Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jagodowy posmak lata

czwartek, 29 marca 2007 8:42

Jagodowy posmak lata

  

15 maja

 

Ręce drżały jej tak bardzo, że miała problem z otwarciem drzwi. Oparła czoło o chłodne drewno starając się oddychać powoli i głęboko. Poczuła jak uspokaja się łomot krwi              w skroniach, spojrzała na swoje dłonie. Już nie drżały. A przynajmniej drżenie było tak lekkie, że nie przeszkodziło jej w otwarciu drzwi. Dostać się do środka, wejść do domu,         w jedyne bezpieczne miejsce. Tylko jej miejsce, jej azyl i przystań. Uśmiechnęła się do siebie przelotnym skrzywieniem warg (moja kosmetyczka dostałaby szału, gdyby to zobaczyła), pomyślała wzruszając ramionami. Teraz uśmiechnęła się szerzej, myśląc o identycznym geście, jakim jeszcze niedawno jej wówczas nastoletnia córka kwitowała „umoralniające ględzenie mamuśki”. Ględzenie było znacznie złagodzoną wersją myśli w zbuntowanej głowie siedemnastolatki, wiedziała o tym, wręcz widziała słowa, którymi w duchu wyzywała ją ta obca w pewnym momencie osoba, jaką była w tamtym okresie jej córka.. Ile to lat minęło? Cztery? Nie, pięć, tak to już pięć lat, które wyprasowały załamania na ich wzajemnych stosunkach. Wreszcie zaczęły stawać się partnerkami, bo jeszcze nie przyjaciółkami, ale o to trudno przy identycznych charakterach. Co mnie naszło, by teraz analizować nasze wzajemne stosunki. To ten gest, który tak mnie wtedy drażnił, a przecież był genetycznym „prezentem” ode mnie dla niej. Przekręciła klucz w zamku i weszła do przestronnego, chłodnego holu. Zrzuciła czółenka na niebotycznie wysokich obcasach, dodawały jej kilku centymetrów wzrostu i całe kilometry pewności siebie. Poczuła pod stopami kojący chłód granitowej posadzki. Popatrzyła wokół wzrokiem gościa, który po raz pierwszy zajrzał do tego domu. Spokój i elegancja. Ściany w kilku odcieniach złamanego „brudnego” różu  dobrze komponowały się z szarością granitu i brązem niewielu mebli jakie tu stały. Klasyczna konsola z owalnym lustrem, postument z figurką biegnącej kobiety z rozwianymi włosami i rozwianą długą suknią. Miało się wrażenie miękkości ruchu, szczupłe stopy zdawały się nie dotykać podstawy. Jeszcze chwila i uleci w powietrze, jak ja. Jakjajakjajakjajakjajakja... znowu łomot w głowie, spojrzała na swoje dłonie. Dlaczego tak drżą. Powoli osunęła się po ścianie na podłogę, obejmując ramionami podkulone kolana. Nagle runął na nią cały świat, ściany zdawały się zapadać i kurczyć. Dlaczego ja, Panie Boże. Znów się uśmiechnęła. Jak trwoga to do Boga – pomyślała wspominając przysłowia na każdą okazję, którymi raczyła ja Babunia. Najlepszy, najmilszy człowiek na świecie. Mądra mądrością pokoleń. Dlaczego nie nauczyłaś mnie tej mądrości, Babciu. Odeszłaś tak dawno,   a ja potrzebuje Twojej pomocy i rady. Boję się – zza zaciśniętych kurczowo zębów wydarł się jęk, skowyt raczej. Jak zwierzę – przemknęło jej przez myśl – schowałam się tu jak zwierzę, które czuje niebezpieczeństwo i strach. Ogarnął ją nieopanowany śmiech. Dobrze, że pamiętam jeszcze czego się boję,. powinnam się cieszyć. Śmiech zamierał roztapiając się       w słonych kroplach, które zaszkliły oczy i przeszkadzały w widzeniu. Czemu nie chcą płynąć, noże wówczas poczuję się lepiej. Już nigdy nie poczuję się lepiej.  Napięte ramiona rozluźniły się i trzymając  samą siebie w ciepłym uścisku zaczęła się kołysać w przód i w tył, w przód     i w tył, jak w dzieciństwie, do którego właśnie wyruszała.

 

Pół roku wcześniej...

 

- Jestem po prostu przemęczona -  rozdrażnienie w głosie Jagody Cieplińskiej stało się już łatwo wyczuwalne. Jednocześnie zaczął w nim pobrzmiewać ton aż za dobrze znany jej współpracownikom i podwładnym. Znak, że koniec dyskusji. Kasia prowadząca sekretariat wiedziała kiedy wycofać się na z góry upatrzone pozycje. Zbyt szanowała swoją szefową, pracę, którą wykonywała, no i oczywiście wynagrodzenie, jakie otrzymywała.

- Jasne, przygotuję te materiały ponownie, a teczka się znajdzie – odpowiedziała pogodnym tonem wychodząc z gabinetu do swojego sanktuarium, jak czasem nazywała sekretariat, a raczej przeszklone akwarium z chromu i szkła.

- Moja Babcia mówiła, że diabeł na czymś usiadł, gdy nie mogłam odnaleźć zgubionej rzeczy – roześmiała się lekko Jagoda – a może się pomodlić do świętego Antoniego? – spytała pół żartem pół serio.

- Nooo, zaszkodzić nie zaszkodzi a może pomóc – Kasia odpowiedziała uśmiechem zamykając drzwi za sobą.

Jagoda oparła głowę o zagłówek wysokiego fotela przymykając oczy. Co ja zrobiłam z tą teczką, co się ze mną dzieje, starość nie radość – młodość nie wieczność – odpowiedział jej męski głos od drzwi. Czyżbym mówiła na głos? - zaskoczona otworzyła gwałtownie oczy.    W uchylonych drzwiach stał Piotr, fotograf, z którego usług korzystali podczas realizacji materiałów  promocyjnych.

- Moja Babcia tak mówiła – powiedzieli to prawie równocześnie i uśmiechnęli się porozumiewawczo.

- Nie wiedziałam, że jestem aż tak przewidywalna – zaśmiała się krótko

- No, różne rzeczy można o Tobie powiedzieć, ale słowa przewidywalna wśród nich nie ma, a Twoja Babcia stała się pełnoprawnym członkiem naszego małego światka.

Piotr spoważniał – właściwie mam do Ciebie sprawę, chciałem się dowiedzieć, czy już podjęłaś decyzję co do kształtu nowego folderu dla braci Abramskich. Nie mogę ruszyć         z pracą, bo nie znam szczegółów ostatnich uzgodnień.

- Poczekaj moment, zaraz Ci wszystko powiem... gdzie ja położyłam tę teczkę – zaczęła się denerwować Jagoda – jeszcze przed chwilą ją miałam w ręku...

- Spokojnie, nie spieszy mi się – Piotr z uśmiechem skwitował rozpaczliwe miotanie się Jagody po gabinecie – poczekam, całkiem tu u ciebie miło...

- Och, już wiem, dzisiaj rano Agata wzięła te założenia do swojego działu, poczekaj  chwilę, zaraz je przyniosą

- Nie, nie rób sobie kłopotu, zejdę do nich, nawet lepiej bo dowiem się, jak oni to widzą – Piotr wstał z fotela i skierował się do drzwi

Jagoda odczekała moment po jego wyjściu i usiadłszy za biurkiem dotknęła skroni palcami    o krótko obciętych, zadbanych paznokciach. Co się ze mną dzieje, w tym wieku, roześmiała się w duchu, dobrze, że to Alzheimer a nie skleroza, przypomniała sobie popularne powiedzonko.

Dzień mijał zbyt szybko, telefony, kilka spotkań. Dobrze, że jest Kasia z cudownym notatnikiem w skórzanej oprawie. Zginęłabym marnie, nie raz przebiegało przez myśl Jagodzie. Jeszcze tylko kilka telefonów i koniec na dzisiaj. Spojrzała na zegarek. Dochodzi dziewiętnasta, co jeszcze? Jazda do domu, prysznic, dres, lekka kolacja  i telewizor. No tak, pilot w garści, mężnieję albo się starzeję. Przechodząc przez korytarz spojrzała na swoje odbicie w szklanej tafli rozdzielającej pomieszczenia biurowe. Nie jest jeszcze najgorzej. Do tej pory niektórzy, oby szczerze, dziwią się jakim cudem jestem babcią. Jakby to ode mnie zależało. Geny i masę pracy, ale o tym nie musi nikt wiedzieć.

 

Leżała na kanapie w salonie, w telewizji jakiś super macho ocalał świat i główną bohaterkę, która umiała jedynie wytrzeszczać niebieskie okrągłe oczęta, potrząsać słomkowymi lokami    i piszczeć bardzo denerwująco. Na miejscu tego faceta uciekałabym gdzie pieprz rośnie. Dobijam pięćdziesiątki a do tej pory nie rozumiem mężczyzn. Jakby było tu cokolwiek do zrozumienia. No tak,  co bym zrobiła gdyby to mnie ratował taki model  nabity testosteronem i sterydami. Zachichotała cicho, oooo niewątpliwie wiedziałabym co zrobić. Ocaliłabym godność Kobiety Polki i Matki, nie mówiąc o godności Babki. Ta moja ironia, jak koło ratunkowe. Chyba zrobię sobie mocną, gorącą herbatę. Przyciszyła telewizor i przeszła do kuchni, stanęła na środku i zaczęła zastanawiać się, po co właściwie przyszła. Otworzyła lodówkę i wyciągnęła pojemnik z jagodowymi lodami. Wróciła do kanapy i położyła się, gdy zauważyła, że nie wzięła łyżeczki ani gazety z programem telewizyjnym, którą zostawiła       w kuchni na stole. Westchnęła  ze znużeniem i wstała zabierając ze sobą pojemnik z lodami. Schowała go z powrotem do zamrażarki. Przynajmniej o 100 kalorii mniej w biodrach. Włączyła czajnik. Herbata to było to, co samotne tygrysice lubią najbardziej.

 

Kilka dni później

 

Poranek. Rozedrgany i nerwowy. Z przerażeniem myślała o nadchodzących godzinach. Trzeba wziąć się w garść. Spraw czekało tyle, że musiała wspiąć się na wyżyny organizacyjne, aby ze wszystkim nadążyć. Coraz częściej czuła zmęczenie, myśli galopowały przez głowę na podobieństwo tabunu oszalałych koni. I nie miało to nic wspólnego                 z „Szałem” Podkowińskiego. Wykrzywiła usta w uśmiechu. Niedługo erotyczne pasje będzie przeżywała jedynie oglądając malarstwo, no chyba że włączy sobie Różową Landrynkę późną nocą.  Odsunęła z rozmysłem myśli nie związane z pracą. Czas wziąć się w garść. Ubierała się powoli i systematycznie. Ciemny kostium, żakiet  mocno wcięty w talii do wąskiej spódniczki. Wiedziała, że w tym fasonie prezentuje się zarówno kobieco jak i profesjonalnie. Zwinęła włosy w klasyczny węzeł na karku. Do tego kożuszek. Jeszcze buty, torebka              i rękawiczki. Ostatnie kontrolne spojrzenie w wielkie lustro w przedpokoju. Może być. Zatrzasnęła drzwi za sobą, gdy zorientowała się, że teczka z dokumentami została na biurku w gabinecie. Nerwowo sięgnęła do torebki po klucze. Zamarła, gdy zdała sobie sprawę, że klucze i portfel z dokumentami zostawiła na szafce pod lustrem. Oparła się bezwładnie           o ścianę. równocześnie wyciągając z torebki telefon komórkowy. Odbierz, no odbierz... słuchała ciągłych sygnałów, wreszcie usłyszała głos Kasi. Zwięźle i logicznie powiedziała, co się stało.

- Kluczyki od samochodu też zostawiłam w mieszkaniu, zresztą bez dokumentów w taką pogodę.... przerwała czując, że głos zaczyna przybierać piskliwe tony. Byle nie okazać słabości, słabi przegrywają – Kasiu, przyślij kogoś do mnie, przygotuj komplet dokumentów, są w teczkach w moim biurku... aaa i jeszcze zadzwoń do jakiegoś ślusarza i umów mnie  z nim na popołudnie, powiedzmy o osiemnastej, czekam. I proszę pospiesz się, bo tutaj zamarznę – zauważyła, że pada śnieg z deszczem.

Jakby limit nieszczęść miał się nigdy nie wyczerpać.  Miała wrażenie, że nogi w lekkich pantoflach przymarzają do płytek, którymi wyłożony był ganek, dobrze chociaż, że wiatrołap chronił ją przed coraz mocniej zacinającym śniegiem. W końcu, z ulgą usłyszała warkot samochodu i wyszła szybko przed furtkę.

 

Piotr... zaczerwieniła się gwałtownie, mając nadzieję, że można to od biedy uznać za efekt przemarznięcia.

- Wsiadaj królowo, powóz zajechał – Piotr wyszczerzył zęby w uśmiechu przytrzymując drzwi i czekając aż wsiądzie.

Odwzajemniła uśmiech  z wysiłkiem – zmarzłam, możesz mnie zawieźć jak najszybciej do firmy? Za niecałą godzinę mam pierwsze spotkanie – dziwne, ale obecność Piotra sprawiała, że czuła się jak mała dziewczynka, która coś zbroiła. Nie lubiła takiego uczucia, zawsze chciała mieć wszystko uporządkowane, pod kontrolą. A już w szczególności nie mogła znieść myśli, że ktoś widzi jej niedoskonałość.  Spod oka spojrzała na Piotra. Precyzyjnie wycofywał samochód spod bramy, z jego twarzy nic nie można było wyczytać. I całe szczęście, nie miała ochoty na komentarze, choćby były życzliwe.

Dwadzieścia minut później, po wypiciu filiżanki kawy, przeglądając dokumenty dostarczone przez Kasię, wreszcie zaczęła czuć się w miarę normalnie. Powoli zaczęła ustępować nieznośna sztywność i napięcie mięśni. Żeby jeszcze ustał ten uporczywy łomot w głowie – wysunęła szufladę i wyjęła tabletki przeciwbólowe. Rzadko sięgała po leki, ale dzisiaj nie mogła sobie pozwolić na słabość, a taką w trakcie negocjacji mógł się okazać ból głowy.

Nagle doznała olśnienia, zupełnie jakby chmury niepamięci rozsunęły się, pokazując wyraźnie fakty z wczorajszego wieczoru. Wypakowywała zakupy w kuchni, teczkę którą trzymała pod pachą położyła na krześle, które później dosunęła do kuchennego stołu. Razem z teczką. EUREKA!!! Wręcz poczuła, jak uchodzi z niej cały stres razem z bólem głowy. Zapomniała, że przed chwilą połknęła tabletkę. Grunt, że nie zwariowałam, jestem jedynie zapracowana...

 

Św. Mikołaj

 

Już  od wyjścia z domu uczucie radosnej euforii opanowało ją do najmniejszej cząsteczki ciała. Miała wrażenie, że nawet włosy, niesforne i nie poddające się ujarzmieniu, radośnie podskakują w rytm jej kroków.  Po niebie sunęły ciężkie ołowiane chmury. W inny dzień ten widok działał by na nią przygnębiająco, ale dzisiaj... dzisiaj zdarzy się coś wyjątkowego. W końcu dzień świętego Mikołaja. Po południu wybiorę się do Marceliny. Paczki czekały już opakowane w kolorowe papiery i udekorowane ogromnymi kokardami. Uśmiechnęła się w duchu, wyobrażając sobie zachwyt w oczach wnuczki. Reakcje dzieci są takie szczere i jednoznaczne. Radość i smutek objawiają spontanicznie i gorąco. Kiedy zatracamy tę cechę? Kiedy stajemy się zbyt dorośli, żeby odczuwać radość z wizyty świętego Mikołaja? A co tam, na przekór wszystkiemu Jagoda postanowiła dobrze się dzisiaj bawić. Z rozbawieniem rejestrowała zaintrygowane spojrzenia mijających ją ludzi. Co najśmieszniejsze, nie tylko mężczyzn, co w gruncie rzeczy byłoby zrozumiałe… oj ta babska zarozumiałość, roześmiała się sama do siebie,  ale i mijanych kobiet. Kilka osób „odśmiechnęło się” automatycznie. Tak, teraz będą się zastanawiać, skąd ją znają, tak jakby uśmiech był zarezerwowany tylko dla znajomych i rodziny. Spojrzała na swoją sylwetkę odbitą w szybie wystawowej. Nieźle, jak na babcię. Co ja z tą babcią,  mam nadzieję, że nie powtarzam tego zbyt często. Można opowiedzieć tę samą anegdotę raz, ten drugi zawsze można złożyć na karb kobiecego roztargnienia, ale trzeci raz jest już niewybaczalny.  Za oświetloną nastrojowo szybą kawiarni widać było siedzących ludzi, poczuła nagle, że jest zmarznięta i troszkę zmęczona, skręciła tak  gwałtownie, że idący za nią starszy pan z równie starym psem wyhamował w ostatniej chwili na śliskim chodniku. Uśmiechnęła się do nich obu promiennie. Pan spojrzał zrazu gniewnie, ale już po sekundzie jego pomarszczoną twarz ozdobił piękny uśmiech. Jeden do zera dla mnie, a właściwie to remis. Jeszcze przez chwilę patrzyła za nimi, im to dobrze, mają przynajmniej siebie, a ja nawet nie mam złotych rybek. A kysz, co za wredne myśli. Usiadła przy wolnym stoliku na wprost okna. Tak jak lubiła, twarzą do ulicy, za sobą słyszała cichy szum rozmów, miły dla ucha gwar, w którym nie rozróżnia się słów. Kojący i przyjazny. Kelnerka podeszła cicho, z zawodowym uśmiechem. Poproszę gorącą czekoladę i… co pani może polecić z deserów? Zawsze tutaj miała problem z wyborem, najchętniej spróbowała by wszystkiego, postanowiła nie myśleć o kaloriach, hektolitrach potu wylewanych na siłowni i nie dopinających się spódnicach. Dzisiaj jest dzień świętego Mikołaja, więc zrobię sobie prezent. Zimowy zmierzch zapadał szybko, mimo, że jeszcze nie było piątej. W szybie odbijało się wnętrze kawiarni. Zauważyła jakiś ruch przy stoliku w kącie kawiarni. Jakieś większe towarzystwo, zarejestrowała bez zbytniego zainteresowania. Od stolika podniosła się jakaś kobieta. Jagoda ze zdziwieniem zauważyła, że zmierza w jej kierunku. O Boże, co to za baba, koniec ze spokojem. Pewnie jakąś klientka. Kobieta podeszła i stanęła przy stoliku. Jagoda podniosła na nią oczy. Nie, nie znam jej.

- Jadzia? Jadzia, o rany, kopę lat – wykrzyknęła nieznajoma.

Jagoda spłoszona popatrzyła uważniej, te oczy. Skąd ja znam te oczy. No i to imię „Jadzia” Kiedy do mnie tak mówiono? Wieki temu. Kobieta w dalszym ciągu scenicznym szeptem wykrzykiwała ochy i achy. W powodzi słów padło jedno, jak drogowskaz: „szkoła”.

- Maryla, NIC się nie zmieniłaś! – miała nadzieję, że w jej głosie słychać choć odrobinę entuzjazmu. Trzydzieści parę lat i trzydzieści parę kilogramów temu Marylcia była drobną, myszowatą dziewczyną z krzywymi zębami i stale tłustymi włosami. Teraz na jej głowie pyszniła się balejażowa fryzurka, zęby nie wydawały się już krzywe, za to sylwetka… ho ho! Osiemdziesiąt parę kilo jak nic. Jagoda usiłowała nie przypatrywać się zbytnio. Odsunęła zapraszająco krzesło. Maryla klapnęła na nie z rozmachem.

- Ja tylko na chwilę, akurat świętujemy spóźnionego Andrzeja, zapraszam cię do naszego stolika – skinęła ręką na kelnerkę nie słuchając protestów Jagody – ta pani będzie siedziała przy tamtym stoliku w rogu – głową wskazała kierunek, po czym zamaszystym gestem porwała z wolnego krzesełka torebkę Jagody i pociągnęła ją za sobą.

- O rany, ona nic się nie zmieniła – Jagoda uśmiechnęła się z wysiłkiem do lekko zaszokowanej kelnerki – zawsze była… energiczna!

Maryla nie zważając na nic holowała Jagodę do stolika, przy którym siedziało kilka osób.

- To moja szkolna koleżanka, Jadzia – zaanonsowała donośnym głosem i rozpoczęła prezentację. Wśród powodzi słów Jagoda wyłapała „mój mąż”, przyjrzała się mężczyźnie, który miał odwagę ożenić się z nadenergiczną Marylą. Chyba to jednak Marylcia wyszła za mąż, ciekawe kto się komu oświadczył. W zamieszaniu, jakie powstało ktoś dostawił do stolika jeszcze jedno krzesło.

- Ja tylko na moment, dzisiaj bawię się w świętego Mikołaja i jestem umówiona z kobietą mego życia – przerwała słowotok Maryli, która stanęła nieruchomo jak żona Lota a jej usta ułożyły się w śliczne okrąglutkie „oooooch!”. Jagoda roześmiała się widząc zaskoczone twarze – mówiłam, rzecz jasna o mojej wnuczce – dopowiedziała z kilkusekundowym opóźnieniem, z premedytacją utrzymując towarzystwo w całkiem mylnych przypuszczeniach. Rozległ się śmiech, tu was mam, ciekawe, jak byście zareagowali, gdybym faktycznie wolała kobiety. Maryla przysunęła swoje krzesło bliżej.

- Słuchaj, wiem że nie masz dzisiaj czasu, ale może byśmy się spotkały na jakiejś kawie, może w przyszłym tygodniu? Teraz już cię nie stracę z oczu.

- Nooo, tego się obawiałam – odruchowo wyrwało się Jagodzie, więc złagodziła  sens wypowiedzi – zawsze byłaś waleczna. Maryla uśmiechnęła się – wiem, wiem jaka byłam i wiesz co? Nic się nie zmieniłam. Czy wiesz, że Jaśkowi sama się oświadczyłam, bo inaczej do tej pory byłabym dziewicą  - roześmiała się, a rzeczony Jasiek pokiwał z udawaną rezygnacją łysą głową – Tak było, co najważniejsze, nie miałem nic do gadania, wszystko powiedziała Marylka – towarzystwo roześmiało się życzliwie. Jacy to mili, sympatyczni ludzie. Nachyliła się do Maryli – który to solenizant, bo mi umknęło – spytała.

- Solenizant, siedzisz w kątku, wcale Cię nie widać, Jadzia chciałaby ci złożyć życzenia – Maryla była rzeczowa – Jadziu, Andrzej jest naszym sąsiadem, mówię ci, gdyby nie ja, to pewnie nie wychodziłby ze swojego domu… i z komputera, taki z niego filozof, wcale nie chłopski, tylko uniwersytecki - dokończyła prezentacji.

O rany, jakie on ma oczy – przemknęło przez głowę Jagody. Uśmiechnęła się do tych oczu i do faceta, na oko bardzo wysokiego i bardzo chudego – jak on poskładał te swoje kości, że zmieścił się na takim małym krzesełku – Jagodę rozbawił obraz Andrzeja składającego się jak scyzoryk.

- Pani wybaczy, że nie wstanę, ale tutaj jest dosyć ciasno i gdy już się rozwinę, mogę nie usadowić się z powrotem – w oczach Andrzeja zamigotały iskierki wesołości.

Czy ja jestem przezroczysta, czy może powiedziałam znów coś na głos – Jagoda spłoszona spuściła wzrok, szczęśliwa, że kelnerka przyniosła zamówienie – wybawiona przez gorącą czekoladę i torcik kokosowy – zachichotała w duchu.

- W odpowiednim momencie, prawda? – Andrzej wyraźnie śmiał się ze zmieszania Jagody.

- Pani naprawdę to zje? – pytanie, dość obcesowe, na dodatek wygłoszone napastliwym tonem, zadała młoda ruda „rude jest wredne” dziewczyna siedząca obok solenizanta.

- Ja MOGĘ sobie na to pozwolić – Jagoda ugryzła się w język, co ja wyprawiam, jak to zabrzmiało, popatrzyła spłoszona na Marylę.

- Zawsze zazdrościłam Jadzi, jej kalorie szły w intelekt, mnie zupełnie gdzie indziej – obwieściła szkolna niedoceniana koleżanka.

- Marylko najdroższa, gdzie ty byłaś przez te wszystkie lata? - Jagoda poczuła, że odpręża się i jakaś tam ryża, tak ryża, małolata nie może jej już obrazić. Czy on jest z tą ryżą podfruwajką?

Jagoda uśmiechnęła się do swoich myśli, jej uśmiech poszerzył się, gdy zauważyła pokrytą piegami smukłą łapkę rudowłosej na rękawie chudego filozofa.

- Andy, mam pusty kieliszek, zaniedbujesz mnie, a coś mi obiecałeś – wymruczało rude zjawisko.

- Pani Jadwigo, proszę wybaczyć, moja córka ma specyficzne poczucie humoru, na dodatek nie mam pojęcia, po kim – Andrzej postanowił widocznie zakończyć popisy rudzielca.

- Panie Andrzeju, nic nie może mnie zaskoczyć, szczególnie jeśli chodzi o nic w wykonaniu nastolatek, poza tym, mam na imię Jagoda, w szkole mówiono do mnie Jadzia, tak chyba było bardziej… proletariacko, czy ja zresztą wiem – Jagoda zerwała się z krzesła – bardzo państwa przepraszam, Marylko, panie Andrzeju, jak mówiłam wcześniej, jestem umówiona, mam kontrakt na Śnieżynkę, na Mikołaja niestety się nie załapałam.

- Zadzwoń do mnie, koniecznie – wcisnęła wizytówkę w dłoń Maryli – było mi bardzo miło, cieszę się z naszego spotkania, musimy to powtórzyć – spotkała się wzrokiem z Andrzejem, tak że ostatnie zdanie mógł zinterpretować, jako kierowane do niego – a co mi tam – pomyślała Jagoda wychodząc na ziąb późnego popołudnia. Jakie szczęście, że taksówki kursują pomyślała leniwie opadając na siedzenie wysłużonego samochodu. Najpierw do domu, a później do Marcelinki. Ja też miałam dzisiaj prezent od świętego Mikołaja, pomyślała z rozbawieniem, spotkałam Marylkę, ale numer – parsknęła śmiechem, aż taryfiarz spojrzał na nią we wstecznym lusterku, On też odwzajemnił uśmiech. Dzień cudów pomyślała Jagoda, dzień cudów.

  

Kilka dni później

 

Święta tuż-tuż, pomyślała Jagoda przeciągając się leniwie w promieniach zimnego słońca. Przez tiulową firankę dochodził przytłumiony odgłos niedalekiej autostrady. Raczej drogi szybkiego ruchu, a i to nie za bardzo, skrzywiła się na wspomnienia trasy, którą przemierzała codziennie co najmniej dwa razy.  Jak dobrze, że dzisiaj niedziela, powoli przewróciła się na drugi bok chowając równocześnie stopy pod kołdrę. Zawsze spała opatulona aż po czubek głowy, jedynie stopy musiała mieć odkryte. Zawsze gotowa do ucieczki, tak skomentował kiedyś jeden z mężczyzn jej życia. No, powiedzmy, że życia, raczej jednego roku. Jak on miał na imię, był bibliotekarzem, kolejny mózgowiec, bezradny jak dziecko i kompletnie nieprzystosowany do życia, bluszczyk oplatający ją swoją nieporadnością. Na początku było to rozczulające, by w końcu stać się denerwującym ciężarem. Nie do zniesienia. Więc… wyplewiła bluszczyk, wyrwała chwasta – roześmiała się, bo przypomniała sobie, jak tę kwestię wygłosił Bogusław Linda. Cudo. Lesio, tak, miał na imię Lesio i miał mamusię, która czując zbliżający się koniec, żyje zresztą do tej pory, miała nadzieję znaleźć dla synka Lesia nową mamusię. Ale póki co, póki żyła wciąż trzymała Lesia w swoich pomarszczonych rączkach. Brrrrrrrrrrrrr. Mężczyźni w promocji przedświątecznej, z mamusią w pakiecie, czytaj z depresją, z byłą żoną, z szefem, który nie docenia, z ryżą córką. Przypomniała sobie nagle nie-chłopskiego filozofa. Ładne miał oczy i był… rozczulający w swojej chudej długości. No nie, tylko nie to. Był, to właściwe słowo. Koniec i kropka. Energicznie zerwała się z łóżka  Musiała chwilę odczekać, bo zawróciło jej się w głowie. To moje niskie ciśnienie mnie wykończy. Włączyła radio, ulubiona stacja, jak wszystkie inne nadawała White Christmas i Last Christmas. Znak, że święta za pasem. Postawiła czajnik na płycie kuchenki, po czym weszła do łazienki. Zdjęła szlafrok i przyjrzała się sobie w wysokim lustrze. Przybliżyła twarz do tafli. Błogosławieństwo wieku średniego to coraz słabszy wzrok. Mniej szczegółów widać, czytaj: mniej zmarszczek. Chociaż, tak obiektywnie oceniając, nie jest tragicznie. Włosy wciąż były błyszczące, bez srebrnych nitek, nie, kilka ostatnio zauważyła. Ale w połączeniu z młodą jeszcze twarzą, takie nitki mogą dodawać uroku. Nie zamierzała farbować włosów, może kiedyś, gdy siwizna stanie się zauważalna. Oczy w kolorze zieleni i brązu były duże i błyszczące. Cera też nie budziła zastrzeżeń. Przeniosła wzrok niżej. Pełne, ładne, jak mówią, piersi, nie sterczące zawadiacko, ale lekko opadające pod własnym ciężarem. Gruszkowe, jak mówiła mama. Zawsze takie były, Kiedyś zazdrościła koleżankom małych, jabłuszek, no cóż, teraz te jabłuszka zmieniły się u niektórych w arbuzy. Zachichotała, złośliwa baba ze mnie, a zresztą co z tego. Kiedyś usłyszała cudną opinię Franciszka Starowieyskiego „cycki nie k…s, nie muszą stać”. Kocham tego faceta, pomyślała. Odkręciła kran i weszła pod strumień chłodnej wody, podkręciła troszkę, żeby leciała cieplejsza. Stała pod ostrymi biczami, które szczypały jej skórę. Mogłabym tak stać do końca świata. I żeby ktoś na tym końcu świata podał mi ręcznik. Otworzyła oczy, co tak wyje? O rany, woda – wyskoczyła szybko z łazienki, ślizgając się mokrymi stopami na kafelkach dopadła kuchni. Czajnik wył jak oszalały, w całym pomieszczeniu kłębiły się tumany pary, po szybie spływały strumyczki wody. Uchyliła okno i wróciła do łazienki. Po drodze spojrzała na zegar, już dziewiąta. Gdzieś mi umknęły minuty, kwadranse, godziny. Dobrze, że nie muszę się nigdzie spieszyć, to rzadki stan. Nagły dźwięk telefonu zabrzmiał jak zgrzyt. Podniosła słuchawkę jednocześnie naciągając na mokre ciało ciepły szlafrok. Z zaskoczeniem usłyszała glos Kasi – Dzień dobry Szefowo, za ile pani przyjedzie, za pół godziny ma pani umówione spotkanie z tymi od pasty. Czy mam ich przetrzymać, czy poprosić kierownika Nawrockiego, żeby przedstawił im propozycje – Kasia jak zwykle była rzeczowa i konkretna, ale Jagoda w jej głosie wyczuła lekkie zdenerwowanie. Zamarła ze słuchawką przy uchu, z włosów spływały po szyi zimne strumyczki wody.

- Przetrzymaj ich, będę za czterdzieści minut, troszkę mi się czas pokręcił, sądziłam że spotkanie jest o jedenastej – miała nadzieję, że jej głos brzmi normalnie. Wydała jeszcze kilka dyspozycji, poprosiła o załatwienie na popołudnie grafika z długiej listy dorywczo współpracujących z firmą – potrzeba nam świeżego spojrzenia na ten mineralny projekt, nasi są dobrzy, ale mają swoje nawyczki – Jagoda wiedziała, że każdy z grafików ma swoją manierę, można było łatwo rozpoznać czyj jest projekt. No i na dodatek Nawrocki, który w dalszym ciągu nie mógł przetrawić, że jest podwładnym kobiety, baby, jak pewnie mówił w duchu. Jagoda nie pozwalała na niesubordynację, zawsze mogła się z nim pożegnać, ale był świetnym fachowcem i oprócz pobłażliwych spojrzeń rzucanych w jej kierunku, tak właściwie niewiele mogła mu zarzucić. Zamyśliła się, właściwie mam świetny zespół, ja tylko pozwalam im pracować. Wiedziała, że to podstawa działania dobrego zespołu. Nie przeszkadzać. Co się ze mną dzieje, zgubiłam jeden dzień. Dałabym sobie rękę, głowę uciąć, że dzisiaj jest niedziela. Muszę zwolnić tempo – pokręciła z niedowierzaniem głową – starzeję się chyba. Zmarszczyła brwi idąc do garderoby. Na dzisiaj potrzebuję czegoś energetycznego, czegoś na poprawienie nastroju, mruczała do siebie przesuwając wieszaki z kostiumami, sukienkami, żakietami. Czarna spódniczka i czerwony żakiet. Do tego kremowa bluzka, klasycznie a mimo to kobieco. Szybko zakładała rajstopy, cholera, oczko, sięgnęła po następną parę, w końcu spojrzała w lustro by ocenić końcowy efekt. Jeszcze spiąć włosy czarną klamrą, makijaż minimalny, srebrny ulubiony zegarek, torebka. Nieźle jak na tak niewiele czasu. Spojrzała przez okno, przed furtką stała już zamówiona taksówka. Więc do boju szefowo – w duchu poklepała się po ramieniu zamykając za sobą drzwi.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 584  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554584

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl