem uchyliły się drzwi pokoju. Wojtuś obejrzał się, ale nikogo nie zobaczył.

- To pewnie przeciąg. Nikt mnie nie lubi, wszyscy o mnie zapomnieli – i znów bródka zaczęła się trząść i już-już łezka jedna, potem druga potoczyła się po policzkach.

- Ale beksa, taki duży a płacze – Wojtuś otworzył szeroko oczy. W drzwiach tkwiła para zielonych uszu, wielkie oczy patrzyły z kpiną, wąsaty pyszczek rozciągnięty był w uśmieszku pełnym zadowolenia.

Za zielonym stworkiem ukazała się uśmiechnięta twarz Babci Gosi.

  • Babusiu, jati piętny trólit. Czy to mój trólit? – zawołał zachwycony Wojtuś.


( Bo powiem wam w sekrecie Drogie Dzieci, że Wojtuś zamiast literki „k” mówił literkę „t”, niektóre dzieci tak mają).


Babcia Gosia uśmiechnęła się jeszcze szerzej i podeszła do łóżeczka Wnusia-Wojtusia.

- Oczywiście, że twój. Poznajcie się Panowie, to jest Wojtuś, a to Pan Zielony Królik.

- Właśnie! KRÓLIK a nie żaden „TRÓLIT”. Wypraszam sobie – parsknął Zielony Królik.

- Trólit, Zielony Trólit! Mój na zawsze? – Wojtuś przytulił mocno zielonego zwierzaka do siebie.

Nie zauważył, że Zielonemu Królikowi mina zrzedła i patrzy na niego spod oka marszcząc przy tym wąsiki.

- To straszne – mruknął królik pod nosem – nie podoba mi się to, mam swoje imię i nazwisko. Poza tym proszę mnie tak nie ściskać, jestem delikatny. proszę wcześniej umyć ręce, bo mi się futerko pobrudzi, a nie lubię prania, szczególnie wirowanie powoduje u mnie zawroty głowy i nudności.

- Wcale mi się to nie podoba, słyszysz? – wrzasnął, ale Wojtuś wcale a wcale go nie słuchał.

Akurat opowiadał Babci Gosi o tabletkach, o Pani Doktor i o spacerze, na który wyjdzie ze swoim nowym przyjacielem, gdy wyzdrowieje. Opowiadając cały czas ściskał mocno Zielonego Królika, przytulając go i tuląc w ramionach.

- Babusiu, tocham tego trólita mocno, wiesz?

Babcia Gosia roześmiała się głośno – w takim razie mogę spokojnie wyjść, będziecie mieli okazję lepiej się poznać i zaprzyjaźnić, prawda Panowie? – przy tych słowach mrugnęła do obu porozumiewawczo. Pocałowała Wojtusia w okrągły policzek, Zielonego Królika pogłaskała po długim zielonym uchu i wyszła, kiwając jeszcze od drzwi na do widzenia.

Zostali sami.

Wojtuś ostrożnie zaczął oglądać Zielonego Królika. Długie zielone uszy, wielkie oczy, zawadiacka mina, puszysty ogonek...

-Wara od mojego ogona, proszę sobie za dużo nie pozwalać – wrzasnął królik. Zauważcie Drogie Dzieci, że ten jegomość bardzo często wrzeszczał i w ogóle był dość nerwowym i zarozumiałym królikiem.

Wojtuś opuścił rękę i zamknął oczy – Nie chciałem Cię obrazić, Zielony Trólitu – wyszeptał cicho.

- Jeszcze i to! Mówiłem już, że jestem k-k-królik, a nie jakiś tam dziwoląg. Powtórz, bo sobie pójdę i więcej nie wrócę!

- Nie umiem – wyszeptał cichutko Wojtuś – ja przecież też nie mam na imię Wojtuś tylto Dawidet, ale nie przesztadza mi to, gdy na mnie tat mówią.

- Tobie nie przeszkadza, a mnie tak, wcale nie można zrozumieć, co mówisz, postaraj się i już! – Zielony Królik był nieugięty.

Wojtuś zmęczony wrażeniami przytulił mocniej Zielonego Królika i wyszeptał – ja tylto na chwiltę zamtnę oczta, nie pójdziesz nigdzie?

- Jeszcze nie wiem, chcesz spać to śpij, a ja pomyślę – odburknął Zielony Królik.

Odczekał chwilę aż chłopiec usnął. Gdy usłyszał miarowy oddech, powoli-powolutku wysunął się z ramion, które ściskały go mocno-mocno.

-Uff, wreszcie mogę swobodnie oddychać! Ależ ten dzieciak ma siłę, a wcale nie wygląda na atletę – leciutki uśmiech zamigotał w wielkich oczach Zielonego Królika – tymczasem zwiedzę sobie otoczenie.

Zeskoczył zgrabnie z wojtusiowego łóżeczka i rozejrzał się z ciekawością po pokoju. Samochodziki, klocki, pluszowe zabawki – Cześć Koledzy – machnął łapką od niechcenia w kierunku półki, na której tłoczyły się misie, pieski i kotki. Nie zaprzątając sobie więcej głowy lokatorami pokoju podjął dalszą misję poznawczą.

W końcu dotarł do firanki, za którą zobaczył przeszklone drzwi na balkon. Otwarte drzwi. Zapraszająco otwarte drzwi.

-Skoro coś jest otwarte, to należy z tego skorzystać – pomyślał Zielony Ciekawski Królik i wyszedł na balkon.

Rozejrzał się wokół. Zielono, wiosennie, Słoneczko grzeje. Ciepło i przyjemnie.

- Ależ jestem zmęczony. usiądę na chwilkę i odpocznę – skulił się na słonecznej plamie i nie wiedzieć kiedy, usnął.

Śniło mu się, że spaceruje po zielonej łące, wącha stokrotki i kaczeńce, w oddali widać ciemnozieloną ścianę lasu. Nie widzi, że tuż przed nim, wśród trawy ukryta jest głęboka jama. Jeszcze krok, jeszcze dwa... SPAAAADAAAAAM!!!!!!

- SPAAAAADAAAAM!!! – Zielony Królik zbudził się gwałtownie i wrzasnął, gdy poczuł uderzenie o ziemię. Leżał w zielonej, wilgotnej trawie, nad głową kołysała się gałązka fioletowego bzu. A jeszcze wyżej widać było balkon.

- Ale lot! – Zielony Królik był oszołomiony i, bądźmy szczerzy, wystraszony.

- O rany, Dawidek-Wojtuś! Obudzi się, a mnie nie będzie! Pomyśli, że odszedłem, że go nie lubię. Lubię go, nawet to jego „t” mógłbym znieść, w końcu nie każdy Zielony Królik może być Zielonym Trólitem!!! Taaaak, jestem przecież wyjątkowy, więc i imię powinno być WYJĄTKOWE! No to sprawa imienia ustalona, ale co z powrotem? Podskoczyć się nie da, drzwi do domu zamknięte – zamyślił się ponuro – może zacząć krzyczeć to ktoś usłyszy? A jeśli usłyszy jakiś wróg? Albo jakieś dzikie zwierzę? Może wilk? Jestem odważnym Zielonym Królikiem, wilków się nie boję, ale... nie lubię i tyle – myślał coraz bardziej nerwowo.

Nagle, tuż za krzakiem bzu rozległo się sapanie. Zielony Królik zamarł i wtopił się w trawę. Sapanie i węszenie było coraz bliżej. W pewnym momencie gałęzie tuż przy samej ziemi rozchyliły się pomiędzy nimi ukazał się wielki, wilgotny, czarny nos.

- WILK, wielki, ogromny, przerażający WIIIILK!!! Ja nie chcę umierać. Jestem za młody, za przystojny i za mądry aby umierać – myśli przelatywały przez skołowaną głowę Zielonego Królika.

- Odejdź bo cię trzasnę w ten nochal, już cię tu nie ma Bardzo Zły Wilku – Zielony Królik wojowniczo zacisnął pięści i przyjął postawę bokserską. I o dziwo, wielki, zły nos zaczął się cofać.

- HURRAAAAA, no chodź, chodź, tchórzysz? – zaczął podskakiwać z zapałem.

- Co tam znalazłeś, Reksiu? – rozległ się znajomy głos.

- Babcia Gosia!!! TU JESTEM BABCIU GOOOSIUUU!!! TUTAAAAAAAAAAAAAJ! Tylko nie odchodź! Zabierz mnie stąd! – krzyczał i tupał łapkami Zielony Królik – Och, odchodzą, wielki łeb z ogromnym nosem znika między liśćmi, nie zostawiajcie mnie – załkał przerażony.

Upadł na trawę i objął łapkami zielone uszy.

Nagle, znów rozległ się szelest liści. Zielony Królik ostrożnie spojrzał pomiędzy palcami. Ujrzał rękę, która rozchylała gałęzie. A później znajome uśmiechnięte oczy Babci Gosi.

- A co ty tu robisz, Zielony Króliku? Miałeś pilnować Dawidka-Wojtusia. Miałeś się nim opiekować! Tak Ci ufałam – Babcia Gosia surowo patrzyła na Zielonego Winowajcę.

A on spuścił głowę i nie był w stanie powiedzieć ani słowa na swoje usprawiedliwienie. Poza tym ze wstydem przypomniał sobie, jak niegrzecznie potraktował Wojtusia.

- Już nie będę, Babciu Gosiu. Przepraszam! TYLKO ZABIERZ MNIE STĄD, PROOOOSZĘĘĘĘĘĘĘĘĘ!!! – załkał rozpaczliwie i uczepił się łapkami bluzki Babci Gosi.

- No cóż, skoro zrozumiałeś swój błąd i... przyrzekasz poprawę, to.... – Babcia Gosia umilkła zamyślając się głęboko. Zielony Królik nie widział uśmiechu, który czaił się w jej oczach.

- Tak, tak, będę grzeczny, no i przecież... to nie było chcący tylko niechcący, będę uważał, żeby drugi raz nie spaść z balkonu – uroczyście obiecał przykładając łapkę do zielonej piersi.

Babcia Gosia przytuliła Zielonego Królika i zaniosła do mieszkania. Ostrożnie uchyliła drzwi i zajrzała do pokoju. Dawidek-Wojtuś spał smacznie pochrapując cichutko przez otwartą buzię.

- Oj, ależ mamy katarek – pomyślał z rozczuleniem Zielony Królik – biedny Mały, trzeba się nim dobrze zająć. To plan na najbliższe piętnaście lat! – z zadowoleniem pozwolił, by Babcia Gosia umieściła go ostrożnie w zagłębieniu ramienia Dawidka-Wojtusia. Przymknął oczy z zadowoleniem i... usnął.

A co było dalej? - spytacie Drogie Dzieci.

Dawidek-Wojtuś i Zielony Królik zostali Najlepszymi Przyjaciółmi, a pewnego dnia Zielony i Szczęśliwy Królik usłyszał: Kocham Cię bardzo, Zielony Trólitu!


Bo najpiękniejsze imiona nadajemy tym, których kochamy, a oni jeśli też nas kochają, wówczas godzą się na nie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 681  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557681

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości