Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Kraków...

środa, 05 sierpnia 2015 22:52

 

 

... jest dobry na wszystko. Na chandrę. Na psychiczne doły i dołki. Na klimatyczne uniesienia. Na dzień dobry. I na wieki wieków. .. Wymyśliłam sobie wyprawę do Krakowa do muzeum motyli. Wybrałam się więc w ostatnią sobotę wraz z cioteczną siostrą, jej synem i jego dziewczyną żeby trochę pooddychać krakowskim powietrzem. Pogoda była cudna. Słonecznie, rześko, niezbyt upalnie. Dzień w sam raz na wycieczkę. Jechaliśmy starą trasą na Olkusz, Mijaliśmy wioski, chłonęliśmy widoki bezkresnych przestrzeni. Trasa wprawdzie dłuższa, ale o ileż ciekawsza od nudnej jazdy autostradą. Powoli wspinaliśmy się na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Widoki stawały się z każdym kilometrem bardziej oszałamiające.  Po drodze, zboczywszy z lekka zahaczyliśmy o ruiny zamku w Tenczynie. Zabawne, bo funkcjonują dwie lokalizacje tego obiektu. Można się spotkać z określeniem „zamek w Tenczynie” lub „zamek w Tenczynku”.  Tak naprawdę zamek znajduje się we wsi Rudna leżącej pomiędzy Tenczynem a Tenczynkiem. Zamkowa góra, a właściwie wygasły wulkan wznosi się nad okolicą na wysokość 411 m n.p.m. Nazwa zamku wywodzi się od rodu Tęczyńskich, dlatego też czasami można spotkać się z określeniem „zamek w Tęczynie”. Nie jest to jednak poprawna nazwa. Obiekt, zarówno z oddali, jak i z bliska jest imponujący. Ogromne mury, wyszczerbione baszty i pozostałości umocnień sprawiają, że człowiek zastanawia się nad kunsztem dawnych budowniczych. Bo przecież zamki, warownie, kościoły budowano bez pomocy dostępnej nam dzisiaj technologii, bez ciężkich maszyn i komputerowych symulacji, A jednak przetrwały, w lepszej lub gorszej kondycji do naszych czasów. Zamek w Tenczynie z lekka się rozsypuje, trwają więc prace nad jego restauracją. Z tego też powodu nie ma możliwości wejścia do wnętrza murów, na dziedziniec. Mogłam jedynie zajrzeć przez „dziurkę od klucza” czyli przez szczelinę w bramie. Jeśli uda się w końcu doprowadzić zamek do stanu umożliwiającego udostępnienie go turystom, to obiekt ten stanie się jednym z piękniejszych, jakie widziałam. Robiło się z każdą chwilą bardziej gorąco, obeszliśmy więc zamek w koło, stromą i wąską ścieżką, w zielonej poświacie rzadkiego lasu, w cieniu kamiennych murów.  W niektórych miejscach było bardzo stromo i ślisko, a ja z przerażeniem myślałam o... mojej kostce, bo (nie spodziewając się takich warunków i wybierając się do miasta!) założyłam lekkie sandałki. Na szczęście, obeszło się bez kolejnej kontuzji.Jeszcze trochę zdjęć roztaczającej się ze wzgórza panoramy i ruszyliśmy dalej pozostawiając za sobą siedemset lat historii.

 

 

 

DSC01089.JPG

 

 

 

DSC01099.JPG

 

 

 

DSC01102.JPG

 

 

 

DSC01105.JPG

 

 

 

DSC01126.JPG

 

 

 

DSC01129.JPG

 

 

 

DSC01133.JPG

 

 

 

DSC04638.JPG

 

 

 

DSC04668.JPG

 

 

 

DSC04672.JPG

 

 

 

DSC04676.JPG

 

 

 

DSC04679.JPG

 

 

 

DSC04688.JPG

 

 

 

DSC04699.JPG

 

 

 

DSC04701.JPG

 

 

 

DSC04719.JPG

 

 

 

DSC04720.JPG

 

 

 

DSC04639.JPG

 

 

 

Wreszcie Kraków. Jak  zwykle  znalezienie miejsca parkingowego jak najbliżej Rynku jest niemożliwe. Oddalamy się więc troszkę od centrum  i po pół godzinie kręcenia się po jednokierunkowych ulicach w końcu... uff, parkujemy. Później już tylko spacer w kierunku Plant, bo muzeum jest na Grodzkiej.  Na rogu Piłsudskiego i Straszewskiego na ceglanym starym murze wysokiej kamienicy jawi mi się tekst pisany jakby czcionką zabytkowej maszyny do pisania. To „Barcelona” Adama Ziemianina. I wcale nie opowiada o jednym z najpiękniejszych miast Hiszpanii i stolicy Katalonii. To opowieść o, nieistniejącym już barze znanym pod tą właśnie nazwą. Barze, do którego, jak do portu ciągnęli muzycy, malarze, poeci, pijacy i niebieskie ptaki. Nie ma już „Barcelony”, pozostał po niej ślad na murze sąsiedniej kamienicy i wspomnienia tych, którzy tam bywali...

 

Obudziłem się nagle w "Barcelonie"

pan Jasio nerwowo

roznosił piwo

jak zwykle nie wydając reszty

 

Galaretka wieprzowa

trzęsła się ze strachu

gdy przy drugim stoliku

usiadł donosiciel

 

Wojtek Belon

wciąż chciał

wyjechać z "Barcelony"

w góry

lecz coś go trzymało

 

Potem przyszedł Andrzej

z Musiałem i Jurkiem Gizellą

usmiechali się stypendialnie

 

Wtedy jeszcze mieliśmy

paszporty do młodości

takie radosne

 

 

 

DSC01137.JPG

 

 

Czytam i rzuca mi się w oczy nazwisko Wojtka Belona...  Wojtek Belon – bard i pasjonat gór, poeta i muzyk, związany z Buskiem-Zdrojem i Krakowem. Był taki piękny i umarł tak młodo... Kim był, spyta ktoś, bo nie słyszałem.  Być może, ale nazwa „Wolna Grupa Bukowina” jest pewnie znana każdemu, kto chociaż raz siedział wieczorem przy ognisku i słuchał, jak ktoś śpiewa o wiośnie na Ponidziu. Kto chociaż raz zasłuchał się w muzyczną opowieść o tym, jak zakurzoną drogą wędrował Majster Bieda, a w rzeczywistości opowieść o Władku Nadopcie, bieszczadzkim wędrowcu. W magiczną opowieść o Cześku Piekarzu czyli Czesławie Królu, rzeźbiarzu samouku z Buska Zdroju w nocy wypiekającym chleb, a w dzień tworzącym cuda w drewnie.  Teraz leżą dwaj starzy przyjaciele na cmentarzu w Busku-Zdroju – Wojtek i Czesiek, i całkiem niedaleko do siebie mają.  „Wiatrem niesieni odpłynęli w dal...” bo i Władek umarł i pewnie dołączył do doborowej kompanii wolnych duchów... ech...

 

 

 

DSC01236.JPG

 

 

Wracam do Krakowa i Plant. Jedno z magicznych miejsc krakowskich, gdzie na ławkach śpią bezdomni, siadają turyści, a w jednej z alejek pięknie gra akordeonista.Drzewa rzucają a ziemię migotliwe cienie. Idę w chłodzie i rozkoszuję się tym miejscem, tym nastrojem...

 

 

 

DSC04730.JPG

 

 

 

DSC04731.JPG

 

 

 

DSC04740.JPG

 

 

 

Ale miałam napisać o muzeum motyli, a jeszcze nawet do Rynku nie doszłam... Może więc w końcu opowiem o miejscu, dla którego wybrałam się do Krakowa. Muzeum Żywych Motyli mieści się na pierwszym piętrze starej kamienicy przy Grodzkiej. Wspinamy się drewnianymi schodami i wchodzimy do jednego sporego pomieszczenia. O rany! Wokół fruwają motyle mieniąc się wszystkimi odcieniami niebieskiego od jaskrawego błękitu po nasycony kobalt, w zależności od kąta padania światła. Niestety, spodziewałam się więcej niż zastałam na miejscu.  Jedynie dwa gatunki motyli, niektóre z postrzępionymi skrzydełkami. Wysoka temperatura i wilgotność (to akurat jest zrozumiałe) sprawiły, że w krótkim czasie poczułam się klaustrofobicznie.  Ja wiem, że motyle mają określony cykl życiowy i akurat tylko te dwa gatunki wyszły z kokonów, ale z lekka się rozczarowałam. Na dodatek, pani która znajdowała się w pomieszczeniu nie była Polką i średnio można się było z nią porozumieć. O szczegółach na temat życia motyli można było pomarzyć.Nie dowiedziałam się również jak nazywają się małe ptaszki, które swobodnie fruwają po pomieszczeniu. W każdym razie, mam zaliczone, niemniej z ulgą wyszłam na słoneczną ulicę.

 

 

 

DSC01166.JPG

 

 

 

DSC01169.JPG

 

 

 

DSC01187.JPG

 

 

 

DSC01191.JPG

 

 

 

DSC04777.JPG

 

 

 

DSC04782.JPG

 

 

 

DSC04785.JPG

 

 

 

DSC04794.JPG

 

 

 

DSC04800.JPG

 

 

 

DSC04802.JPG

 

 

 

DSC04803.JPG

 

 

 

DSC04813.JPG

 

 

 

DSC04820.JPG

 

 

 

DSC04835.JPG

 

 

 

DSC04865.JPG

 

 

 

DSC04817.JPG

 

 

 

DSC04839.JPG

 

 

 

DSC04841.JPG

 

 

 

DSC04864.JPG

 

 

Na krakowskim Rynku tłok, stukot końskich kopyt, trio akordeonistów grające Marsz Radetzky’ego, kolorowe krakowskie chusty na straganach i ogromne mydlane bańki mieniące się tęczą. Kraków pełen jest kolorów, dźwięków i zapachów. Kraków jest niepowtarzalny i zaskakujący.

 

 

 

DSC04738.JPG

 

 

 

DSC04763.JPG

 

 

 

DSC04770.JPG

 

 

 

DSC04871.JPG

 

 

 

DSC04883.JPG

 

 

 

DSC04893.JPG

 

 

 

DSC04898.JPG

 

 

 

DSC04908.JPG

 

 

To tyle na temat wycieczki do Krakowa. Kolejnym wydarzeniem, jakie chcę tu przywołać jest II etap Tour de Pologne, który kryterium uliczne i metę miał w Dąbrowie Górniczej. W upalny poniedziałek pracowałam do 17-tej. Później w skwarze marsz do domu, szybki prysznic, zmiana nieświeżych ciuchów, aparat w garść i bieg do głównej ulicy miasta, po której jeździli sobie w kółko kolarze. Słońce prażyło, pot spływał po plecach i twarzy. Za jakie grzechy, ja się pytam? Czy mi ktoś każe to robić? Po co ci to, kobito? No cóż, pytania z gatunku tych retorycznych. Wiem, że mogłam zostać w domu, popijać sobie lodowaty napój i chłodzić się w strumieniu powietrza mielonego wentylatorem. Ale wiem również, że miałabym sama do siebie pretensje, gdybym odpuściła taką okazję. Chyba było warto?

 

 

 

DSC05077.JPG

 

 

 

DSC05122.JPG

 

 

 

DSC05128.JPG

 

 

 

DSC05129.JPG

 

 

 

DSC05132.JPG

 

 

 

DSC05133.JPG

 

 

 

DSC05141.JPG

 

 

 

DSC05198.JPG

 

 

 

DSC05208.JPG

 

 

 

DSC05220.JPG

 

 

 

DSC05230.JPG

 

 

 

DSC05231.JPG

 

 

 

DSC05253.JPG

 

 

 

DSC05283.JPG

 

 

 

DSC05333.JPG

 

 

 

DSC05334.JPG

 

 

 

DSC05359.JPG

 

 

 

DSC05361.JPG

 

 

 

Upalne lato troszkę daje mi się we znaki. Szczególnie w momencie wyjścia z pracy, gdy z klimatyzowanych pomieszczeń wynurzam się prosto w skwar wczesnego popołudnia. Dzisiaj nie było inaczej. Powietrze było aż ciężkie od gorąca. Niebo z lekka zamglone powoli zaczęło pokrywać się chmurami. Gdzieś z oddali nadciągała burza.  Równocześnie świeciło Słońce i padał deszcz. Kolejny dobry moment, żeby pojawiła się tęcza... i co powiecie, Najmilsi Tubywalcy? Zakwitła! Wprawdzie niekompletna, niepełna, ale i tak piękna. Chwilę później zaczęła się nawałnica. To bardziej przypominało śnieżną zadymkę niż ulewę. Masy wody miotane porywistymi podmuchami wiatru były białe, wirujące i przedziwnie piękne.  Pierwszy raz widziałam tak spektakularne zjawisko. Trwało to około kwadransa, a później deszcz zaczął słabnąć, pomruki burzy stawały się coraz odleglejsze... wyszło Słońce. Jedynie na szybach spływające krople deszczu świadczyły, o tym, co jeszcze przed chwilą miało miejsce. Teraz  na granatowym niebie pojawiły się gwiazdy. Powietrze przejrzyste i lekkie, jak to po burzy.  Na jutro znów zapowiadają upał... kocham lato!

 

 

 

DSC01270.JPGDSC01270.JPG

 

 

 

DSC01281.JPG

 

 

 

DSC01292.JPG

 

 

 

DSC01298.JPG

 

 

 

DSC01299.JPG

 

 

 

DSC01329.JPG

 

 

 

DSC01322.JPG

 

 

 

DSC01342.JPG

 

 

 

Dobrej nocy, Tubywalcy Najmilsi...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Londyn...

sobota, 21 grudnia 2013 15:32

 

... tradycyjnie potrafi zaskakiwac pogoda. Wczoraj wyladowalam w pieknym Sl

oncu,, chociaz bylo zimno i wietrznie. Sadzilam w nnaiwnosci swej, ze tak juz bedzie zawsze, a przynajmniej przez okres mojego pobytu. Niestety, nad ranem zaczelo padac i padado tej pory. O samym locie napisze wiecej w nastepnym wpisie, jednak pisanie na tablecie nie jestzbytwygodne. Beda rowniezzdjecia, ale to jutro, teraz pa, pa

 

 

 

 

 

.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Dłonie jak ptaki

wtorek, 14 października 2008 8:53

Dłonie jak ptaki

 

                                                                           ... dedykuję mojej Babci Oleńce...

 

 

 

 

 

Najpiękniejsze, najczulsze, najukochańsze. Szorstkie, zniszczone, pulchne. Nie klasycznie piękne ręce artystki, ze smukłymi palcami o zadbanych paznokciach. Nie zachwycające piękną, gładką skórą ręce kobiety, która o nie dba wklepując kremy, zakładając rękawiczki do najprostszych domowych prac. Ale to właśnie te ręce kochałam najbardziej na świecie. I kocham nadal, bo przecież wciąż żyją w moich snach. To one są moim ratunkiem w chwilach słabości, bólu i zwątpienia. To one są kotwicą łączącą mnie z przeszłością. Dłonie mojej Babci.

 

 

Jedno z najwcześniejszych moich wspomnień. Jestem mała, tak mi się wydaje, bo przecież gdyby było inaczej dostawałabym stopami do podłogi, a tu nogi w białych bucikach majtają się wesoło w powietrzu. Babcia trzyma w dłoniach grzebień i czesze moje włosy. Przymykam oczy, czuję Jej dłonie rozdzielające pasma i szybko splatające je w warkoczyki. Au, to boli! Dłonie nieruchomieją na moment, by za chwilę podjąć na nowo splatanie. Delikatnie, najdelikatniej wplatają w moje włosy kolorowe wstążki zawiązując je w kokardy. Jej dłonie są szorstkie, spękane, brunatne od słońca i ogrodowej ziemi. Przyglądam się im, gdy wiążą moje sznurowadła „na kokardkę",  przyszywają urwany guzik do letniej sukienki, przesuwają materiał pod igłą maszyny do szycia marki Singer. Patrzę na szybko poruszającą się igłę i głowa mi opada, opada.. Przez sen czuję, jak dobre chłodne dłonie rozbierają mnie delikatnie, palce zapinają guziczki piżamy. Jeszcze delikatne pogładzenie po włosach. Śpię.

 

 

Kolejny dzień, kolejne wspomnienie. Jesteśmy w ogrodzie. Wiosna rozpanoszyła się żółtymi żonkilami, szafirkami w kolorze kobaltu i fioletowymi krokusami. Ścinamy naręcza żółtych kwiatów o wysmukłych łodygach. Babcine dłonie sprawnie układają żonkile w pęczki wiązane wstążką. Po sto sztuk. Za godzinę przyjedzie handlarka, która sprzeda je na targu. Wówczas jeszcze nie wiem, że z kilkakrotnym zyskiem.  Klęczymy obie w ogrodzie. Ziemia pachnie  tak, jak tylko ziemia potrafi pachnieć. Babcia kantem dłoni robi rowki na grządkach a ja, ostrożnie bardzo, wysiewam nasionka w wilgotną przyjazną czerń. Zasypujemy je, nasze dłonie delikatnie uklepują  ziemię. Będą rzodkiewki i marchewka. I sałata będzie,                    i pietruszka. Patrzymy na siebie z uśmiechem. Babcina dłoń delikatnie dotyka mojego policzka. Moja mała pomocnica, bez ciebie bym sobie nie poradziła, słyszę. Ależ jestem dumna.

 

 

Poranek. Idę z Babcią do komórki. Tam, gdzie nocują kozy i owce.  Na „górce" siedzą na drążkach kury. Wspinam się po drabince z koszyczkiem w dłoni. W słomie wyczuwam palcami obłość chłodnych, gładkich jajek. Kury przyglądają mi się nieruchomym wzrokiem przekrzywiając głowy. Do moich uszu dobiega charakterystyczny dźwięk strumienia mleka uderzającego o dno wiadra. Babcia doi kozę. Szybko zbiegam po szczeblach  drabinki. Chwytam  fajansowy garnuszek, zawieszam na nim siteczko. Babcia chochelką nalewa do niego jeszcze ciepłe kozie mleko. Nie ma nic lepszego na świecie. Wokół ust mam białe wąsy. Koza patrzy na mnie obojętnie. Zaraz wyprowadzę ją na łąkę. Niech się pasie, żebym miała dobre ciepłe mleko z pianką. Prosto od kozy. Żebym urosła duża. Śmiejemy się z Babcią, ot tak, z samej radości istnienia.

 

 

Lato. Zamknięte w zielonych włochatych kulkach agrestu, w lepkiej słodyczy malin,

w dusznym zapachu róż , w klapsach dziurawionych przez szpaki. Moje dłonie, podobne do babcinych są brunatne od słońca, popękane od ogrodowej ziemi i poranione kolcami róż, agrestu i malin. Siedzimy na ganku w upalne popołudnie i czyścimy agrest. Trzeba uważnie usuwać ogonek i szypułkę. Drylujemy wiśnie. Nasze ręce zabarwione na czerwono, rozbryzgi soku znaczą ubranie i skórę. Będą dżemy, kompoty,  galaretki. Moja Babcia jest czarodziejką. Potrafi zamknąć lato w słoikach. Wieczorem zagniatamy ciasto. Będzie placek z konfiturą. Czekam aż ciasto trafi do formy. Wówczas jest czas dla mnie. Drewnianą kopyścią wybieram ukradkiem resztki ciasta z makutry. Dłoń Babci daje mi lekkiego klapsa. Jej oczy śmieją się do mnie. Będzie cię bolał brzuszek, ostrzega. Uwielbiam surowe ciasto. Uwielbiam zapach naszej kuchni.  Zapach ciasta. Zapach domu.

 

 

Powoli w czerwieni liści nadciąga jesień. Jesień to czas sekatorów i dymów snujących się nad ogrodem. Czas zapachu ziemniaków wyciąganych ostrożnie z popiołu, przerzucanych gwałtownie z reki do ręki, bo parzą. Po rozerwaniu ziemniaka na pół z wnętrza bucha obłoczek pary. Babcia podaje mi na osmalonej dłoni upieczony kartofelek. Patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem. Wokół ust obie mamy czarne obwódki od sadzy. Babcia wyciera usta wierzchem dłoni i nagle Jej uśmiech staje się asymetryczny, gdy czarna smuga wędruje aż na okrągły policzek. Wieczory coraz dłuższe, o szyby uderzają krople deszczu i długie pędy winogronowe. Podwiązujemy je do drabinek, przetrwają zimę. Wieczorami siadamy w kręgu kuchennej lampy. Siedzę na babcinych kolanach. Jej palce przewracają kartki książki, okulary na nosie odbijają światło. Czytamy bajki. Bezpieczny świat chociaż za oknem wiatr szarpie konarami drzew. Jak dobrze jest żyć.

 

 

Przychodzi pewien poranek, gdy za oknem nagle jest biało. Dłonie Babci mocno ściskają styl łopaty. Pewnymi miarowymi ruchami odrzuca na bok śnieg, który zasypał chodnik. Jej dłonie czerwienieją i pierzchną na mrozie. Wracamy, kuchnia pachnie glicerynowym kremem, którym Babcia smaruje ręce. Za oknem zawieja, świat traci kontury zamazane wirującymi płatkami. Kaszlę. W gardle drapie, łzy lecą z oczu. Uważne dłonie trzymają łyżeczkę z jakąś miksturą, A fe! Gorzkie. Babcia smaruje mi plecy i piersi ostro pachnącą maścią. Dłonie tulą mnie i kołyszą. Zasypiam. Przez niespokojny sen czuję lekki dotyk na czole. Wtulam się

w bezpieczną szorstkość. Odpływam w ciepłą ciemność snu. Rankiem budzę się powoli, patrzę przez okno na śnieżny, bajkowy ogród. Z kuchni dobiega brzęk naczyń, ciche babcine kroku przemierzają przestrzeń od kaflowego rozłożystego pieca do stołu. Jeszcze chwilkę pośpię. Zanim znów zacznę żyć.

 

 

Mijają kolejne wiosny, następujące jedna za drugą zgodnie z odwiecznym porządkiem pory roku. Rosnę. Babcia szyje na maszynie Singer kolejne sukienki, z zakładką, żeby było z czego odwinąć, gdy znów urosnę. Sprawne dłonie przesuwają śliski materiał pod igłą. Cały dom wypełnia głośny terkot maszyny. Świat zamknięty kręgiem światła lampy. I ręce Babci, jak gwarancja bezpieczeństwa. Rozpoczynam własną wędrówkę przez świat. Już nie wystarcza mi bezpieczny kokon domu. Szkoła, przyjaźnie, zakochania. Wieczorem migające druty, na których Babcia robi najmodniejszą kamizelkę w kolorowe kwiaty. Spieszy się, bo już jutro idę na prywatkę.  Wracam do Niej z każdej dalekiej wyprawy po życie. Przypadam do chłodnych spokojnych dłoni by schronić się przed nie zawsze przyjaznym światem. Są przystanią i azylem. Osłaniają mnie przed niebezpieczeństwem. Po prostu są.

 

 

Jestem już nastolatką. Coraz mniej mam czasu, a jednak nigdzie nie jest tak dobrze jak tutaj. W kuchni pachnącej ciastem, w kręgu światła rzucanego przez lampę. Nie zauważam, że czas znaczy twarz Babci ostrym rylcem. Wokół oczu tworzy się gęsta siateczka dobrych, uśmiechniętych zmarszczek. Dłonie stają się słabe, pokryte cienką, wręcz przezroczystą skórą. Az przychodzi moment, gdy Babcia nagle upuszcza niespodziewanie trzymaną w ręku szklankę. Gdy łyżka wysuwa się z Jej palców.  Jej ciało ogarnia drżenie, drżą wargi, ręce, głowa. Nogi nie zawsze chcą Ją nieść tam, dokąd chce. Zapomina o ograniczeniach i traci równowagę chcąc zbyt szybko się odwrócić. Sztywniejące palce nie potrafią włożyć guziczków w dziurki. Nocami leżę w ciemnościach nasłuchując Jej oddechu. Każde stęknięcie, każdy cichy jęk podrywa mnie na nogi. Biedna, nie potrafi sama przekręcić się

z boku na bok. Bolą zmęczone plecy, sztywnieją mięśnie. Poprawiam poduszki, masuję dłonie leżące bezwładnie na pierzynie. Uciszam ciche słowa przeprosin, że nie chciała mnie budzić, że jest Jej przykro, że nie pozwala mi na sen. Połykam łzy, tak chciałabym przelać na Nią wraz z moją miłością całą siłę młodości, jaka jest we mnie. Żeby tylko była, żeby mnie nie zostawiała. Obiecuję szeptem, że zawsze będziemy razem, że nigdzie się nie wybieram. Że przecież zaczyna się wiosna i będziemy się wygrzewały w słońcu patrząc na ukwiecony ogród. Niespokojne dłonie opadają bezwładnie na pierzynę, prawie tak samo białe jak poszwa, którą jest obleczona. Zasypiają. Wtulam twarz w ich ciepło. Dobranoc.

 

Mija czas. Zbyt szybko. Zbyt nieubłaganie. Przychodzi moment, gdy Babcia nie ma już siły walczyć. W ciemnych oczach widzę bezradność i smutek. Opowiadam o wesołych zdarzeniach, zagłuszam paplaniną własny lęk. Czuję nadchodzący moment rozstania. I nie chcę się z tym godzić. Nocami, wsłuchana w lekki oddech Babci toczę zaciekłe dyskusje        z Panem Bogiem. Usiłuję dobić z Nim targu. Zostaw mi Ją jeszcze trochę Panie Boże, potrzebuję Jej, nie zabieraj mi Jej. Masz tam na górze tak dużo dusz, po co Ci jeszcze jedna. Ja mam tylko Ją. Daj nam jeszcze jeden świt. Jeszcze jeden zachód słońca. Ale Bóg ma inne, sobie tylko wiadome plany.  Nadchodzi ta chwila, gdy ustaje cichy, lekki oddech, dłonie nieruchomieją i Babcia odchodzi. Tak cicho, z lekkim uśmiechem. Trzymam w dłoniach Jej ręce. Nieruchome i spokojne jak uśpione ptaki. Dobre ręce, spracowane przez lata niełatwego życia. Czas na odpoczynek. Czas na sen. Do zobaczenia.

 

 

Minęły lata. Sama jestem babcią. Czas biegnie nieubłaganie. Ostrym rylcem znaczy na mojej twarzy radości i smutki. Mam mocne, zdrowe dłonie. Tak bardzo podobne do dłoni Babci. Jeszcze fruną, jeszcze są silne. Wiem, że za jakiś czas przyjdzie kres mojej wędrówki. Moje dłonie znieruchomieją, zasną spokojnie jak zmęczone długim lotem ptaki. I wówczas wejdę przez ganek do kuchni dzieciństwa. Prosto w przyjazny krąg światła, w ciepły zapach ciasta.

I poczuję na włosach lekki dotyk chłodnych, szorstkich dłoni. Przypadnę do nich

z westchnieniem ulgi, w oczach mając dobre, gorące łzy radości. Babciu, wróciłam do domu
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Anioły opowieść ósma

wtorek, 22 stycznia 2008 7:27

Rzeźbiarz

 

 

Na jednym z cmentarzy olbrzymiego grobowca pilnuje dziwny Anioł. Posępny i groźny starzec siedzi wspierając się na kosie. Jakże dziwny stanowi kontrast dla wysmukłych i pięknych Aniołów pilnujących spokoju tych, którzy odeszli. Skąd się wziął i dlaczego? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie. A było to tak. Dawno, dawno temu w pięknej mieszczańskiej kamienicy żyła bogata rodzina. Matka, spokojna i cicha wychowywała dzieci, ojciec zasadniczy i surowy był bankierem. Mieli trójkę dzieci. Najstarsza dziewczynka wyrastała na chłodną i surową piękność. Świetliste odbicie dawno zagasłej urody matki. Średni chłopiec był  marzycielem ciągle bujającym w obłokach. W szkole nauczyciele ubolewali nad jego roztargnieniem, brakiem zainteresowania matematyką i nadmierną fascynacją sztuką. Najbardziej lubił rzeźbić. Zlepiał z różnych materiałów przedziwne bajkowe postacie, ożywiał je, wkładając im w usta wymyślone kwestie. Potrafił bawić się tak godzinami. Dziwne dziecko w całkiem normalnej rodzinie. Był jeszcze najmłodszy braciszek, ale z powodu sporej różnicy wieku nie był żadnym partnerem starszego brata. Ojciec rzadko zwracał uwagę na dzieci. To matka zajmowała się codziennymi problemami. Ojciec surowy i odległy jawił się dzieciom jako władca absolutny. Jak sam Pan Bóg. Chłopiec dorastał. Ojciec zaplanował już przyszłość. Córka, dobrze zaręczona miała wyjść za mąż i urodzić wnuki. Starszy syn przyszłość miał jasną. Bank ojca potrzebował ciągłości, wszak wszystko miało zostać w rodzinie. Najmłodszy, co do najmłodszego ojciec nie podjął jeszcze decyzji, choć chłopiec zapowiadał się na świetnego urzędnika. Sumienny i zdyscyplinowany byłby odpowiednim kandydatem na stanowisko następcy ojca gdyby nie to, że był jeszcze taki młody.  Średni chłopiec, nazwijmy go Wiktor marzył, że po skończeniu szkoły będzie studiował na akademii sztuk pięknych. Może w Krakowie, może w Rzymie  lub w Paryżu. Nie wiedział, jak to zrobi, liczył że ojciec zrozumie i sfinansuje mu studia. Bał się rozpocząć na ten temat rozmowę, odsuwał więc od siebie ten  moment dopóki się dało. Szkołę skończył ze średnią lokatą. Ze świadectwem w dłoni poszedł do gabinetu, wezwany tam przez ojca.

Z drżeniem serca wszedł do środka. Ojciec siedział za potężnym biurkiem, zachmurzony i surowy, jak zawsze. Spojrzał na syna i nie znoszącym sprzeciwu tonem oznajmił, że już następnego dnia rozpocznie praktykę w banku. Wiktor zamarł. Miał wrażenie, że pokój kołysze się razem z nim, że surowa twarz ojca odpływa gdzieś  daleko. Usiłował coś powiedzieć, zaprotestować nieśmiało, powiedzieć o swoich planach i marzeniach. Spojrzał jednak w nieprzejednane oczy ojca i zamilkł. Zdał sobie sprawę, że nie pomogą żadne słowa, żadne argumenty. Spuścił głowę i odpowiedziawszy tylko „Dobrze, Ojcze" wyszedł cicho z gabinetu. Zamknął się w swoim pokoju i siedział tam aż do wieczora, wpatrzony w ścianę. Tysiące myśli przelatywały mu przez głowę. Nie zszedł na kolację, więc zaniepokojona matka zajrzała do niego. Przeprosił ją usprawiedliwiając się bólem głowy. Wyszła. Wiktor poczekał aż wszyscy usną i po cichu zszedł na dół do gabinetu ojca. Nożem do papieru wyłamał szufladę biurka. Z pliku banknotów odliczył kilka, resztę schował z powrotem. Napisał kilka słów przeprosin i wyszedł w noc zabierając ze sobą walizkę z ubraniami. Podróżował po Europie, podejmował się różnych prac, lecz przede wszystkim rzeźbił. Próbował skontaktować się z rodziną, ale jego listy pozostawały bez odpowiedzi. W końcu zaprzestał prób, jedynie od starej ciotki dostawał wieści o matce, ojcu i rodzeństwie. Pewnego dnia dotarł do Paryża. Konsjerż w kamienicy gdzie mieszkał podał mu plik listów z Polski,  które czekały na niego ponad dwa miesiące. Jeden z listów był od matki. Pisała, że ojciec miał udar i jest sparaliżowany. Prosiła o przyjazd. Wiktor spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszył do kraju. Dotarł zbyt późno. Dwa dni wcześniej ojciec zmarł. Wiktor patrzył na postarzałe rysy ojca, których nawet śmierć nie złagodziła. Wciąż czuł lęk przed jego surowością. I żal, że ojciec nigdy nie widział jego rzeźb, że nie słyszał o jego sukcesach. Wiedział, że musi coś zrobić. Postanowił wyrzeźbić Anioła, który stanie na grobie ojca. W trakcie prac nad posągiem Wiktor zorientował się, że Anioł ma twarz ojca. Surową i groźną. Mimo to kontynuował dzieło. W końcu Anioł został umieszczony na grobowcu. Wiktor popatrzył w kamienne oczy. Anioł patrzył na niego. Coś się jednak zmieniło. Owszem została powaga i chłód ale nie było w tej twarzy surowości. Była mądrość i dostojeństwo. Odwrócił się by odejść od grobu. W jednym ułamku chwili poczuł, że ojciec jest tuż obok, zdawało mu się, że czuje lekki dotyk dłoni na ramieniu. Spojrzał gwałtownie do tyłu. W nadciągającym półmroku twarz Anioła... twarz ojca stała się pełna spokoju i zrozumienia. I miłości.

I wówczas dopiero Wiktor zapłakał. Wypłakiwał cały smutek i żal do losu, że nie dane mu było pogodzić się z ojcem. Że obaj byli nieprzejednani w swoich sądach. Że byli do siebie tak podobni, choć tak różne mieli oczekiwania od życia. Powoli ruszył w kierunku cmentarnej bramy. Za nim pozostał kamienny Anioł, skupiony i poważny. Do zobaczenia synu, nagły powiew wiatru przyniósł te słowa. Wiktor zatrzymał się gwałtownie. Do zobaczenia tato, pomyślał i uśmiechnął się przez łzy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Anioły opowieść dziewiąta

poniedziałek, 07 stycznia 2008 7:32
 

Anioł Przebaczenia

 

Z daleka widziała grób Wiktora. Aż przystanęła, wściekłość odebrała jej oddech, zaćmiła ostrość widzenia, nie  na tyle jednak, żeby nie widzieć czerwieni jednej róży, ostro odbijającej się od bieli śniegu. Znowu tu była, ta szmata, cholerna wywłoka. Dziwka, przez zaciśnięte zęby wyszeptała, prawie wypluła to słowo. Nagle pełna energii, jakby napędzana złością szybko podeszła do grobu. Chwyciła już z lekka ścięty mrozem kwiatek i rzuciła daleko za siebie. Najchętniej wdeptałaby go w śnieg, zmiażdżyła obcasami, ale w jakimś przebłysku uświadomiła sobie, że byłoby to żałosne. Ze złością spojrzała w uśmiechnięte oczy Wiktora spoglądające z fotografii. Był na niej taki pogodny i pełen energii. Ostatnie zdjęcie nim choroba wyniszczyła jego ciało, pobruździła twarz i zgasiła blask w oczach. Cierpiałam razem z tobą, a ty w tym czasie kochałeś inną. Co takiego ci dawała, czego nie dawałam ja. Co miała w sobie takiego, czego mnie zabrakło. Trzeba było być uczciwym i odejść do niej. Dlaczego zostałeś, z litości? Przez pamięć moich starań, mojej miłości, a może lepiej gotowałam, albo lepiej prasowałam koszule? No tak, tamta nie musiała tego robić, do niej szedłeś pachnący  i elegancki. Ja byłam szarą codziennością, podczas gdy ona była świętem. I na dodatek nie miałeś odwagi powiedzieć mi o wszystkim, nawet gdy już byłeś bardzo chory. Może miałeś nadzieję, może wierzyłeś w wyzdrowienie. A potem było już za późno. Na rozmowy, na szczerość, na wiedzę o twoim sekretnym życiu. Sekretne życie... lubiłeś taką piosenkę Cohena, teraz rozumiem dlaczego. Wiesz na co mnie naraziłeś? Na poniżenie w kancelarii, gdzie dowiedziałam się wszystkiego, nie tylko o tym, że mnie zdradzałeś, ale także o tym, że masz dziecko. Dziecko, ty skurczybyku, ty cholerny kłamco. A my nie mieliśmy dzieci. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Twój dyplom, twoja praca, twoja kariera. Jeszcze troszkę poczekaj, Słoneczko. Tak mówiłeś, pamiętam. Na co miałam czekać,  teraz to już naprawdę nie mam na co. Czterdziestka minęła, nie wiadomo kiedy. Ona nie musiała na nic czekać. Miała ciebie w waszym dziecku. I  taki okazałeś się szlachetny. Co myślisz, oczywiście że zapytałam prawnika, czy można podważyć testament. Zabezpieczyłeś się przed tym. Co jest winne dziecko, powie ktoś. Jest winne, bo się urodziło, bo je kochałeś, bo urodziła ci je inna kobieta. Ty cholerny oszuście. I jak mam teraz położyć kwiaty, jak zapalić znicz. Zaczęła omiatać nagrobek z nawianego śniegu. Nagle spod szczotki coś wyjrzało,  nagły błysk, czerwień, zieleń i złoto. Ostrożnie odgarnęła dłonią kupkę białego puchu. Zamarła. Podniosła do oczu pomarszczoną mokrą kartkę brystolu. Niewprawną ręką dziecka została na nim namalowana zielona choinka. Zamigotały czerwienią wiszące na niej bombki, zalśniła narysowana na szczycie złota gwiazda. Podpis pod rysunkiem był rozmyty i niewyraźny, ale można było odczytać słowa. Dla Tatusia. O Boże, czemu mi to robisz, jak ona śmiała, kto jej pozwolił, jeszcze dziecko w to wciąga. Dłoń sama zacisnęła się na już i tak pomiętej kartce. Korciło ją, żeby potargać te bazgroły, rozsypać jak konfetti na grobie, niech ona znajdzie te strzępki, gdy przyjdzie ponownie. Załzawionymi oczami spojrzała przed siebie i wówczas zauważyła sylwetkę kamiennego anioła na tle zimnego nieba. Sprawiał wrażenie, jakby patrzył prosto na nią, jakby rozumiał co dzieje się w jej sercu, w jej duszy i głowie. Pod tym kamiennym spojrzeniem rozpłakała się w głos. Opadła na kolana prosto w śnieg, oparła czoło o zimny granit i szlochała, jakby nigdy nie miała przestać. Powiedz, co się ze mną stało, skąd we mnie tyle złości, tyle nienawiści. Czy może dlatego, że nie mogę wykrzyczeć mojego bólu prosto w twarz Wiktorowi. Że nie mogę powiedzieć mu, jak bardzo mnie skrzywdził. A teraz ja krzywdzę niewinne dziecko. Czemu ono jest winne. Za grzechy ojców...  No powiedz, czemu stoisz i milczysz. Powiedz, gdzie jest sprawiedliwość. Zakryła twarz przemarzniętymi dłońmi. Trwała tak jeszcze przez chwilę, do momentu, gdy była pewna, że minął nagły zawrót głowy. Po czym wstała, schyliła się po zmięty obrazek leżący u jej stóp. Powoli, systematycznie i starannie wygładziła sponiewierany papier i oparła go o granitową płytę, tuż pod zdjęciem Wiktora. Przetarła palcami porcelanową fotografię, na wpół czułym gestem, gestem jakim dotykała jego włosów. Powoli odwróciła się i ruszyła w kierunku cmentarnej bramy. Nagle gwałtownie się zatrzymała, o czymś sobie przypomniawszy. Zawróciła i podniosła ze śniegu przemarzniętą różę. Powoli, jakby z namysłem położyła ja na płycie, tuż obok malowanej dziecinnej koślawej choinki. Uśmiechnęła się do samej siebie. Czas zacząć nowe życie, życie bez ciebie, Wiktorze. Zawsze będę cię kochała. Stanowczym ruchem poprawiła kaptur, otrzepała ze śniegu długi płaszcz i energicznym krokiem odeszła w przedzmierzch. Nie widziała ciepłego i czułego uśmiechu, jaki posłał za nią kamienny anioł.  On wiedział, współczuł i płakał razem z nią. Jednak pomóc jej nie mógł. To już było jej zadanie. Był spokojny, że sobie poradzi. Jeszcze raz popatrzył w ślad za niknącą w oddali sylwetką.  Po czym zastygł nieruchomo, był przecież kamiennym aniołem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 730  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557730

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości